Zacznijmy od kwestii fundamentalnej – czym jest dla Pana dobra emerytura w dobrym systemie emerytalnym?

Dobra emerytura oznacza, że moje oszczędności będą procentowały w takim stopniu, aby moja siła nabywcza jako emeryta była nie gorsza niż jako człowieka pracującego. Nie oznacza to, że mam dostawać emeryturę wysokości 100 proc. ostatniej pensji. Przyjmuje się, że ok. 80 proc. dochodu (w cenach stałych) z okresu składkowego to tyle, ile potrzeba, aby zachować siłę nabywczą.

Czy to realne? 80 proc. to stosunkowo dużo.

Załóżmy, że po potrąceniu kosztów administracyjnych 10 proc. z mojego wynagrodzenia „pracuje” na przyszłą emeryturę. Załóżmy również, że mój okres składkowy wynosi 40 lat i jest dwa razy dłuższy niż okres emerytalny. I teraz, aby dobić do tych 80 proc., ze złożonej, lecz nieskomplikowanej matematyki finansowej wynika, że moje oszczędności muszą realnie — ponad inflację — wzrosnąć o 3,5 proc. rocznie. To sporo, ale osiągalne.

Zatem jak tego dokonać?

Są dwa klasyczne systemy na świecie. Pierwszy to pay-as-you-go, czyli osoby aktualnie pracujące utrzymują emerytów. Drugi system był odpowiedzią na postępujące zmiany demograficzne. Pomyślano, że można mieć system promujący inwestycje prywatne, gdzie inwestycje są przypisane danej osobie, a nie gubią się we wspólnym worku. Dodatkowo rozwiązanie takie ma walor motywujący danego pracownika, aby myślał o swojej przyszłości.

Gdzie się narodził taki kapitałowy system oszczędzania na emerytury?

W Ameryce Południowej, a konkretnie w Chile, w czasie dyktatury Pinocheta. Pinochet nie znał się na ekonomii. Podpowiedziano mu, że kilku młodych Chilijczyków studiuje na Uniwersytecie w Chicago. To byli tzw. „Chicago boys”, którzy zajęli wysokie stanowiska administracyjne. Mieli nie mieszać się w politykę, tylko zająć się reformą. Poprzednie władze bowiem znacjonalizowały całą gospodarkę i doprowadziły kraj na skraj bankructwa. Junta Pinocheta zdawała sobie sprawę, że jeśli trzeba pobudzać gospodarkę, to musi istnieć sektor prywatny.

Czyli idea OFE w swych podstawach jest amerykańska. A jak Amerykanie traktowali nowy system?

Dla Amerykanów był to friedmanowski eksperyment. Chile, czyli stosunkowo mały, dziesięciomilionowy kraj to dobre pole badawcze. Kilka lat później, na początku lat 90’, podobny system wprowadziła Argentyna – tym razem za sprawą argentyńskiego absolwenta Uniwersytetu Harvarda. W Argentynie jednak system prywatny w roku 2008 znacjonalizowano, w wyniku czego państwo przejęło 30 mld dol.

Warto dodać, że reformy systemu emerytalnego, zarówno w Chile, Argentynie, jak i w Polsce, przeprowadzano w kontekście prywatyzacji. Fundusze emerytalne miały być głównym instytucjonalnym inwestorem, który lokowałby kapitał w prywatyzowane na giełdzie spółki Skarbu Państwa.

Jaki wpływ miała reforma systemów emerytalnych na kraje Ameryki Łacińskiej?

Dziś Chile nie ma deficytu budżetowego i inwestuje najwięcej w innych państwach Ameryki Łacińskiej. Aby uzmysłowić sobie znaczenie tego faktu, warto pamiętać, że do końca XX w. w Ameryce Łacińskiej to Argentyna była krajem przodującym, najbardziej rozwiniętym w regionie.

