Jak wynika z badań Stephena Cecchettiego i Enisse Kharroubi, ekonomistów BIS, gdy branża finansowa osiąga zbyt duże rozmiary, PKB danego kraju w przeliczeniu na pracownika zaczyna się kurczyć. Już w 2012 roku, po przeanalizowaniu sektorów finansowych w 21 krajach świata, ekonomiści udowodnili, że w momencie, gdy zatrudnienie w tej branży zaczyna przekraczać poziom 3,9 proc. siły roboczej, produktywność w gospodarce spada.

Branża finansowa wysysa z rynku najzdolniejszych

W najnowszym raporcie, opartym na danych z krajów OECD, opublikowanym w lutym 2015 roku, analitycy tłumaczą, dlaczego branża finansowa może zaszkodzić gospodarce. Sedno problemu tkwi w tym, kogo zatrudniają instytucje finansowe. Są to przede wszystkim niezwykle utalentowani pracownicy. Zdolni ludzie pracujący dla wielkich banków inwestycyjnych skupiają się na projektach, które w dłuższym terminie niekoniecznie przyczyniają się do tworzenia wzrostu gospodarczego.

Ekonomiści BIS doszli do dwóch ważnych wniosków. Po pierwsze rozwój branży finansowej w danym kraju jest przeszkodą dla wzrostu produktywności. „Im większy rozwój sektora finansowego, tym mniejszy realny wzrost gospodarczy. Uogólniając, boom w usługach finansowych nie przyspiesza wzrostu gospodarczego. Sektor finansowy konkuruje bowiem z innymi gałęziami gospodarki o zasoby ludzkie” – czytamy w raporcie. Po drugie, boom kredytowy osłabia to, co uważane jest za silnik wzrostu gospodarczego – branże związane z badaniami i rozwojem.

Dr Piotr W. Zawadzki z Instytutu Polityki Społecznej UW i Fundacji Naukowej Norden Centrum podkreśla jednak, że bez względu na powiązania gospodarcze i kapitałowe w zglobalizowanym świecie, każde państwo ma nieco odmienne warunki ekonomiczne, prawne i te dotyczące rynku pracy. – W państwach cieszących się większym odsetkiem wysoko wyspecjalizowanych kadr wzrost sektora finansowego nie będzie tak niebezpieczny dla reszty firm, jak w państwach w których system edukacyjny nie wypuszcza na rynek tak wielu specjalistów. Te rynki pracy, które zależą od średnio- i nisko wykwalifikowanej siły roboczej, z mniej rozwiniętymi technologiami i istotną rolą rolnictwa, w mniejszym stopniu będą reagowały na ruchy w zatrudnieniu w sektorze finansowym – bo w tych gospodarkach po prostu statystycznie potrzebnych jest mniej specjalistów – tłumaczy Piotr W. Zawadzki.

- Sektor finansowy posiada zdolność do pozyskiwania bardzo atrakcyjnych kandydatów. Zarówno w bezpośredniej obsłudze klienta, jak w innych obszarach, w tym np. IT. Zasoby te nie są przez to dostępne dla innych sektorów gospodarki – mówi dr hab. Tomasz Rostkowski z Katedry Rozwoju Kapitału Ludzkiego w Szkole Głównej Handlowej w Warszawie.

Zdaniem ekonomisty, kwalifikacje osób zatrudnionych w bankowości są często nawet wyższe niż jest to konieczne. Jako przykład podaje działy obsługi klienta i magisterium na stanowisku doradcy klienta. Zjawisko to nie jest jednak typowe tylko i wyłącznie dla branży finansowej. – Wynika to z łatwego dostępu do absolwentów szkół wyższych i jednocześnie występującej słabości kształcenia na poziomie ponadgimnazjalnym. Mówiąc prościej: jeśli na rynku brakuje osób z wykształceniem średnim o pożądanych kompetencjach, pracodawcy mogą skorzystać z kandydatów z wykształceniem wyższym o “nierynkowym” profilu i szybko nauczyć ich potrzebnych umiejętności – mówi dr hab. Tomasz Rostkowski z SGH.

