Ze Stanisławem Karczewskim rozmawia Robert Mazurek

Jabłka nie pomogły?

Pomogły i to bardzo.

Czyżby?

Dzięki sadownikom z Grójca mam zagwarantowane dozgonne poparcie wyborcze w swoim okręgu. Wyceniam je tak mniej więcej na dwie, trzy kadencje w Senacie… (śmiech)

Reklama

À propos Senatu, nie będziemy rozmawiać o polityce.

Tym lepiej, a o czym?

O jabłkach. Nawet ja dostałem do redakcji karton.

Tylko jeden?

W końcu to nie ja mówiłem w radiu: „Jabłko z wieczora i nie ma doktora”.

Sadownicy szczęśliwi, nie mieli do tej pory takiej reklamy, a ja nigdy nie dostałem tylu e-maili i SMS-ów z podziękowaniami. Wniosek? Czasami warto nawet powiedzieć coś głupiego.

A koronawirus i tak pana dopadł.

Wie pan, mówiąc serio, ja jednak jestem lekarzem i nigdy nie przekonywałem, że jabłka zapobiegają zakażeniu albo leczą koronawirusa. Jeszcze nie oszalałem.

Za to się pan zakaził.

Zapewne w szpitalu, chyba nawet wiem, od kogo. Robiłem USG pacjentce, badałem ją i mnie dopadło.

Nie trafił pan jednak do szpitala.

Obyło się bez tego, leczyłem się w domu. Od razu mówię, że jabłek za dużo nie jadłem.

Profesor Edyta Górniak odkryła, że zapobiega tylko oregano.

Wolę nawet nie słuchać i nie czytać takich głupot. Stosowałem to samo, co przy każdej infekcji wirusowej: brałem paracetamol, witaminy, wapno i pomogło, choć jeszcze nie wszystkie objawy ustąpiły.

Cały wywiad ze Stanisławem Karczewskim przeczytasz w Magazynie Dziennika Gazety Prawnej i na e-DGP