W pewnym momencie chilijskie fundusze emerytalne, zasilone składkami przyszłych emerytów, zaczęły wykupywać firmy argentyńskie. Widać zatem, że ten olbrzymi kapitał szuka ujścia na zewnątrz i chce inwestować. Argentyna zaś, nacjonalizując fundusze emerytalne, pozbawiła się dopływu kapitału.

Z drugiej jednak strony pada argument, że ten wielki kapitał, czyli pieniądze przyszłych emerytów, są kierowane do giełdowej gry na rynku finansowym, szkodliwej dla przyszłego bezpieczeństwa emerytów.

Argument ten jest w dużej mierze ułomny. Mówi się, że inwestycje na giełdzie są bardzo ryzykowne. Proszę zatem mi wskazać inne aktywa, które nie są ryzykowne i jednocześnie wzrostowe. Obligacje skarbu państwa z kolei nie są inwestycją per se, lecz źródłem finansowania inwestycji państwowych, które też są obarczone ryzykiem (vide przykład Grecji).

>>> Zobacz też: Oręziak: Gra o nasze emerytury to nie ruletka

To może trzeba wrócić do starego systemu?

System pay-as-you-go bazuje na inwestycji w „ludność” przy założeniu, że istnieje odpowiednia liczba pracujących wobec liczby emerytów. Piramida wieku jest dziś jednak odwrócona. Oznacza to, że trzeba inwestować w inne aktywa.

Skoro mamy jednak inwestować i podejmować ryzyko, to kto to lepiej zrobi – państwo czy podmiot prywatny?

To jest klasyczne pytanie o efektywność. Badania pokazują, że nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Sektor prywatny dokonuje lepszej alokacji w te inwestycje, które potrafią przynieść większą korzyść finansową. Państwo natomiast patrzy też na inne czynniki, np. społeczne, ale zdarza się, że jest uwarunkowane politycznie, krótkowzrocznie. 

>>> Czytaj także: Clapham: Prywatne emerytury - największe kłamstwo rynku

Czyli inwestor prywatny górą.

Wolność i odpowiedzialność górą. Załóżmy, że pan jako inwestor prywatny zdecyduje, że chce w tym roku zamiast płacić składkę na emeryturę, zainwestować w edukację i zrobić np. dyplom MBA za granicą. Dzięki temu będzie Pan więcej zarabiał, a ostatecznie przełoży się to na wyższą emeryturę w przyszłości. Niestety, nie ma takiego wyboru.

A co jeśli moja kluczowa inwestycja z punktu widzenia przyszłej emerytury okaże się nietrafiona? To się przecież nie tak rzadko zdarza, a takich przypadków może być bardzo dużo.

Vernon Smith, laureat nagrody Nobla, udowadniał, że o ile pojedyncze osoby mogą być nieracjonalne, to jako społeczeństwo zazwyczaj lokujemy dobrze swoje pieniądze, a nasze oszczędzanie na emeryturę odbywa się w ramach pewnego systemu społecznego.

Jak Pan ocenia ostatnią reformę OFE w Polsce?

Rozmontowywanie systemu emerytalnego, nie tylko w Polsce, ale też w innych krajach, można porównać do tego, co stało się na Cyprze rok temu. Państwo zajmuje konta, aby uratować swoje finanse. Być może jest to daleko idące porównanie, ale jak raz państwo łamie daną obietnicę, to potem trudno będzie zaufać temu państwu.

Ale przecież zgodnie z wyrokiem Sądu Najwyższego, środki zgromadzone w OFE nie należą ani do obywatela, ani do funduszu, który nimi zarządza - zatem państwo nie zajmuje niczyich kont.

Nie chodzi o to, czyje są to pieniądze – moje czy publiczne. Chodzi o to, że państwo dało pewne reguły gry, które teraz zmienia. Jako obywatel widzę, że pieniądze, które wpłyną na moją przyszłość, będą rozdysponowane inaczej, niż mi to obiecano. Nawet nie chodzi tu o konkretny kształt systemu, ale daną obietnicę. To samo może dotyczyć systemu edukacji czy systemu opieki zdrowotnej. Państwo powinno stwarzać stabilne ramy instytucjonalne.