>>> Polecamy: Być albo nie być. Banki szukają oręża na trudne czasy

Finansiści inwestują w mniej produktywne branże

Naukowcy z BIS zwracają także uwagę na drugą istotną zależność wynikającą z rozrostu branży finansowej. Dowodzą, że spółki finansowe chętniej inwestują w projekty, które przynoszą szybkie zyski, nie generując produktywności. Co więcej, gdy najzdolniejsi ludzie pracują dla banków inwestycyjnych, ich umysły koncentrują się na projektach, które nie przyczyniają się do wzmocnienia wzrostu gospodarczego w dłuższym terminie.

Dowodzą, że gdy banki zatrudniają coraz więcej utalentowanych pracowników, zwiększa się też ich akcja kredytowa i chętniej inwestują w mniej produktywne, ale „łatwe” i „bezpieczne” branże, które są nastawione na szybkie przynoszenie zysku.

- Wzrost sektora finansowego bardzo często idzie w parze ze wzrostem sektora takiego jak np. budownictwo – w którym zyski z inwestycji są dobrze zabezpieczone (a więc cieszą się popularnością inwestorów, dając przewidywalny i stabilny zwrot), jakkolwiek sektor ten przynosi stosunkowo – w odniesieniu do bardziej ryzykownych lokat – niską produktywność – mówi dr Piotr W. Zawadzki z Uniwersytetu Warszawskiego.

Chodzi więc bardziej o zależności makroekonomiczne niż o te dotyczące rynku pracy. - Inwestujemy w niskowzrostowe, ale dobrze zabezpieczone branże, chętniej niż w papiery ryzykowne, ale nawet przynoszące w gospodarce wysoki wzrost”.

„Wyniki naszych badań i doświadczenia z ostatniego kryzysu finansowego pokazują konieczność powtórnego przeanalizowania związków finansów z realnym wzrostem gospodarczym w nowoczesnych systemach gospodarczych” – czytamy w raporcie BIS.

>>> Polecamy: Były bankowiec: Łgać w żywe oczy i mieć klienta za nic. Liczy się tylko interes banku

Polska potrzebuje rozwoju przemysłu

Czy na polskim rynku możemy już mówić o nadmiernym rozroście branży finansowej? Kluczowa jest tutaj wartość dodana wytwarzana przez konkretne branże, bo to właśnie ona jest czynnikiem wpływającym na rozwój gospodarki. – Polska potrzebuje intensywnego wzrostu przemysłu, który nie rozwija się odpowiednio dynamicznie w porównaniu do rozwoju usług w ostatnich 20 latach. Jest to szkodliwe dla wszystkich sektorów bowiem znaczenie i bazę materialną polskiego majątku, waluty i siły roboczej kształtuje właśnie produkt przemysłu - a nie usług, w tym finansowych. Wynika to z prostych przyczyn: wartość dodana przemysłu była i jest nadal najwyższa w porównaniu z pozostałymi sektorami wytwórczości na świecie – ocenia dr hab. Agnieszka Ziomek z Katedry Polityki Gospodarczej i Samorządowej na UE w Poznaniu. Podkreśla, że to właśnie potrzebom przemysłu powinny podlegać profile nauczania, które należy kształtować interdyscyplinarnie.

- Co do rozrostu branży finansowej, oczywiście wskazane jest zachowanie równowagi bo sektor ten jak i usługi innego rodzaju towarzyszą wzrostowi branż przemysłowych. W innych warunkach dochodzi do tzw. serwicyzacji i sekularyzacji gospodarki. W polskich warunkach korzyści z takich zjawisk raczej nie będzie – mówi dr hab. Agnieszka Ziomek.

Naturalnym jest, że wysokie wynagrodzenia, korzystne w porównaniu z innymi warunki pracy i wysoki prestiż pracodawców przyciąga cennych pracowników – twierdzi dr hab. Tomasz Rostkowski ze Szkoły Głównej Handlowej. - Jeśli jest to opłacalne zarówno dla przedsiębiorstw jak dla pracowników oznacza to, że są oni bardziej produktywni w tym sektorze niż w innym. Gdy to się zmieni w walce o talenty zaczną zwyciężać inni pracodawcy. Obawiam się, że ewentualne zbyt duże rozmiary branży finansowej i w efekcie duże zatrudnienie w tym sektorze są symptomem choroby, a nie samą chorobą.

Za dużo szkół biznesowych, za mało zawodówek

Skoro prężnie rozwijająca się branża finansowa może źle wpływać na gospodarkę, należałoby zastanowić się, czy na świecie nie mamy już nadmiaru szkół biznesowych i kierunków powiązanych z finansami, które jeszcze do niedawna cieszyły się ogromną popularnością.

