Islandia już się wykurowała po kryzysie finansowym z 2008 r.?

Frosti Sigurjónsson, islandzki ekonomista i polityk, autor raportu „Reforma monetarna”.: To był naprawdę poważny kryzys, chyba największy kryzys bankowy w naszej historii. Wzrosło zadłużenie publiczne i prywatne, a wartość naszej korony do euro spadła o 80 proc. Teraz jest już po wszystkim. Zaskakująco szybko wróciliśmy na ścieżkę wzrostu gospodarczego i niskiego, 4-proc. bezrobocia.

Dzięki czemu?

W dużej mierze dzięki szczęściu, np. wyjątkowo obfitym połowom ryb, zwłaszcza makrel. Rybołówstwo jest jedną z głównych branż naszej gospodarki, dźwignią eksportu. Osłabiona korona natomiast wprawdzie sprawiła, że trudniej było nam spłacać długi zaciągnięte w obcych walutach, ale z drugiej strony przyciągnęła do nas mnóstwo turystów. Ruch turystyczny po kryzysie wzrósł o 20 proc., przynosząc dodatkowe przychody i miejsca pracy.

Czyli ożywienie było naturalne – rząd nie pomagał?

Trochę pomagał. Istotny był program dopłat dla zadłużonych gospodarstw finansowany z pieniędzy ze specjalnego podatku nałożonego na banki.

To właśnie banki są powodem naszej rozmowy. Przerost tego sektora nad realną gospodarką uznano na świecie za główną przyczynę kryzysu finansowego. Na Islandii było to szczególnie widoczne…

Tak. Przed kryzysem wartość aktywów bankowych dziesięciokrotnie przewyższała nasze PKB.

To się zmieniło?

O, tak! Ten sektor drastycznie się skurczył. Wiele ze starych instytucji bankowych jest obecnie w trakcie upadłości. Kiedy ten proces się zakończy, będziemy mieć sektor bankowy skrojony na nasze potrzeby: zdrowszy i silniejszy.

To będzie stały efekt? Szczepionka przeciw dużym instytucjom finansowym, jaką był dla obywateli Islandii ostatni kryzys, będzie skuteczna?

Sądzę, że nie znalazłby już posłuchu ktoś, kto by – tak jak to robiono w latach 90. XX w. – przekonywał, że Islandia powinna być państwem opartym na sektorze bankowym. Islandczycy są obecnie bardzo krytyczni wobec finansistów i bankierów. Doszli do przekonania, że powinni oni służyć ludziom, a nie realizować swoje megalomańskie idee. Wielkim błędem Islandii było to, że kiedyś im na to pozwolono. Zawiniła tu także nasza polityka pieniężna, która skupiała się wyłącznie na zapewnieniu stabilności cen i osiągnięciu celu inflacyjnego na poziomie 2,5 proc. To było zbyt uproszczone podejście, pozwalało na stały wzrost podaży pieniądza, który lądował nie w realnej gospodarce (dlatego nie mieliśmy problemów z inflacją), tylko w sektorze bankowym i finansowym. W ciągu 14 przedkryzysowych lat podaż pieniądza wzrosła 19-krotnie!

A jednak uważa Pan, że nadmierny wzrost podaży pieniądza jest wciąż możliwy, skoro zalecenia raportu, który zatytułował Pan „Reforma monetarna”, sprowadzają się do odebrania bankom władzy kreowania nowego pieniądza. Chce ją Pan w całości przekazać bankowi centralnemu? Dlaczego?

Zastanówmy się, jak działa obecny system. Jak pan zauważył, prywatne banki mogą w nim kreować pieniądz. Pozwala na to m.in. tzw. system rezerw cząstkowych. Przyjmując depozyty od klientów, banki traktują je jako podstawę do udzielania kredytów. W związku z tym, że nie są zobowiązane do posiadania w danym czasie 100 proc. pokrycia dla depozytów (czyli 100 proc. rezerwy), udzielają ich na kwoty o wiele wyższe niż wartość depozytów. W ten sposób w gospodarce powstaje zupełnie nowy pieniądz.

Dodajmy, że rezerwy obowiązkowe są obecnie bardzo niskie, więc tego nowego pieniądza powstaje bardzo dużo.

I odbywa się to z zyskiem przede wszystkim dla banków i sektora finansowego. Do 20 proc. zysku banków to wynik zdolności do kreowania pieniędzy. Obecny system finansowy jest więc skonstruowany tak, że banki nie tylko mogą ponad miarę zwiększać podaż pieniądza, lecz również chcą to robić, bo im się to opłaca. Mówię o pieniądzu w sensie wąskim, czyli zsumowanej wartości depozytów i gotówki cyrkulującej w gospodarce.

Gdy przystępowałem do pisania raportu, zastanawiałem się, czy istnieją jakieś sposoby na ograniczenie kreacji pieniądza. W historii stosowano na przykład zasadę, zgodnie z którą zaledwie 10 proc. nowo utworzonego pieniądza może pozostać w sektorze finansowym, a reszta musi wejść w obieg w realnej gospodarce. Takie rozwiązanie wydało mi się przestarzałe. Idea „pieniądza suwerennego”, którą w końcu zaproponowałem, bazuje – jak pan zauważył – na przesunięciu zdolności do kreowania nowego pieniądza wyłącznie na poziom banku centralnego. To bank centralny określałby, jakie potrzeby kredytowe ma gospodarka.

A skąd miałby to wiedzieć? Obecny system swoją siłę czerpie stąd, że banki odpowiadają bezpośrednio na rynkowe zapotrzebowanie, nie muszą pytać banku centralnego o zgodę.

Tak się panu tylko wydaje. Badania ekonomiczne pokazują, że tempo wzrostu podaży pieniądza w realnej gospodarce jest stosunkowo niewielkie i w miarę stabilne. Firmy nie mają nieograniczonego apetytu na kredyt, bo przecież na ich produkty jest w gospodarce tylko ograniczony popyt. Z drugiej strony rynek finansowy jest w stanie asymilować dowolną ilość pieniądza, jego apetyt nie jest więc nigdy zaspokojony. Suwerenny pieniądz ograniczy rozrost sektora finansowego, bo ten nie umie się sam kontrolować i ograniczać. Bank centralny oczywiście nie ma pełnej wiedzy o gospodarce i jej potrzebach, więc jego decyzje nie będą doskonale odzwierciedlać potrzeb rynku, ale na pewno też nigdy nie będzie tak, że w jakimś szalonym zrywie zwiększy 19-krotnie podaż pieniądza! W systemie pieniądza suwerennego nie będzie po prostu motywacji do takich posunięć, zwłaszcza że bank centralny jest niezależny od rządu i ten nie będzie mógł wpływać na jego decyzje.

W systemie, który proponuję, kluczowa byłaby przejrzystość banku centralnego. Musiałby on konkretnie uzasadniać swoje decyzje o zwiększaniu podaży pieniądza, ale nie mógłby się już zajmować lokowaniem nowego pieniądza – o tym decydowałby parlament.

Wdrożenie takiego systemu wymaga czasu i szczególnych przygotowań?

Wystarczy weekend.

Weekend?!

Oczywiście. Zabrać bankom możliwość kreowania nowego pieniądza można jednym aktem prawnym. O wiele dłużej potrwa ściąganie z rynku pieniądza, który wcześniej został przez banki nadmiernie wykreowany. Spłacanie kredytów zaciągniętych w bankach w tych starych „prywatnych” pieniądzach zajmie ludziom i firmom nawet 10 lat. Dopiero potem będzie można tworzyć pieniądz suwerenny.

Czy uważa Pan, że rezerwa cząstkowa to oszustwo? Pański raport wpisuje się w taką narrację…

Lepiej nie używać takich mocnych słów. Według mnie system finansowy w obecnym kształcie się po prostu nie broni. Banki mogą tworzyć coś z niczego i na tym zyskiwać, a gdy powinie im się noga, to biegną po pieniądze podatników. Ten system wyewoluował w ten sposób z różnych powodów i trzeba pomyśleć nad jego reformą.

Bankom się to nie spodoba.

Ale przynajmniej są zainteresowane debatą. Ja myślę, że moja idea jest do zrealizowania. Jestem przekonany, że banki w systemie pieniądza suwerennego także będą przynosić zyski, że system finansowy nadal będzie działał i zarabiał.

Ale mniej.

Niekoniecznie. Systemu, który będzie zależny od banku centralnego, nie trzeba będzie już tak mocno nadzorować. Spadnie liczba regulacji, których teraz jest cała masa, spadnie więc też ich koszt.

Sądzi Pan, że pieniądz suwerenny to idea, którą mogą się zainteresować inne państwa?

Sądzę, że będą się przyglądać, czy zostanie u nas wdrożona i czy się sprawdzi. To po pierwsze. Po drugie nie wydaje mi się, że to, skąd będzie się brała nasza waluta, czyli kto ją będzie kreował, będzie szczególnie ważne dla zagranicy.

Oczywiście, że będzie! Sam kupię trochę takich suwerennych koron. Na pewno będą mocniejsze od innych walut.

Ale po co Panu one?

Żeby je kiedyś sprzedać i zarobić. Musi Pan przecież zdawać sobie sprawę z zagrożenia masową spekulacją na walucie tak małego kraju jak Islandia!

Faktycznie, jest to pewien problem i muszę przyznać, że nie przeanalizowałem go do końca. Sądzę natomiast, że istnieją instrumenty mogące spekulacji zapobiec. Bardzo bym nie chciał, by suwerenna korona stała się walutą międzynarodową.

Zakaże Pan jej wymiany?

Nie, ale można np. taką wymianę jakoś opodatkować. Nie chcemy iść w stronę Szwajcarii. Ich mocny frank stał się walutą międzynarodową i właściwie stracił użyteczność jako instrument wewnętrznej polityki pieniężnej.

Szczerze mówiąc, gdy przeczytałem po raz pierwszy o pańskim raporcie, pomyślałem, że ucieszą się z niego wolnorynkowcy – zwłaszcza zwolennicy standardu złota. Gdy się z nim lepiej zapoznałem, zmieniłem zdanie. Pieniądz suwerenny to wciąż pieniądz z niczego – fiat money. Nie mylę się?

Nie. To nie jest pieniądz towarowy ani pieniądz oparty na złocie. Suwerenny pieniądz istnieje jako zapis elektroniczny.

Dlaczego?

Bo oparcie waluty na złocie uniemożliwia prowadzenie suwerennej i elastycznej polityki pieniężnej. Gospodarka staje się bezbronna wobec szoków. Ponadto gdybyśmy oparli koronę na złocie, jej wartość wzrosłaby tak bardzo, że całkowicie załamałaby się nasza turystyka. Obcokrajowców nie byłoby stać na odwiedziny u nas. Uważam natomiast, że w skali świata jak najbardziej potrzeba eksperymentów w dziedzinie polityki pieniężnej i systemów pieniężnych. Finansowa monokultura jest niebezpieczna, bo ułatwia rozprzestrzenianie się gospodarczych wirusów.

Czy suwerenny pieniądz uodporni gospodarkę na kryzysy?

Tak, bo ograniczy rozrost sektora bankowego, i nie, bo nie ma wpływu na kryzysy, które do nas przychodzą z zewnątrz. Nasza gospodarka to w 50 proc. import i eksport. Jeśli gospodarki naszych partnerów handlowych cierpią, cierpimy i my. Co więcej, Islandia to mała, otwarta gospodarka o niskiej dywersyfikacji przychodów, więc cierpimy relatywnie bardziej. Obawiam się, że strefa euro wpadnie wkrótce w potężne tarapaty związane z właśnie rozpoczętym dodrukiem pieniądza. Pompuje się miliardy w sektor bankowy, powtarzając błędy z przeszłości i tworząc kolejną bańkę. Lepiej byłoby każdemu Europejczykowi dać po 500 euro.

Ta reforma wpłynęłaby fundamentalnie na życie zwykłych ludzi. Czy są oni w stanie zrozumieć skomplikowany świat finansów i bankowości, czy może jest on już zbyt mocno oderwany od rzeczywistości?

To kwestia edukacji. Jeśli nauczymy ludzi, jak działa system, będzie łatwiej tłumaczyć im bieżące problemy i potencjalne rozwiązania. Nawet te wywrotowe. Zauważyłem, że osoby poznające tajniki finansów i bankowości najpierw są w szoku, a potem chcą się dowiedzieć więcej i więcej i mocniej angażują się w dyskusje o polityce ekonomicznej.

Frosti Sigurjónsson – islandzki ekonomista i finansista, polityk. Członek Komisji ds. handlu zagranicznego i spraw gospodarczych działającej przy parlamencie Islandii.

>>>  Polecamy: Banki po cichu podnoszą ceny. Wyjątki są, ale nieliczne