Niezależnie od tego, czy SNP zdobędzie bezwzględną większość czy nie, liderka tej partii i szefowa szkockiego rządu Nicola Sturgeon będzie argumentować, że zwycięstwo jej ugrupowania - czwarte z rzędu - oznacza mandat społeczny do przeprowadzenia nowego referendum w sprawie niepodległości. Ale na taki plebiscyt zgodę muszą wyrazić władze w Londynie, a brytyjski premier Boris Johnson przekonuje, że sprawa została już rozstrzygnięta w referendum w 2014 r.

Jeśli SNP nie zdobędzie samodzielnej większości - której w zakończonej kadencji nie miała - to z całą pewnością brytyjski rząd nie udzieli zgody na referendum, mimo że partie opowiadające się za niepodległością będą miały większość, bo secesję popierają też Szkoccy Zieloni. Jeśli natomiast SNP zdobędzie ponad połowę mandatów, będzie miała silny argument w sporze z Londynem. Warto przypomnieć, że poprzednie referendum odbyło się po tym, jak w 2011 r. SNP jedyny raz zdobyła bezwzględną większość.

Ponieważ w wyborach do szkockiego parlamentu głosuje się dwa razy - w jednomandatowych okręgach na kandydatów oraz w regionach na partie - a w wielu okręgach różnice między kandydatami są minimalne, trudno jest przewidzieć, czy SNP będzie miała bezwzględną większość czy nie. Trzy ostatnie przedwyborcze sondaże przyniosły odmienne wyniki - albo SNP będzie mieć kilka mandatów ponad połowę, albo kilku mandatów jej do tego zabraknie.

Według tych sondaży SNP może liczyć na 59-68 mandatów w liczącym 129 miejsc parlamencie, kolejne miejsca zajmą szkockie gałęzie Partii Konserwatywnej i Partii Pracy (odpowiednio 24-30 oraz 17-26 mandatów), Szkoccy Zieloni (9-13) oraz szkocka gałąź Liberalnych Demokratów (4-5). W jednym z sondaży do parlamentu dostanie się też - z jednym mandatem - Partia Alba, nowe ugrupowanie założone przed poprzednika i byłego mentora Sturgeon, Alexa Salmonda.

Wyniki ogłoszone zostaną zapewne dopiero w sobotę, bo z powodu zaostrzonych procedur w związku z epidemią liczenie głosów nie zacznie się jak zwykle po zakończeniu głosowania, lecz w piątek rano.

Nicola Sturgeon zapowiada, że chciałaby, aby referendum niepodległościowe odbyło się w pierwszej połowie kadencji nowego parlamentu, czyli przed końcem 2023 r., i zapewnia, że nie będzie próbować przeprowadzać nieautoryzowanego plebiscytu, jak to zrobiły w 2017 r. władze Katalonii. Z punktu widzenia SNP sprawy się ostatnio trochę skomplikowały, bo poparcie Szkotów dla niepodległości spadło i gdyby głosowanie odbyło się teraz, jego wynik byłby bardzo niepewny.

Od późnej wiosny zeszłego roku do lutego br. zwolennicy niepodległości wygrywali wszystkie sondaże, w szczytowym momencie uzyskując nawet przewagę 13 punktów proc., co było w dużej mierze efektem znacznie lepszych ocen za walkę z epidemią, jakie Sturgeon zbierała w porównaniu z Johnsonem. Ale na skutek śledztwa w sprawie domniemanego złamania przez nią kodeksu ministerialnego przy okazji procesu Salmonda oraz skutecznego programu szczepień przeciw Covid-19, który może być realizowany dzięki temu, że to brytyjski rząd kupił szczepionki, wyniki sondaży najpierw się wyrównały, a od kwietnia nawet odwróciły na niekorzyść zwolenników niepodległości. W ostatnich 14 badaniach wygrali oni zaledwie jedno, przy trzech remisach.

Przeciwnicy niepodległości wskazują także, że SNP nie przedstawiła żadnych odpowiedzi na wiele praktycznych pytań, jak miałaby ona wyglądać, tzn. jaka waluta obowiązywałaby w Szkocji, na jakich zasadach prowadzony byłby handel z pozostałą częścią Zjednoczonego Królestwa, do której trafia odpowiada za ok. 60 proc. szkockiego eksportu, czy w jaki sposób niepodległa Szkocja miałaby finansować rozbudowany program świadczeń socjalnych bez powiększania deficytu budżetowego, który już teraz jest na poziomie 7 proc. PKB.