Główne osoby dramatu są cztery: emerytowana aktorka, która, jak twierdzi, cudem została matką. Znany aktor zajmujący ważne stanowisko, który w cudowne poczęcie uwierzył. Lekarz, który zapłodnioną komórkę jajową pobraną od młodszej kobiety miał umieścić w macicy emerytowanej aktorki. I inny lekarz, który wcześniej emerytkę faszerował hormonami. Za wszystko oczywiście trzeba było zapłacić, co najmniej 12 tys. zł.

Odpowiedzialnych za zapłodnienie sześćdziesięciolatki nie ma. Ojciec nieznany, a lekarze nie złamali prawa, bo ustawa o in vitro w zeszłym roku jeszcze nie działała, a nawet gdyby, to i tak nie ma w niej zapisu dotyczącego wieku kobiety poddającej się zabiegowi. W zasadzie można być bezdzietną osiemdziesięciolatką, marzyć o dzieciach, zapłacić i próbować sztucznie zachodzić w ciążę.

Sęk w tym, że nie mogę upublicznić nazwisk ani emerytowanej aktorki, ani lekarzy eksperymentatorów. Publiczny w tej sprawie jest tylko Olgierd Łukaszewicz, wybitny aktor, tak, ten sam, który ponad 30 lat temu zagrał obok Jerzego Stuhra w słynnej „Seksmisji” Juliusza Machulskiego, teraz prezes Związku Artystów Scen Polskich, szacownej instytucji dbającej m.in. o prawa aktorów.

W tle akcji, na drugim i trzecim planie, pojawiają się premier RP, marszałek Sejmu, minister kultury, rzecznik praw obywatelskich, profesorowie ginekolodzy, spece od zapłodnienia pozaustrojowego, aktorki, ustawa o in vitro i ryzyko wyłudzenia.

31 lipca tego roku Olgierd Łukaszewicz publikuje „List Otwarty do Pani Premier Ewy Kopacz”. Czytam i zastanawiam się, czy to jakaś prowokacja, czy ktoś się może podszywa pod aktora. Dzwonię do znajomej koleżanki aktorki, proszę, by sprawdziła, czy list jest prawdziwy, czy aktor sam go napisał, czy ktoś nie chce zniszczyć jego reputacji. – Niestety, prawdziwy – słyszę w słuchawce.

Łukaszewicz pisze o sytuacji szczególnej, o tym, że wyczerpał wszelkie możliwe drogi urzędowe i biorąc pod włos premier Kopacz, wspominając jej hasła wyborcze „słucham, rozumiem, pomagam”, prosi o specjalną emeryturę dla koleżanki aktorki, o przyjście z pomocą 60-letniej kobiecie, która przed kilkoma miesiącami urodziła bliźnięta, i na swoją zgubę zapewnia: „Nie stało się to na skutek działań in vitro, jak to niedawno miało miejsce w Niemczech, lecz w sposób naturalny, po przejściu kuracji hormonalnej. Jej przypadek to fenomen biologiczny. Jest prawdopodobnie najstarszą pierworódką w Polsce”.

– W tym wieku już dawno musiało nastąpić wygaśnięcie jajników – mówi prof. Leszek Pawelczyk, szef Kliniki Niepłodności i Endokrynologii Rozrodu szpitala UM w Poznaniu.

– Sprawa nadaje się do psychologa i socjologa i więcej na ten temat nie będę się wypowiadał – kwituje prof. Waldemar Kuczyński z Kliniki Ginekologii Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego w Białymstoku. W 1987 r. był w zespole lekarzy przeprowadzających w Polsce pierwsze in vitro.

Dzielę się tymi opiniami z Olgierdem Łukaszewiczem. – To nie ja powinienem wekslować dyskusje sposobu przyjścia na świat tych dzieci. W mojej opinii ta osoba jest wiarygodna. Kiedy przyszła do mnie, przestraszona, powiedziałem, że dziękuję jej za to, że te dzieci urodziła. Wstała, łzy w oczach i mówi: jest pan pierwszą osobą, od której słyszę takie słowa. Nie jest moją intencją wzbudzanie dyskusji na temat rodzić czy nie rodzić, jak rodzić. Chcę zwrócić uwagę na kobietę matkę, a przede wszystkim na jej dzieci. Zaangażowałem się w tę sprawę ze względu na dzieci, na bliźnięta. Nawiasem mówiąc, ja też jestem z bliźniąt. Sześć kobiet na najwyższych stanowiskach, które mogły pomóc, do dzisiaj nie zrobiło w tej sprawie nic.

Pytam więc, czy poprosił ją o dokumentację medyczną, czy zapytał, co z ojcem dzieci w kontekście alimentów, ale słyszę tylko, że wolą tej kobiety jest, aby ojciec pozostał nieznany. Prawo w Polsce pozwala kobiecie przemilczeć ojcostwo jej dziecka.

Dzwonię do Szpitala Bielańskiego w Warszawie. Pytam o 59-letnią pacjentkę, matkę bliźniaków – tajemnica lekarska. Rozmawiam z prof. Romualdem Dębskim, szefem Kliniki Ginekologii Szpitala Bielańskiego – tajemnica lekarska. Pytam w końcu, czy kobieta w tak późnym wieku może naturalną metodą zajść w ciążę. – Nie da się, nie ma możliwości, bo nie można uzyskać własnych komórek jajowych. Trzeba użyć komórki jajowej dawczyni i plemnika dawcy, ale nie powinno się tego robić ze względu na wiek pacjentki. Firmy, które uczciwie zajmują się leczeniem niepłodności za pomocą technik wspomaganego rozrodu, mówią kobiecie po 45. roku życia, że już nie są w stanie działać, chyba że ta kobieta decyduje się na komórkę dawczyni. Później nie powinno się robić in vitro z komórek własnych. Nieuczciwi lekarze oczywiście przekraczają granicę tego wieku. Ale, na miłość boską, nie robią tego kobietom w 59. roku życia. To fizjologicznie niemożliwe! Byłem przy porodach kilku kobiet po pięćdziesiątce. Wszystkie były po in vitro i wszystkie z komórkami jajowymi dawczyń, a nie z własnymi.

– Od marca tego roku kancelaria premiera, rzecznik praw obywatelskich, minister zdrowia mieli szansę sprawdzić dokumentację medyczną. Ja do tego nie mam dostępu.

Nie jest rolą prezesa ZASP dyskutować tu o biologii, medycynie, etyce lekarskiej – mówi Łukaszewicz. – Ja mam tylko pisma, które wysyłaliśmy do urzędników. Dam pani te pisma. Żadnemu innemu dziennikarzowi tego nie pokazałem. 3 lipca napisałem do premier Kopacz, potem zwróciłem się do pani marszałek Kidawy-Błońskiej, następnie dowiedziałem się, bym jeszcze raz zwrócił się do pani premier. Napisałem też do pani minister Omilanowskiej, do ministra Zembali i ministra Kosiniaka-Kamysza, prosząc o to, by na posiedzeniu Rady Ministrów wsparli moje starania, dodali motywacji. Na razie nie wsparli.

Czytam te papiery, część z nich napisana odręcznie przez aktorkę. Opowiada o swojej sytuacji, wieku, bliźniakach, o tym, że na 100, a na pewno na 99 proc. jest najstarszą matką w Polsce, która urodziła dzieci, o chorej matce, z którą mieszka z dziećmi na niespełna 37 mkw. W Warszawie, o korzeniach patriotycznych i o tym, że wychowa dzieci dla dobra kraju. Nie wspomina, że za wszelką cenę chciała zostać matką, że egoizm wziął górę nad rozsądkiem, że spełniła swoje marzenie o macierzyństwie, samotnym macierzyństwie, bo skoro nie mówi się w całej sprawie o ojcu, to znaczy, że plemnik też musiał być pobrany od anonimowego dawcy. Czytam i wiem, że ta kobieta nie myślała o konsekwencjach, nie przewidziała, że jej tzw. twórcza emerytura 1055 zł i 2 gr może nie wystarczyć na zapewnienie bytu matce i dzieciom.

>>> Polecamy: 60-letnia aktorka urodziła bliźniaki. Ustawa o in vitro na to nie pozwoli?

Mówię to wszystko prezesowi Łukaszewiczowi. Mówię też, że in vitro musiało kosztować tę kobietę co najmniej 12 tys. zł, że skądś te pieniądze musiała wziąć, że to skrajna nieodpowiedzialność wydać na zabieg, a nie mieć na wychowanie dzieci. Przypominam, czego się dowiedziałam od lekarzy. Cytuję profesorskie wykłady o tym, że granica biologiczna na urodzenie dziecka jest teoretycznie na granicy menopauzy, a granica menopauzy to jest pięćdziesiąt lat, plus – najwyżej – cztery, pięć lat. Najstarsze panie, które mają samoistne miesiączki, są w wieku 55–56 lat, ale one i tak samoistnie nie mogą zajść w ciążę. Kobieta, która ma lat 59 czy 60 lat, ma zanikową macicę, zanikowy narząd rodny, śluzówkę niezdolną nawet do implantacji, czyli zagnieżdżenia komórki jajowej – czy to w mechanizmie naturalnym, czy sztucznego transferu. To naprawdę wyjątkowa sytuacja, że udało się to u sześćdziesięciolatki. Może zajść w ciążę wtedy, kiedy jej się poda zapłodniony zarodek uzyskany z komórki jajowej dawczyni i plemnika dawcy, a wcześniej wesprze ją samą hormonami. Ginekolodzy zajmujący się in vitro o matkach po menopauzie najczęściej mówią „geriatryczne pierworódki”.

– Nie mam poczucia, że jestem sam w tej walce. Na moim blogu, pod listem do premier, są głównie komentarze wspierające to, co robię w tej sprawie. Zdarzają się też dowcipne w rodzaju, że Łukaszewicz może sam jest ojcem tych dzieci albo może, że sam je sobie urodził, bo przecież w „Seksmisji” został kobietą. Jeśli będę nabrany, wprowadzony w błąd, w jaki sposób te dzieci się urodziły, to nie stracę do nich sympatii, współczucia dla nich i chęci pomocy finansowej. Wszystkie dzieci wobec prawa są równe. Gdybym mógł być rzecznikiem tylko dzieci, powiedziałbym w ich imieniu: Szanowna Pani Premier, pomóż mojej mamie, aby mogła nas wychować – przekonuje Łukaszewicz.

– Jezu, pan daje głowę za tę kobietę? – dziwię się.

– A kto mi głowę utnie? Czy ja chcę wyłudzić jakieś pieniądze? Ja proszę o pomoc dla dzieci. Słyszę też, że należy te dzieci oddać do domu dziecka, i to najlepiej teraz, kiedy jeszcze nie zdają sobie z tego sprawy. Straszne. Ja jestem wrażliwy na los tych dzieci. Z ich matką będzie mogła pani porozmawiać.

Wcześniej jednak spotykam się w gabinecie doktora Grzegorza Południewskiego, ginekologa, do niedawna prezesa Towarzystwa Rozwoju Rodziny. Wiem, że jest liberalny w kwestiach macierzyństwa. Mówi, że świat, rozwój medycyny dają szansę, by macierzyństwo realizować coraz później. Pytam, czy gdyby do niego przyszła 59-letnia kobieta spragniona macierzyństwa przygotowałby ją hormonalnie do in vitro, mówi tylko: to kobieta decyduje o sobie i o swoim macierzyństwie . Jeśli widać, że pacjentka walczy o dziecko prze wiele lat , że jest co do macierzyństwa przekonana i zdetreminowana  , to lekarz, który ma możliwości aby jej pomóc ma do tego prawo. Lekarz musi zadbać o to, żeby ciąża i poród przebiegały bez komplikacji i nie stwarzały zdrowotnego ryzyka . Czy można odmawiać pacjentce, chociaż by próby leczenia gdy technicznie jest to możliwe? 

Lekarz nie ponosi odpowiedzialności za tę decyzję?

Moim zdaniem nie ponosi, gdyż musi to być decyzja kobiety, która chce zostać matką.

To pan prowadził terapię hormonalną aktorki i jej ciążę?

Nie odpowiem pani na to pytanie. Myślę, że z tym pytaniem powinna się pani zwrócić się do pacjentki.

Co pan sądzi o tym, że lekarz, który podjął się sztucznego zapłodnienia 59-latki powinien płacić teraz alimenty.

To jest wykluczone, gdyż to nie on zdecydował o ciąży. Trzeba również przyznać, że system prawny z trudem nadąża  za tym, co się dzieje w medycynie.

W dokumentach, które dostałam od Olgierda Łukaszewicza, nazwisko aktorki jest zaczernione, podana jest jednak nazwa teatru, który stworzyła. Sprawdzam w internecie, wyskakuje imię, nazwisko, numer telefonu, oferta artystyczna. Jej dane figurują też w dużej agencji aktorskiej. Ze zdjęć patrzy drobna kobieta. Z długimi włosami, z krótkimi, z ciemnymi, jasnymi. Patrzę na wiek. Odmładza się o 10 lat, w rubryce rok urodzenia podaje: 1965, a przecież wiem, że urodziła się w 1955 r. Aktorki zawsze się odmładzały, matki w szpitalu nie mogą kłamać na temat swojego wieku.

Olgierd Łukaszewicz prosi o połączenie, rozmawia chwilę. Kobieta wie, że będę nagrywać, wie też, że Łukaszewicz słucha naszej rozmowy.

Co to była za terapia hormonalna?

Jeśli chodzi o terapię, to była to decyzja lekarza, lekarz znał mój organizm i wiedział, czego organizm potrzebuje. Świetny lekarz, który też poprowadził moją ciążę. Czy pani też ma pytania dotyczące mojej ciąży dziewięciomiesięcznej?

Czy lekarz uprzedził, że ta terapia hormonalna może sprawić, że pani zajdzie w ciążę, czy ona miała jakiś inny cel?

Nie pamiętam tego, czy lekarz mnie uprzedził, czy nie. To było kilka lat temu i ta terapia hormonalna cyklicznie powtarzała się, ponieważ mój organizm potrzebował wsparcia takiego czy innego.

Czy ten lekarz, który prowadził terapię hormonalną, prowadził również pani ciążę?

Ten sam.

Jaka była pani reakcja?

Całe życie chciałam mieć dzieci, chciałam mieć dużą rodzinę. Wielka radość. Następnego dnia usiadłam i pomyślałam: co by było, gdybym nie była w ciąży, jak potoczyłoby się moje życie, w jakim kierunku, jakie to by było smutne, bezcelowe życie. Ja już miałam cel. Dzieci!

Ale w wieku 59 lat.

Wiedziałam, że to bliźnięta, wiedziałam że duży trud donoszenia i wychowania. Ale wtedy myślałam, że to wielki dar. Teraz już wiem, po miesiącach od urodzenia, że nigdy bym z tego daru nie zrezygnowała. Świetnie się czułam w ciąży. Moja mama była w szpitalu, zajmowałam się nią, pielęgniarki mnie chciały usuwać z różnych powodów. Moja mama została sierotą w 1938 r., wychowały ją siostry szarytki, ma olbrzymi lęk po Powstaniu Warszawskim, nie należała do AK, nie jest kombatantem, choć powstańcy umierali jej na noszach, potwornie boi się ludzi, gdybym ja nie stała przy niej przy szpitalnym łóżku, to nie wiem, co by było. Ja z wielkim brzuchem, dzieci ważyły już prawie sześć kilogramów. Byłam w ciągłym ruchu, dwa dni przed moim pójściem do szpitala mamę przywieziono do domu. Mama potrzebuje całodobowej opieki. Nie chodzi. Opiekuję się nią i dwójką dzieci. To było cesarskie cięcie w 38. tygodniu ciąży, dostały po 10 punktów. Usłyszałam, że dzieci są piękne. Na trzeci dzień zostałam wypuszczona ze szpitala.

Lekarze przygotowywali się specjalnie do porodu ze względu na pani wiek?

Chyba nie. W czasie ciąży byłam cały czas pod kontrolą lekarza i wszystko było bardzo dobrze. Sama sobie radzę. Do mamy mam panią do pomocy.

Czy ojciec dzieci płaci alimenty?

Temat prawnie jest zamknięty. Dzieci mają moje rodowe nazwisko. Ojciec dziecka nie ma ani żadnych praw, ani obowiązków w stosunku do dzieci.

Lekarze, z którymi rozmawiałam, twierdzą, że wykluczają naturalne zapłodnienie u kobiety 59-letniej. Uważają, że musiało dojść do zapłodnienia in vitro i wykorzystania komórki jajowej od dawczyni.

Jeśli lekarze używają tak drastycznych słów, to jest to sumienie lekarzy. Moją sprawę trzeba zostawić sumieniom ludzkim i wiedzy.

A jeśli zostanie pani poproszona o udostępnienie dokumentacji medycznej np. przez ZUS?

Nie udostępnię, to jest moja osobista sprawa.

Widzę, że Olgierd Łukaszewicz kiwa głową, wie, że sprawy zabrnęły za daleko. A ja czuję, że rozmawiam z udręczonym człowiekiem. – