Młodzi ludzie wierzą, że prawdziwą karierę i satysfakcję zagwarantuje im tylko praca w wielkiej korporacji. A najbardziej – bycie w niej prawnikiem. Ale są i tacy, którzy znajdują w sobie dość siły i odwagi, by świadomie zrezygnować z komfortu comiesięcznego otrzymywania pensji w umówionej wysokości. Jednym z nich jest Warren Brown, który rzucił etatową posadę i uruchomił cukiernię.

– Miałem dość stresu, z którym codziennie musiałem się mierzyć w kancelarii, w jakiej pracowałem. Najgorsze było to, że przynosiłem go ze sobą do domu i zatruwałem życie rodzinie – opowiada 41-letni dziś Warren o swojej decyzji porzucenia pracy, do której przygotowywał się przez długie lata. By zostać prawnikiem, najpierw skończył wydział historii na Brown University, a potem uzyskał tytuł magistra prawa na uniwersytecie George’a Washingtona. Obie uczelnie należą do jednych z najbardziej prestiżowych w USA (pierwsza jest zaliczana do Ivy League – to grono ośmiu najlepszych prywatnych uczelni wyższych Stanów Zjednoczonych) i zarazem najdroższych: rok nauki kosztuje ok. 53 tys. dol.

Banalne tłumaczenie? Jak najbardziej, ale niezadowolenie Browna z pracy musiało być naprawdę potężne, skoro zdecydował się na obarczone ryzykiem rozkręcenie własnego biznesu. Nie tylko musiał zarobić na utrzymanie rodziny czy opłacenie podatków, lecz także na spłacenie kredytów wziętych na naukę. Gdyby mu się nie udało, bank przejąłby jego dom.

Przemiana w cukiernika nie nastąpiła z dnia na dzień: Warren Brown starannie przygotował się do tego kroku. Gdy korporacyjne paragrafy zaczęły mu doskwierać, obsesyjnie zaczął myśleć o tym, co innego mógłby robić w życiu. – Był 1999 rok. Nie mogłem na nic wpaść i nagle olśniło mnie, że przecież zawsze lubiłem piec słodkości, więc mógłbym sprzedawać własnoręcznie zrobione ciasta – opowiada.

Jak każdy biznesmen przeżywam obecnie trudne chwile. Ale za żadne skarby nie powróciłbym do pracy w wielkiej firmie prawniczej

Tak spodobał mu się pomysł, że natychmiast rozpoczął przygotowania do zmiany branży. Po pracy chodził na organizowane w Waszyngtonie kulinarne kursy oraz warsztaty, by pasję podbudować koniecznymi umiejętnościami i wiedzą. W wolnym czasie rozglądał się za kredytem oraz szukał miejsca dla swojej cukierni. Tak minęło mu kilkanaście ładnych miesięcy, ale już na początku 2002 roku był gotowy do skoku w nieznane. Dzięki nauce hobby zyskało profesjonalne fundamenty, udało mu się pozyskać aż 125 tys. dol. pożyczki z rządowej agencji ds. rozwoju małego biznesu (Small Business Administration – SBA), dzięki której wynajął lokal o powierzchni 55 mkw. i go wyposażył.

Pozostało już tylko jedno: przyjść do pracy i wręczyć szefowi podanie o zwolnienie. – Pamiętam, że byłem wówczas bardzo podekscytowany i zdenerwowany. Mało który z moich kolegów zdecydowałby się na podobny krok, sam również nie wiedziałem, co mnie czeka. Gdy wręczyłem wymówienie, poczułem ogromną ulgę oraz satysfakcję – wspomina. Następnego ranka jak zwykle poszedł do pracy. Tym razem do swojej cukierni, którą nazwał CakeLove. – Choć przygotowywałem się do nowego zajęcia, nie spodziewałem się, że nowa praca będzie aż tak wyczerpująca. Pieczenie ciast nie jest takie proste: trzeba pilnować najdrobniejszych szczegółów, by nie odwrócili się od ciebie klienci – mówi.

Dbanie o jakość, produkty oraz detale było i jest dla niego najważniejsze, bo pomysł na swój biznes oparł na marketingu szeptanym: klienci mają być tak zadowoleni, by polecać jego wypieki następnym. Codzienna walka o utrzymanie dobrego imienia jest konieczna, bo ceny w CakeLove nie należą do małych: zestaw 12 babeczek kosztuje ok. 40 dol. (choć właśnie trwa promocja: jedna dodatkowa babeczka gratis), zaś ciasta średnio ok. 50 dol., choć bywają i takie – jak cytrynowy zawijaniec z malinami czy ciasto czekoladowe z kremem czekoladowym – za które trzeba zapłacić aż 134 dol. Zdecydowanie nie są to wypieki na każdą kieszeń.

Początki, jak w niemal każdym przypadku, nie były łatwe, jednak Brownowi w miarę szybko udało się rozkręcić biznes. To z jednej strony zasługa jego pracowitości, z drugiej – niespodziewanej promocji ze strony najbardziej wpływowej kobiety w Ameryce. Do programu zaprosiła go sama Oprah Winfrey, by opowiedział o swojej metamorfozie i nowym sposobie na życie – a kto jest gościem jej show, może liczyć na ogromną popularność.

O tym, jak wielki jest jej wpływ na społeczeństwo w Stanach Zjednoczonych, przekonał się nawet obecny prezydent Barack Obama. To ona wprowadziła do wielkiej polityki mało wówczas znanego senatora z Chicago, potem pomogła mu w walce z Hillary Clinton o nominację Partii Demokratycznej, a w końcu przyczyniła się do pokonania w wyborach kandydata Republikanów Johna McCaina. Nic dziwnego, że po wizycie w „Oprah Winfrey Show” CakeLove stało się dobrze prosperującym biznesem, a jego właściciel – rozchwytywaną gwiazdą. Warren Brown napisał dwie książki, rzecz jasna o pieczeniu ciasteczek, oraz przez dwa lata prowadził program kulinarny w jednej z telewizji – oczywiście o słodkościach. Był także zapraszany na konferencje poświęcone małemu biznesowi, by opowiedzieć o swoich doświadczeniach tym, którzy chcieliby pójść w jego ślady i stworzyć własne przedsiębiorstwo. I rozbudowywał firmę.

Dziś zatrudnia 16 osób i jak sam przyznaje, dawno spłacił wszystkie kredyty. Można więc powiedzieć, że odniósł sukces. Jednak fortuna kołem się toczy: po kilku tłustych latach dopadł go kryzys. Potężny finansowy dół, w który przez Amerykę wpadł świat, zmusił go do zamknięcia na początku tego roku jednej z cukierni w Waszyngtonie: bo nie pojawia się już tak wielu klientów chętnych do wydania 100 dol. za ciasto.

Brown padł też ofiarą internetowego szeptanego marketingu, który pomógł mu na początku rozwinąć biznes. Tym razem poznał ciemną stronę sieci. Na forach pojawiło się wiele wpisów i komentarzy, w których zarzucano mu brak cukierniczego smaku, używanie składników niskiej jakości i przede wszystkim – zawyżanie cen. „Ciasta Browna okropnie smakują. Nie są warte tych pieniędzy. Nie kupujcie nic u niego, bo za mniejsze pieniądze możecie nabyć o wiele lepsze słodkości” – oto jeden z wpisów, które można znaleźć na stronie Cupcakestakethecake.blogspot.com. Oczywiście jak to bywa w takich wypadkach, jest to wpis anonimowy. Nie wiadomo, czy była to spontaniczna kampania nienawiści, czy też realizacja zlecenia konkurencji, ale efekt został osiągnięty. CakeLove mocno straciło na popularności.

Mimo tych trudności Brown nie poddaje się i jak podkreśla, nie żałuje decyzji o zrezygnowaniu z prawniczej kariery. – Cukiernictwo nie jest łatwym kawałkiem chleba. Jasne, że mam w robocie gorsze chwile, że przeżywam stresujące momenty, ale to wszystko blaknie przy tym, ile satysfakcji daje mi praca. Za żadne skarby nie chciałbym już pojawić się w sądzie – mówi.