- Trudno jest mówić o nadmiarze kształcenia biznesowego, pomijając zagadnienia techniczne, jest to kształcenie o skutecznym działaniu. Wydaje się zatem, że jest konieczne choćby jako uzupełnienie innych specjalności. Nawet jeśli konkretna osoba nie rozważa kariery menedżerskiej łatwiej zrealizuje karierę ekspercką rozumiejąc mechanizmy rządzące organizacjami – uważa dr hab. Tomasz Rostkowski.

Eksperci podkreślają, że prognozowanie jakichkolwiek zmian i trendów na rynku pracy jest bardzo trudne i niesie za sobą ryzyko wystąpienia zjawiska tzw. samospełniającej się prognozy. – Przykładowo, jeżeli dzisiaj stwierdzimy, że jest za dużo szkół biznesowych, bo pociąga to przesyt tymi kwalifikacjami na rynku pracy, a w związku z tym jeżeli odejdziemy od kształcenia w tym profilu, to za kilka lat specjalistów zajmujących się procesami zarządzania na rynku zabraknie, czyli zajdzie sytuacja przeciwna od zakładanej – mówi dr Piotr W. Zawadzki z UW.

Politolog zauważa, że z podobną sytuacją już raz mieliśmy do czynienia na polskim rynku pracy i teraz możemy obserwować jej efekty. Ze względu na krajowe i międzynarodowe strategiczne założenia dotyczące rozwoju gospodarki i rynku pracy, w latach 90. sektor edukacji został przestawiony w kierunku kształcenia na poziomie wyższym. Głównym powodem takiej sytuacji był nacisk na wzrost znaczenia branży usługowej w gospodarce i postęp technologiczny. – W Polsce zapanował niezwykły boom na wyższe wykształcenie, przy okazji jednak destrukcji uległo średnie szkolnictwo zawodowe. Dzisiaj próbuje się je z mozołem odbudowywać, bo okazało się, że właśnie na profesje stanowiące podstawę kształcenia w technikach i tzw. zawodówkach, jest spore i rosnące zapotrzebowanie – mówi ekspert.

Potwierdzają to statystyki. W pokoleniu dzisiejszych 45–55-latków szkołę zawodową ukończyło 36 proc. osób, tymczasem w grupie 25–34-latków – jedynie 15 proc. A to właśnie absolwenci szkół zawodowych są dziś najbardziej pożądani na rynku pracy. Tymczasem już co ósmy bezrobotny w Polsce ma w kieszenie dyplom magistra.

W krajach takich jak Austria, Niemcy czy Dania, w których obowiązuje tzw. dualny system nauczania, łączący naukę z praktyką zawodową, problem bezrobocia absolwentów szkół właściwie nie istnieje. Z wyliczeń ministerstwa pracy wynika, że wprowadzenie takiego systemu w Polsce pozwoli nam w ciągu najbliższych 2-3 lat obniżyć bezrobocie młodych z obecnych 22 procent do 7-8 procent.

- W przypadku szkół biznesowych powinna raczej obowiązywać zasada złotego środka, tak aby nie wylać dziecka z kąpielą, zgodnie z chwilową modą zakładając istnienie zbyt wielu placówek o określonym profilu lub gwałtownie zmiatając z powierzchni ziemi wszystkie, bo dzisiaj są niepotrzebne. Zanim szkoła wypuści na rynek stosowną liczbę pożądanych absolwentów, musi minąć co najmniej kilka, jeśli nie kilkanaście lat – mówi Piotr W. Zawadzki. 

>>> Czytaj też: Bezrobotny jak magister. Wykształceni Polacy nie mogą znaleźć zatrudnienia

Kierunki przyszłości: co dziś warto studiować?

Młodzi mają dziś przed sobą nie lada wyzwanie: w jakim kierunku warto dziś rozwijać swoją edukację, by jak najlepiej odpowiedzieć na potrzeby rynku pracy i całej gospodarki? Z pewnością przyszłościowe są kierunki, które odpowiadają na zmiany demograficzne zachodzące w naszym kraju. Chodzi przed wszystkim o starzenie się społeczeństwa i wszystko to, co służy pomocy i opiece nad osobami starszymi i niepełnosprawnymi – od opieki zdrowotnej, po rehabilitację i organizację czasu wolnego takim osobom – wymienia dr Piotr W. Zawadzki.

