Ze względu na koronawirusa sklepy w Wielkiej Brytanii, poza tymi sprzedającymi niezbędne artykuły, czyli supermarketami, spożywczymi czy aptekami, pozostawały zamknięte od 24 marca. Już w piątek działalność wznowiły sklepy w Irlandii Północnej, a w poniedziałek w Anglii, zaś klienci w Szkocji i Walii jeszcze muszą się wstrzymać z zakupami.

Od rana, jeszcze przed otwarciem ustawiły się kolejki do sklepów sieci Primark, która w przeciwieństwie do większości firm odzieżowych nie prowadzi sprzedaży przez internet, a także m.in. przed sklepami sieci TK Maxx czy Foot Locker. Jak relacjonuje stacja BBC, w Birmingham czy Manchesterze na wejście do niektórych sklepów trzeba było czekać nawet godzinę.

Nie wszystkie sieci sklepów całkowicie wznowiły działalność. Część - jak John Lewis, Debenhams czy Next - zdecydowały, że będą otwierać sklepy etapami.

Zgodnie z rządowymi wytycznymi sklepy musiały się przystosować do nowych okoliczności. Tam, gdzie jest to możliwe, muszą być oddzielne drzwi dla wchodzących i wychodzących, a przy nich umieszczono płyny do dezynfekcji rąk, ustawiono plastikowe, przezroczyste przegrody oddzielające klientów od kasjerów, na podłogach przyklejone są strzałki wskazujące kierunek ruchu oraz dwumetrową odległość, którą klienci powinni zachowywać. Sklepy zachęcają też do płatności kartami, szczególnie bezdotykowymi; są i takie, które poinformowały, że w ogóle nie przyjmują gotówki.

Do większości tych wytycznych klienci zdążyli się już przyzwyczaić, bo podobne zasady od kilku tygodni obowiązują np. w supermarketach, ale niektóre będą dla kupujących sporym utrudnieniem. Zalecenia dla klientów mówią, aby dotykali oni tylko tych przedmiotów, które zamierzają kupić - o ile w przypadku artykułów spożywczych jest to mniejszym problemem, o tyle zakup odzieży czy butów staje się bardziej skomplikowany, zwłaszcza, że liczba przymierzalni została ograniczona, a w niektórych sklepach w ogóle zostały one zamknięte.

Reklama

Księgarnie, w tym jedna z największych brytyjskich sieci - Waterstones, zamierzają poddawać książki kwarantannie, jeśli były przeglądane, ale nie zostały kupione, zaś niektórzy jubilerzy wprowadzają pudełka z ultrafioletem, które mogą odkazić przedmioty w ciągu kilku minut.

Wprawdzie właściciele sklepów spodziewają się w pierwszych dniach dużego ruchu, ale ze względu na te ograniczenia raczej pesymistycznie spoglądają w przyszłość. Wprowadzone ze względów bezpieczeństwa wytyczne zwiększają koszty, ale, jak należy się spodziewać, mogą zmniejszyć sprzedaż, która coraz bardziej przenosić się będzie do internetu. Dodatkowo wywołany przez epidemię kryzys gospodarczy spowoduje, że klienci będą mniej skłonni do wydawania pieniędzy. Tymczasem już przed epidemią wiele sklepów w centrach miast miało coraz poważniejsze kłopoty związane ze zmianą nawyków konsumenckich i przenoszeniem się handlu z jednej strony do internetu, a z drugiej do dużych centrów handlowych.

Z Londynu Bartłomiej Niedziński (PAP)