To efekt zdjęcia przez KE procedury nadmiernego deficytu. Degresywna kwota wolna to od kilku miesięcy najbardziej popularny pomysł na obniżenie PIT. Ale ma dwie  wady. Po pierwsze, by było faktycznie odczuwalne, powinno być znaczące, np. dwu- , trzykrotne. Czyli w kieszeni podatnika zostałoby nie  556 zł, jak dziś, ale ponad tysiąc czy półtora tysiąca złotych.

To jednak oznacza poważne ubytki w dochodach budżetu. W przypadku jej podwojenia to ok. 10 mld zł. W dodatku identyczną kwotowo ulgę w podatku otrzymuje zarówno osoba zarabiająca minimalną pensję, jak i ten, kto przekracza próg podatkowy i płaci wyższy podatek. Stąd pojawił się pomysł, by kwota wolna była wyższa dla osób zarabiających mniej. To zredukowałoby koszty budżetowe i lepiej zaadresowało zmianę.

>>> Czytaj też: Szczurek: Obniżka VAT w 2017 roku jest przesądzona

Szczegóły cały czas są opracowywane na zapleczu rządu. Radykalne zwiększenie kosztów uzyskania przychodu  to pomysł mający być alternatywą dla większej kwoty wolnej. Obecnie w standardowych  umowach o pracę koszty uzyskania przychodu wynoszą od 1335 zł do 2502 zł w zależności od tego, czy podatnik pracuje u jednego pracodawcy, czy  w miejscu zamieszkania.

Usłyszeliśmy o pomyśle zwiększenia tych kosztów nawet trzykrotnie. W takim przypadku  w kieszeni podatnika zostawałoby od 700 do ponad 1300 zł. Zaletą tego rozwiązania jest to, że z ulgi korzystałyby osoby zatrudnione na umowach o pracę, więc dodatkowo premiowałoby to zatrudnienie na  zasadach kodeksu pracy. Oprócz tego w grę wchodzą  także inne rozwiązania, jak  wcześniejsza obniżka VAT czy  różne warianty waloryzacji  rent i emerytur.

Jak wynika  z naszych informacji, ostateczne decyzje w tej sprawie zapadną w wakacje, gdy rząd będzie finalizował prace nad  przyszłorocznym budżetem, a jednocześnie zaczynać się  będzie kampania przed wyborami parlamentarnymi.

>>> Polecamy: Polski fiskus najsłabszy w regionie. Wpływy z podatków spadają od 8 lat