- Podobnie, ze względu na konieczność, ale też i na – płynący ze strategii gospodarczych i społecznych – nacisk na łączenie ról zawodowych i rodzinnych, można przewidywać dalszą instytucjonalizację funkcji opiekuńczych i wychowawczych także wobec młodszych pokoleń. Bez względu na negatywne procesy demograficzne (mniejsza dzietność, mniej dzieci), już teraz widać zapotrzebowanie na wypełnianie czasu czy rozmaite zajęcia dodatkowe dla dzieci i młodzieży – uważa specjalista ds. rynku pracy z UW. 

Na rynku pojawią się też nisze pod względem profesji związanych z organizowaniem wolnego czasu osób aktywnych zawodowo. – Kiedyś wypełniaczami czasu były teatr i opera, potem kino, współcześnie siłownia, kto wie, co będzie jutro? Ze względu na sytuację międzynarodową widzę teraz na przykład modę na profesje związane z przetrwaniem (surwiwalem, strzelectwem itp.) i raczej nie jest to chwilowa moda, ponieważ człowiek zawsze poszukuje dodatkowych emocji. Tutaj więc też poszukiwałbym swoich możliwości - mówi dr Piotr W. Zawadzki.

Ekspert podkreśla, że bardzo ważnym czynnikiem jest też posiadanie predyspozycji, umiejętności i kwalifikacji związanych z obracaniem się w środowisku międzynarodowym. – Pracownik, który nie tylko jest dobry merytorycznie w danej branży, ale który potrafi też nawiązać współpracę z kontrahentem z zagranicy, jest już dzisiaj na wagę złota, a w bliskiej przyszłości będzie bezcenny – wyjście na świat ze swoimi produktami i usługami to wymóg rynku i dla coraz większej liczby firm być albo nie być. Bez odpowiedniej kadry tego się nie osiągnie. Bez względu na to, czy paramy się informatyką, produkcją autobusów, czy łożysk kulkowych – dodaje.

Zdaniem dr hab. Tomasza Rostkowskiego ze Szkoły Głównej Handlowej, wyzwania edukacyjne podejmuje się z myślą o dwóch rodzajów sukcesu życiowego: sukces zawodowy oraz ciekawość połączona z chęcią pogłębienia danej tematyki. – W Polsce zbyt mało osób rozumie, że połączenie wysokich wynagrodzeń z zadowoleniem i prestiżem jest możliwe, gdy ktoś interesuje się informatyką, czy szerzej techniką, medycyną, logistyką, marketingiem, sprzedażą itp. czyli jego zainteresowania mieszczą się w obszarach, w których tworzone są miejsca pracy. Jednak, gdy ktoś interesuje się naukami, które nie znajdują zastosowania w świecie praktycznym może liczyć jedynie na zadowolenie pozafinansowe, karierę wybitnego specjalisty w konkretnej dziedzinie (bardzo mało osób w skali kraju), narzekanie połączone z próbami wyłudzenia pieniędzy podatników na promocję swoich zainteresowań i za publiczne pieniądze oferowanie usług, których nikt nie potrzebuje, próbę znalezienia nowych zainteresowań lub trwałe pozostawanie poza rynkiem – podsumowuje ekspert z SGH.

Wybierając studia warto sprawdzić czy najlepsi pracodawcy w Polsce tworzą departamenty politologii lub piony europeistyki, czy też raczej tradycyjnie ograniczają się do departamentów sprzedaży, logistyki, finansów, produkcji, czy serwisu – radzi Rostkowski.

Nie powinno to zniechęcać do studiowania wymarzonych kierunków, ale myśląc o własnej karierze zawodowej, a nie tylko pozazawodowej korzystnie jest zacząć od kierunku “rynkowego”, a następnie jako hobby studiować inne obszary. – Osoby, które rozważają przyspieszenie swojej kariery, czy zajęcie stanowisk kierowniczych lub uruchomienie własnego biznesu powinny rozważyć studia ekonomiczne nawet jeśli ani planowanie rozwoju biznesu, ani rachunkowość, ani zarządzanie łańcuchem dostaw, ani nawet motywowanie pracowników nie leżą w zestawie ich zainteresowań – dodaje.

>>> Polecamy: Dobrze wykształceni i kiepsko opłacani. Prekariat rośnie w siłę i sięga po władzę