Państwo poprzez takie działania daje negatywny sygnał. Jeśli pożyczam od Pana długopis i potem mówię, że jednak go nie oddam albo oddam w innej formie, to jaki wysyłam Panu sygnał? Przecież nie kradnę, tylko pożyczyłem, a wartość pojedynczego długopisu jest bardzo mała. Czy jednak po czymś takim zaufałby mi Pan w przyszłości z większą sumą pieniędzy? Często małe sygnały mają duże konsekwencje w przyszłości. 

>>> Czytaj również: Bielecki: OFE chcą się uwłaszczyć na składkach emerytalnych

A co jeśli obecny stan rzeczy nas nie zadowala i np. stopa zastąpienia w nowym systemie jest niższa niż w starym. Wtedy państwo decyduje się na zmianę tych reguł gry.

Oczywiście, trzeba poprawiać ułomności systemowe, ale na zasadzie ewolucji, a nie rewolucji. Stabilność instytucjonalna jest warunkiem rozwoju gospodarczego. Zauważmy, że reforma systemu emerytalnego w 1999 roku była zmianą ewolucyjną - bardzo szeroko zakrojoną w czasie.

Działania oportunistyczne rządu, tak jak to miało miejsce choćby w Argentynie, mogą rozwiązywać doraźne problemy, lecz mają daleko idące konsekwencje dla państwa jako osoby publicznej.

Jako obywatele jesteśmy jednak w dużej mierze po prostu zdani na decyzje państwa – bez względu na to, czy ufamy temu państwu czy nie.

Tutaj dotykamy kwestii filozofii państwa. Państwo nie jest osobnym bytem, państwo jest tworzone przez ludzi. Władza państwa nie jest pierwotna w stosunku do ludzi. Wersję, że to byt kolektywu jest przed bytem jednostki, przerabialiśmy w dobie władzy ludowej.

Tyle w teorii. A praktyce politycznej bywa nieco inaczej. Nie tylko w Polsce.

Jeśli tak, to stawiamy się na poziomie Wenezueli, której wiceminister ds. ropy naftowej powiedział kilka lat temu, że państwo może obiecać cokolwiek, ale nie jest to wiążące. Skończyło się nacjonalizacją przedsiębiorstw naftowych. 

>>> Czytaj także: Rybiński: Co zrobić, pozostać w OFE czy przejść do ZUS?

W dobie kryzysu finansowego, gdy reputacja firm została poważnie nadszarpnięta, państwo, które wkracza w gospodarkę, wcale nie jest odbierane negatywnie. Niekiedy wręcz przeciwnie.

Obarczanie winą firm za kryzys finansowy jest w dużej mierze argumentem jedynie publicystycznym. To właśnie państwo powinno zatroszczyć się o odpowiednie regulacje, tymczasem rząd poprzez niskie stopy procentowe zachęcał do zadłużania się obywateli na masową skalę. Kwestia odpowiedzialności za kryzys finansowy to odrębny i złożony temat.

Jaki jest Pański pomysł na emeryturę?

Przede wszystkim liczę na rodzinę i na siebie. Chciałbym płacić minimalne zobowiązania wobec państwa i móc ulokować oszczędności w bezpieczne aktywa, do których zaliczam zdywersyfikowany portfel nieruchomości, energetyki, infrastruktury i przedsiębiorstw użyteczności publicznej. Również ulokowałbym małą część oszczędności w fundusze wysokiego ryzyka. A nuż się poszczęści.

Marian Moszoro jest profesorem Financial Management i Corporate Finance w IESE Business School w Hiszpanii. W latach 2005-2007 był podsekretarzem stanu w Ministerstwie Finansów. Od 2009 do 2011 roku naukowiec wizytujący w Haas School of Business na Uniwersytecie Kalifornijskim w Berkeley.