Niemcy kolejny dzień z rzędu notują ponad tysiąc zarażeń koronawirusem. To najwyższe liczby od maja. Związek zawodowy lekarzy Marburger Bund nie ma wątpliwości: – Mamy do czynienia z drugą falą – oznajmiła jego przewodnicząca Susanne Johna w wywiadzie dla dziennika „Augsburger Allgemeine”. Zastrzegła jednak od razu, że niemieckie szpitale są dobrze przygotowane i wyposażone, a rozprzestrzenianie się zarazy można na tym etapie hamować poprzez przestrzeganie zasad ustalonych przez rząd, czyli zachowywanie dystansu społecznego i noszenie maseczek.

Potwierdza to też minister zdrowia Jens Spahn. – Nasz system opieki zdrowotnej jest w stanie poradzić sobie z taką liczbą przypadków – zapewniał chadecki polityk na antenie telewizji ZDF. Przyznał jednocześnie, że jeśli zachorowalność drastycznie wzrośnie, to trzeba będzie wprowadzić dodatkowe ograniczenia.

Według sondażu przeprowadzonego przez instytut badania opinii Civey 82 proc. naszych sąsiadów zza Odry jest pewnych, że ich rząd jeszcze w tym roku zawiesi działanie gospodarki i zakaże wychodzenia z domów. 42 proc. z tych, którzy to prognozują, obawia się, że restrykcje będą jeszcze ostrzejsze niż w marcu, a 27 proc. – że takie same.

To, czego Niemcy się obawiają, do pewnego stopnia w niektórych krajach jest już faktem. Pod koniec ubiegłego tygodnia władze Australii zarządziły całkowity lockdown drugiego co do wielkości miasta tego kraju – Melbourne. Oznacza to zamknięcie prawie wszystkich sklepów i zawieszenie działalności większości firm na sześć tygodni. W ostatnim czasie w 5-milionowej metropolii notowano około 500 nowych przypadków zachorowań na dobę i około ośmiu zgonów. Choć w Australii zarejestrowano w sumie od początku pandemii 20 tys. zakażeń i 255 zgonów – czyli znacznie mniej niż w wielu innych wysoko rozwiniętych krajach na świecie – to jej władze obawiają się, że Melbourne może być ogniskiem, które podpali cały kraj. – Już raz wypłaszczyliśmy krzywą. Zrobimy to po raz kolejny – przekonywał tamtejszy minister zdrowia Greg Hunt. Australia zamknęła granice zewnętrzne na wczesnym etapie pandemii i wprowadziła masowe testy ludności. Otwierając się ponownie w czerwcu, notowała jedynie pojedyncze przypadki zachorowań.

Hiszpania, gdzie liczba chorych rośnie obecnie najszybciej w Europie – średnio ponad 3 tys. nowych przypadków dziennie – wprowadza względnie łagodne restrykcje, zamykając sklepy i firmy w kilku mniejszych miejscowościach w Galicji, Katalonii i na północ od Madrytu. Ich przestrzeganie jest jednak bezwzględnie pilnowane. W tym celu do newralgicznych punktów zostały skierowane dodatkowe siły policji i śmigłowce. Osoby nieprzestrzegające nakazu noszenia masek i niezachowujące przepisowych odległości od innych są natychmiast karane mandatami.

Reklama

We Francji, gdzie dziennie przybywa około 1200 chorych, premier Jean Castex zapewniał, że nie będzie ponownego zamknięcia. – Moim celem jest przygotowanie Francji na ewentualną drugą falę przy jednoczesnym zachowaniu naszego codziennego życia gospodarczego i społecznego – mówił miesiąc temu w rozmowie z telewizją RTL. Od tego czasu podejście polityków w sprawie lockdownu się nie zmieniło. – Nie zamierzamy narzucać blokady takiej jak ta, którą zrobiliśmy w marcu, ponieważ uświadomiliśmy sobie, że konsekwencje ekonomiczne i psychologiczne takiego działania są katastrofalne – dodawał premier.

Finlandia, która pod koniec lipca zniosła zalecenie pracy z domu, zaledwie po kilku dniach wprowadziła je znowu. Powodem jest wzrost zachorowań o 300 proc. Nie ma jednak powrotu do ograniczeń poruszania się i zamknięcia np. restauracji.

Pozostaje kwestią otwartą, na ile częściowa zmiana podejścia do lockdownu u polityków to efekt większej wiedzy o wirusie, a na ile przekonanie, że społeczny opór wobec nowych restrykcji będzie nie do opanowania.