Goliszewski: Cel – być w strefie euro do 2017 roku

Ten tekst przeczytasz w 4 minuty
2 stycznia 2013, 15:38
W strefie euro być musimy – podpisaliśmy przecież traktat europejski. Nie musimy deklarować daty wejścia – więc niczego nie musimy. Wielu twierdzi, że strefa euro się zawali. Musiałaby więc runąć cała U - pisze w felietonie Marek Goliszewski, założyciel BCC.

Oznaczałoby to 8-proc. załamanie gospodarek państw członkowskich, 15-proc. bezrobocie (w Polsce 17 proc.), 10-letnią stagnację wywołaną kryzysem finansowym na globalną skalę. Można wiele powiedzieć o kierownictwie UE, ale nie to, że jest grupą samobójców.

Co nam, Polakom, dałaby strefa euro? Wzmocnioną gospodarkę, bo trzeba spełnić kryteria z Maastricht. Dostęp do nowych technologii, bez których nie ma dalszego rozwoju. Mniejsze koszty transakcyjne w skali państwa, nowe inwestycje krajowe i zagraniczne – a więc pracę i płace, stabilne ceny, szlaban dla kapitału spekulacyjnego. Dla przedsiębiorców to eliminacja kosztów wymiany euro na złotówki i odwrotnie, mniejsza sprawozdawczość finansowa, mniejsze koszty doradców finansowych, pewność planowania, mniejsze ryzyko opłacalności eksportowo-importowej, szerszy dostęp do rynków międzynarodowych.

>>> Czytaj też: Kuźniar: 1 stycznia 2016 roku to realna data przyjęcia euro przez Polskę

To przeświadczenie skłoniło BCC w 2006 r. do powołania Koalicji Pro-Euro z udziałem m.in. Władysława Bartoszewskigo, ks. Adama Bonieckiego, śp. Bronisława Geremka, Stanisława Kluzy, Dariusza Rosatiego i innych autorytetów. Naszemu optowaniu za wejściem do wspólnoty monetarnej towarzyszyło też przekonanie, że bycie w tej wspólnocie wzmacnia bezpieczeństwo narodowe. Nikt przy zdrowych zmysłach nie zaatakuje Polski jak np. Gruzji, bo atakowałby światowy system finansowy. Reakcja państw Unii byłaby znacznie szybsza niż uruchomienie sojuszników z NATO na mocy art. 5 traktatu północnoatlantyckiego.

Jednak nie ma darmowego chleba, jak mawiał Adam Smith. Wejście do strefy euro ma swoje koszty. Polska musi zrezygnować z możliwości wykorzystywania stóp procentowych NBP oraz kursu walutowego jako narzędzi polityki gospodarczej. Trzeba będzie też zapłacić za przystosowywanie do euro systemów informatycznych, procesów operacyjnych, szkolenie pracowników.

To, co budzi w Polakach prawdziwy strach, to wzrost cen i bezrobocia oraz utrata narodowej suwerenności i tożsamości. To obawy podobne tym towarzyszącym naszemu wejściu do Unii Europejskiej: przyjdą Niemcy, wykupią polskie ziemie zachodnie i zniszczą naszych rolników. Nie wykupili, nie zniszczyli. Średni wzrost cen w 12 krajach, które w 2002 r. przyjęły euro, wyniósł 2,3 proc., tyle samo ile rok wcześniej. Polska po przyjęciu euro może mieć przez rok, półtora przejściowe kłopoty z bezrobociem i PKB. Nie wpłynie jednak to destabilizująco na polską gospodarkę.

Ale dzisiaj sytuacja jest inna, powiedzą oponenci. W międzyczasie strefa euro zachorowała na nowotwór. Tak, lecz obecnie z nowotworów się wychodzi. W Europie jako onkolodzy jawią się przede wszystkim Niemcy i Angela Merkel. Metodą prób i błędów, dzięki Europejskiemu Mechanizmowi Stabilności (ESM), Czasowemu Funduszowi Ratunkowemu (EFSF), programowi skupu obligacji (OMT) przez Europejski Bank Centralny i ostatnio unii bankowej – państwa strefy euro wyjdą z nowotworu wzmocnione. Obecny kryzys w Europie nie jest kryzysem euro – twierdzą najwybitniejszy współczesny europejski filozof Juergen Habermas oraz ekonomista Peter Bofinger. Euro okazało się stabilną walutą.

>>> Czytaj też: Ekonomiści: Polska nie powinna przyjmować euro, dopóki strefa jest w kryzysie

Złoty niestety nie. Ale to nie jest największe zmartwienie. Powinniśmy się przejmować tym, że unia bankowa to przedpokój Europy dwóch prędkości – czyli Europy równiejszych i równych. Równi to Polska i Polacy. Za unią bankową najprawdopodobniej pojawią się inne przedpokoje, aż do głównego salonu – unii politycznej z nową, europejską konstytucją, ze wspólnym prezydentem, ministrem finansów, spraw zagranicznych, obrony itd. Zmusi do tego globalizacja, ale i gospodarcza konkurencja nie tylko USA czy Chin, lecz także Ghany, Kenii, Chile, Kazachstanu, Ukrainy, Wietnamu.

Członkostwo strefy euro nie uchroni nas przed perturbacjami o globalnym charakterze. Ale uczyni polską gospodarkę odporniejszą na wstrząsy. Finansowe instytucje europejskie dysponują pieniędzmi nieporównywalnie większymi niż Polska i mogą skuteczniej przeciwdziałać kryzysom. Z tego i innych niewymienionych tutaj powodów premier Tusk powinien zadeklarować wejście do przedsionka ERM2 na początku 2014 r. i podjąć wysiłek zmiany Konstytucji RP, tak by Polska przyjęła euro w 2017 r. By poziomem życia dołączyła do równych.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna
Zapisz się na newsletter
Zapraszamy na newsletter Forsal.pl zawierający najważniejsze i najciekawsze informacje ze świata gospodarki, finansów i bezpieczeństwa.

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj