:
Nie przeczę, że czym większa powierzchnia, tym lepiej, i że istnieją korzyści skali. Niemniej uważam, że nawet gospodarstwa o mniejszej powierzchni, a takich poniżej 50 hektarów jest w Polsce około 70 proc., są w stanie prowadzić opłacalną produkcję. Nawet te bardzo małe. W ubiegłym roku weszła np. w życie ustawa o sprzedaży bezpośredniej, która pozwala sprzedawać rolnikom produkty przetworzone we własnym gospodarstwie bez podatku, przy spełnieniu warunku, że taki handel nie przekroczy rocznie 20 tys. zł dochodu. Taka mała, ekologiczna produkcja, sprzedawana na lokalnym rynku może być naprawdę opłacalną niszą i nie trzeba do niej połaci ziemi. Nie może to być wprawdzie źródło podstawowego dochodu, ale kolejna szansa na zwiększenie budżetu gospodarstw.
Wolałbym, żeby podział wynosił pół na pół między małymi ekologicznymi gospodarstwami produkującymi głównie na rynek krajowy, a dużymi, które są zdolne także do eksportu na znaczną skalę. Jeden i drugi model ma swoje zalety. Mała produkcja rolna jest elastyczna i mniej ryzykowna. Duża opłaca się bardziej, ale często wymaga kredytów i śledzenia sytuacji rynkowej.
Pamiętajmy, że konstytucja głosi, że podstawą kształtowania ustroju rolnego są gospodarstwa rodzinne, a to z góry narzuca pewne ramy działania. Dobrym kompromisem między elastycznością małych gospodarstw a opłacalnością dużych byłby np. dobrowolne spółdzielnie zakładane przez rolników, ale zdaję sobie sprawę, że w Polsce o to niełatwo.
Tak. To jest problem głównie mentalny związany z tym, że poprzedni ustrój skompromitował ideę spółdzielczości. I teraz dwóch rolników konkurujących o tych samych odbiorców ma problem z tym, żeby współpracować. Tymczasem, obiektywnie rzecz biorąc, jeśli kilku sąsiadów wspólnymi maszynami zbierze np. jednogatunkowe zboże w podobnym czasie, to uzyskują coś bardzo ważnego – dużą ilość materiału jednolitego, a to otwiera drogę, jeśli nie do eksportu, to przynajmniej do lepszych cen skupu w kraju.
W lutym rząd przyjął projekt ustawy o spółdzielczości rolników, a teraz teraz trwają nad nią prace w specjalnej podkomisji. Obawiam się jednak, że nawet konkretne zwolnienia podatkowe, które przewiduje ten projekt, nie wystarczą, aby przełamać nieufność.
Oczywiście różnie to może wyglądać w różnych częściach kraju. Na Podkarpaciu przeciętne gospodarstwo na 4,7 ha, a na Pomorzu Zachodnim ponad 30 ha. Kiedy różnica wynosi ponad 25 ha, trudno nawet skroić odpowiednie przepisy właściwe dla całego kraju.
To wszystko prawda, ale Diagnoza społeczna mówi o średniej, a ta nie pokazuje wszystkiego. Mówiąc obrazowo, często jest tak, że na 10 domów na wsi tylko dwa są bogate – bo ktoś odziedziczył sporo ziemi albo korzystnie ją dzierżawi, a osiem pozostałych jest poniżej średniej dochodów. Pamiętajmy, że w dalszym ciągu około 60 proc. osób, które żyją w skrajnym ubóstwie w Polsce, to właśnie mieszkańcy wsi.
Faktycznie w rolnictwie nie potrzeba już tak wielu rąk do pracy – powoli rośnie i powierzchnia gospodarstw, i poziom mechanizacji. W dużej mierze za ten wynik odpowiadają też osoby, które wyjeżdżają pracować do miast, lecz wciąż są zameldowane na wsi. No i wreszcie na emeryturę na wieś przenosi się coraz więcej mieszkańców miast, którzy rolnictwem się nie zajmują.
Dla mnie kluczem w tym zdaniu jest eksport. Jesteśmy dużym rynkiem rolnym, który z innymi krajami może konkurować głównie jakością produktów. W zeszłym roku wyeksportowaliśmy produkty rolno-spożywcze za 24 mld euro. Gdyby spełnić zapowiedzi z umowy CETA (umowy handlowej między UE a Kanadą), okazałoby się, że jesteśmy jeszcze bardziej konkurencyjni. Jak jednak pokazuje życie, zapowiedzi sobie, a rzeczywistość sobie.
W praktyce CETA może spowodować, że Unię Europejską zaleją tanie produkty rolne z Kanady i ze Stanów Zjednoczonych pakowane w Kanadzie. W obu krajach mamy do czynienia z rolnictwem na przemysłową skalę, w którym stosuje się modyfikacje genetyczne, dzięki temu produkty są tanie, choć mają mniejsze wartości odżywcze.
Będą. Kraj pochodzenia musi być oznaczony. Niemniej staną przed wyborem – czy kupić tańszą żywność modyfikowaną genetycznie z Kanady, czy droższą żywność wyższej jakości, np. z Polski. Nabywcy w Europie Zachodniej mają grubsze portfele i mogą się zdecydować na żywność, którą my eksportujemy, ale konsumenci w Polsce mogą częściej wybierać tańsze produkty zza oceanu.
Tak. Już bardzo dobrze radzimy sobie w produkcji mięsnej, produkcji zbóż i w związanym z tym przetwórstwem i jesteśmy w stanie sprawnie konkurować na rynkach Europy Zachodniej. Wystarczy spojrzeć, ilu Niemców z miejscowości nadgranicznych przyjeżdża na zakupy do nas, bo nie dość, że jest taniej, to jeszcze nasze produkty spożywcze są znacznie lepszej jakości.
Istnieje gra rynkowa, w której rozmaite lobby są bardzo aktywne. W ubiegłym roku mieliśmy np. problem z jajkami. Czesi i Słowacy kwestionowali ich jakość, choć ta była bez zarzutu, a chodziło tylko o zmniejszenie naszego udział w rynku. Z kolei na nasz rynek próbują wchodzić Niemcy. Stało się tak dlatego, że polscy rolnicy bardzo dużo zainwestowali, aby spełnić wymogi unijne dotyczące chowu klatkowego, a Niemcy, którzy w 90 proc. produkują jaja z wolnego wybiegu, rozpoczęli kampanię przekonującą, że jaja z chowu klatkowego są dużo niższej jakości, i momentalnie zaczęły nam spadać wskaźniki eksportu.
Podobnie było z produkcją mięsa halal. Kiedy już zaczęliśmy być jednym z liderów, momentalnie pojawiła się w Polsce wielka dyskusja o etyce uboju rytualnego. Ubój wrócił, ale nie odzyskamy już swojej pozycji na rynku.
Do tego dochodzi kwestia walki z branżą futrzarską. Jesteśmy drugim w Europie i trzecim na świecie eksporterem skór zwierząt futerkowych. W momencie gdy branża zaczęła notować wysoki wzrost dynamiki eksportu, czyli mniej więcej od 2012 roku, pojawiły się rozmaite protesty. Nie wierzę, że to oddolna inicjatywa organizacji „ekologicznych”, bo na likwidacji tej branży nie zyskają Polacy, ale Niemcy, Rosjanie, Duńczycy, Ukraińcy i Chińczycy.
Pozytywnie, ale z naszej rozmowy wynika już chyba, ze rolnictwo nie jest czarno-białe. Kluczem jest znalezienie właściwego balansu między rolnictwem ekologicznym niskoobszarowym a wielkoobszarowym, które faktycznie buduje wskaźniki eksportu. Ono zresztą na swój sposób też konkuruje jakością, bo ilością nie jesteśmy w stanie.
Kluczowa jest rola Agencji Rynku Rolnego, a w niedługiej przyszłości Krajowego Ośrodka Wsparcia Rolnictwa, oraz samego resortu rolnictwa. Czas też szerzej uświadamiać globalne rynki, że polskie produkty rolno-spożywcze są wartościowe i konkurencyjne. Na początku roku ministerstwo wytypowało 14 priorytetowych kierunków eksportu, m.in. Chiny, Kanadę, USA, ZEA, Arabia Saudyjską, Japonię i Tajwan. To wyjątkowo chłonne rynki otwarte na import z krajów UE. Do tego dochodzi handel z samymi państwami UE, które wciąż są głównymi odbiorcami naszych produktów rolno-spożywczych. Stąd, w wielkim skrócie, kluczowa rola polskiej żywności w Strategii na Rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju.
Rozmawiał
– dyrektor Instytutu Gospodarki Rolnej. Ekspert z zakresu produkcji zwierzęcej. Publicysta zajmujący się wpływem produkcji rolnej na kształtowanie wskaźników gospodarczych w Polsce i Unii Europejskiej.
