Udostępniamy nagrania wideo:

https://wideo.pap.pl/videos/14907/

https://wideo.pap.pl/videos/14906/

W wywiadzie udzielonym PAP generał, który przed miesiącem stanął na czele Dowództwa Operacyjnego Rodzajów Sił Zbrojnych, opowiedział się także za zaangażowaniem polskiego lotnictwa w misje bojowe przeciwko tzw. Państwu Islamskiemu.

PAP: Podlegają panu Polskie Kontyngenty Wojskowe. Najnowszy z nich to ORP Kontradmirał Xawery Czernicki, który w styczniu wyszedł na misję na Morzu Śródziemnym. Co nam daje wysłanie okrętu na ten - wydawałoby się - odległy akwen?

Gen. dyw. Sławomir Wojciechowski: Polski oficer dowodzi zespołem przeciwminowym NATO na Morzu Śródziemnym. To jest wartość dodana. Marynarze muszą od czasu do czasu wyjść na szersze wody. Niektórzy mówią, że Marynarka Wojenna jest droga, ale ma tę zaletę, że okręty mogą wykonywać zadania przez 30-40 lat. To jest czysta ekonomia sił – 70 marynarzy, jeden okręt, a nasza obecność jest widoczna. Jestem oficerem Wojsk Lądowych, ale nie trzeba mnie przekonywać, że Marynarka Wojenna jest ważna.

PAP: Nad Zatokę Perską wysłaliśmy w 2016 r. dwa kontyngenty do wsparcia operacji przeciwko tzw. Państwu Islamskiemu – żołnierze Wojsk Specjalnych szkolą siły w Iraku, lotnicy na F-16 prowadzą z bazy w Kuwejcie loty rozpoznawcze nad Irakiem. Minister obrony narodowej Antoni Macierewicz powiedział w grudniu, że lotnicy domagali się dalej idących zadań. Czy uważa pan, że jest to potrzebne?

S.W.: Oczywiście. Uważam, że skoro jest taka potrzeba i jeżeli jesteśmy członkiem koalicji, posiadając tam odpowiedni sprzęt i wyszkolonych żołnierzy, to nie mam wątpliwości, że są warunki, żeby to robić.

PAP: Powinniśmy wykonywać misje bojowe?

S.W.: Moim osobistym zdaniem, tak. Decyzja jednak będzie jak najbardziej polityczna.

Pamiętam z Afganistanu, gdzie byłem dowódcą kontyngentu, że piloci śmigłowców mieli poważne obawy przed użyciem broni. Z dwóch względów: nie byli przyzwyczajeni, żeby to robić, i nie mieli precyzyjnego uzbrojenia, pozwalającego prowadzić ogień bez zagrożenia dla ludności cywilnej. Po prostu uważam, że powinniśmy być zdolni te zadanie wykonać, a to wymaga, uzmysłowienia sobie, jakie są konsekwencje.

PAP: Czy to prawda, że w tym roku Polska weźmie udział w NATO-wskiej misji nadzoru przestrzeni powietrznej państw bałtyckich, czyli wyśle kolejny PKW Orlik?

S.W.: Tym razem chcemy wysłać samoloty F-16. Uważam za istotne, by F-16, piloci i personel naziemny wykonywali misje faktycznie bojowe. To już nie ćwiczenia, przemieszczenia, przeloty długodystansowe. F-16 będą prowadziły zadania z zakresu obrony powietrznej, może to być ciekawe doświadczenie.

PAP: Kiedy Polska miałaby rozpocząć czteromiesięczny dyżur i która jednostka wystawi kontyngent?

S.W.: Pod koniec kwietnia, choć oczywiście przemieszczenie odbędzie się wcześniej. Będą to samoloty z 31 Bazy Lotnictwa Taktycznego w Poznaniu-Krzesinach.

PAP: Liczebność kontyngentu będzie podobna, jak w poprzednich Orlikach, na które wysyłaliśmy myśliwce MiG-29?

S.W.: Liczebność kontyngentu byłaby podobna; na razie nie mamy informacji, by była potrzeba zwiększania.

PAP: PKW Orlik odbył się sześć razy. Za każdym razem latały MiG-i-29. Dlaczego F-16 wysyłamy dopiero teraz?

S.W.: Powodem jest dostępność. Mamy dyżury w systemie NATINADS (Zintegrowany System Obrony Powietrznej NATO – PAP), przedsięwzięcia szkoleniowe, które musimy prowadzić równomiernie; wysłaliśmy nasze F-16 do Kuwejtu. To nawet nie jest sprawność samolotów, tylko osiągalność pilotów. Łatwiej było wysłać już wcześniej wyszkolone załogi i obsługi MiG-ów, zanim F-16 osiągnęły tę zdolność. Trzeba też pamiętać, że F-16 uczestniczą w wielu ćwiczeniach, a samolotów tego typu mamy 48.

PAP: Polska zadeklarowała, że wyśle kompanię czołgów na Łotwę, do wielonarodowej batalionowej grupy bojowej pod dowództwem Kanadyjczyków. Kto i kiedy tam pojedzie?

S.W.: Będzie to kompania czołgów PT-91 Twardy z 9 Brygady Kawalerii Pancernej w Braniewie. Do 30 czerwca mają osiągnąć gotowość do funkcjonowania – takie przynajmniej na dzień dzisiejszy mamy plany, one zostaną jeszcze dopracowane w szczegółach. Prowadzimy rozmowy z Kanadyjczykami. Jesteśmy po rekonesansach rejonu.

PAP: Ilu żołnierzy pojedzie na Łotwę?

S.W.: Ok. 60. To są czołgi, więc w porównaniu np. z kompanią piechoty ich liczebność jest mniejsza. Ale nie umniejsza to ich wartości.

PAP: Kompanię piechoty zmotoryzowanej z kołowymi transporterami opancerzonymi Rosomak mamy wysłać do Rumunii.

S.W. Pojedzie pododdział z 17 Brygady Zmechanizowanej w Międzyrzeczu. Oni wejdą w skład batalionu i brygady rumuńskiej, w której skład będą wchodzić także inne nacje. Na zasadzie wzajemności Rumuni nam przyślą swoją baterię przeciwlotniczą.

To przedsięwzięcie jest dużo bardziej nowatorskie, bo o ile na północ często zdarzało nam się przemieszczać, o tyle na południe nie. Nasz pododdział będzie na południu Rumunii – tam są najlepsze warunki do szkolenia.

Tak samo jak w przypadku Łotwy, to będzie obecność rotacyjna. Żołnierze będą się zmieniać co sześć miesięcy, sprzęt będzie zostawał na miejscu. Również tu założyliśmy, że gotowość do szkolenia powinniśmy osiągnąć do 30 czerwca.

PAP: Niedawno Polska zadeklarowała gotowość do wysłania żołnierzy na misje pokojowe ONZ po trwającej od 2009 r. przerwie.

S.W.: Zadeklarowaliśmy pododdział inżynieryjny, do 50 saperów, zdolnych od oczyszczania terenu z min, a także – jeśli będzie potrzeba – np. do budowy checkpointów. Zadeklarowaliśmy także możliwość wysłania do 30 obserwatorów. Nie wiadomo jeszcze, dokąd pojadą jedni i drudzy. To na razie pewna pula zdolności, z której Narody Zjednoczone mogą skorzystać.

PAP: Dowództwo Operacyjne Rodzajów Sił Zbrojnych co dwa lata prowadzi ćwiczenie Anakonda. Edycja z 2016 r. była największymi manewrami wojskowymi po 1989 r. Wzięło w nich udział ponad 31 tys. żołnierzy. Jakie lekcje wojsko wyciągnęło z tego przedsięwzięcia?

S.W.: Przede wszystkim wojsko nauczyło się obecności sojuszniczej na tak dużą skalę. Wcześnie była ona dość krótka i sporadyczna. W czasie Anakondy-16 wyjątkowy był zakres, różnorodność i koncentracja w krótkim czasie.

Po drugie, nauczyliśmy się, jak przyjmować sojusznicze siły wzmocnienia. Nigdy wcześniej z sojusznikami w Polsce na taką skalę nie ćwiczyliśmy ognia połączonego, ani połączonej operacji powietrzno-szturmowej z wykorzystaniem śmigłowców, ani intensywnego pokonywania obrony powietrznej. Udało nam się przećwiczyć elementy walki radioelektronicznej i walki w cyberprzestrzeni.

Natomiast niezbyt intensywnie wykorzystane było środowisko morskie, bo równocześnie z Anakondą prowadzone było inne ćwiczenie – Baltops.

PAP: Jakie wnioski wojsko wyciąga z tej intensywnej obecności sojuszników podczas Anakondy-16 na teraz, gdy do Polski przybyła amerykańska brygada pancerna?

S.W.: Te pierwsze doświadczenia stały się już praktyką – chociażby tempo, w jakim ta brygada była w stanie przemieścić się przez Niemcy i z łatwością wejść na teren Polski. To już jest operacja, a nie ćwiczenia. To są procedury, znajomość dróg, placów ćwiczeń, własnych ograniczeń, wymogów strony amerykańskiej, wzajemnej kultury i organizacji. Każdy mniejszy lub większy incydent pozwala szybko wyciągnąć wnioski. To wszystko dzieje się jednocześnie, nie na jednym poligonie. To jest praktyczny wymiar Anakondy teraz.

PAP: Jeśli chodzi o incydenty, to Anakondę i aktualną obecność brygady z USA w Polsce łączą wypadki drogowe z udziałem amerykańskich pojazdów.

S.W.: Rozmawiałem z ambasadorem USA i z attaché, bardzo się tym martwili. Z punktu widzenia wojskowego to jest w pewnym sensie wliczone ryzyko, jeżeli tak dużo rzeczy się naraz przemieszcza, jeżeli mamy czynnik ludzki, to trzeba mieć z tyłu głowy, że rzeczy niemiłe mogą się zdarzyć. Jeżeli teraz, w warunkach pokojowych tego nie sprawdzimy, to tym bardziej będzie to niebezpieczne w sytuacji zagrożenia. Jednocześnie stanowczo chce podkreślić, że dla nas i dla naszych sojuszników zawsze najważniejszym priorytetem jest bezpieczeństwo.

PAP: Jakie wnioski płyną z przećwiczonego podczas Anakondy przekazania dowodzenia między dowództwami polskimi a sojuszniczymi?

S.W.: Ćwiczono to po raz pierwszy na tej szerokości geograficznej. Po tym, ile to sprawiło trudności, można wnioskować, że to było potrzebne. Teraz to nie jest dla nas nowa rzecz.

Do tej pory robiliśmy przekazanie dowodzenia na misjach. Przy czym wtedy jest to proces dość długi, niewymagający pośpiechu, obudowany procedurami. W czasie Anakondy trzeba było to zrobić w pięć dni. Najprawdopodobniej na Anakondzie-18 to powtórzymy.

PAP: Żeby to ćwiczyć i oswajać się z procedurami, czy dlatego że potrzeba coś jeszcze poprawić?

S.W.: Jedno i drugie. Po pierwsze, jest fluktuacja kadr i trzeba będzie to odświeżyć. Po drugie, w związku z tym, że ten proces był niedoskonały i mieliśmy na niego różne spojrzenia, trzeba do tego wrócić.

To trzeba trenować, trzeba wiedzieć, że to jest trudne i że to jest możliwe, i trzeba wiedzieć, kiedy to zrobić. Sama wiedza o złożoności problemu będzie pozwalała wybrać właściwy moment albo zdecydować, że tego procesu należy uniknąć.

PAP: W MON trwają konsultacje projektu zmian w systemie dowodzenia. Pan już wie, jaka będzie przyszłość Dowództwa Operacyjnego RSZ?

S.W.: Dowództwo Operacyjne będzie istniało, jeżeli nie w takiej formule jak obecnie, to w innej, która może być nawet poszerzona. Mówi się o dodaniu elementów szkolenia, a na pewno dowodzenia i kierowania operacjami na terenie kraju na wypadek podnoszenia stanów gotowości.

Dowództwo Operacyjne ma taką strukturę, jaką powinno mieć na wypadek wojny i działań zbrojnych, a tym samym wydaje się stosunkowo dobrze przygotowane, aby tę funkcję wypełniać - i to jest zauważane. Na razie przewidywane również jest, że nadal będziemy centrum zarządzania kryzysowego MON, będziemy nadzorować kontyngenty. Nie spodziewałbym się rozwiązań, które by na nowo odkrywały koło.

PAP: Zapowiadane jest przywrócenie nadrzędnej roli Sztabu Generalnego, tymczasem do tej pory to Dowództwo Operacyjne odpowiadało za przygotowanie stanowiska dowodzenia na czas wojny.

S.W.: Żołnierze nie mieli wątpliwości, że na naczelnego dowódcę może być typowany albo szef Sztabu Generalnego WP, albo ktoś spośród innych strategicznych dowódców. Szef SG WP to jest taki hetman koronny, który powinien brać udział we wszystkich kwestiach związanych z szeroko pojętą wojną i powinien mieć podwładnych lub podwładnego, który będzie za niego prowadził działania zbrojne. Tym samym będziemy mieć klarowny podział, kto się czym zajmuje.

PAP: Czy wiadomo już, jak będą wyglądały relacje Dowództwa Operacyjnego z nowymi Wojskami Obrony Terytorialnej (WOT)?

S.W.: WOT to jeszcze jedno narzędzie w całej puli, jaką będzie miał do dyspozycji naczelny dowódca. Musimy znaleźć odpowiedź na pytanie, w jaki sposób wykorzystać ich możliwości. Zanosi się na to, że będzie to lekka piechota, ale szkoląca się zgodnie z pewnym etosem sił specjalnych. Nie mam tutaj żadnych obaw, wydaje się, że Dowództwo Operacyjne i WOT wspólnie rozumieją tę sprawę.

Rozmawiali Rafał Lesiecki i Jakub Borowski (PAP)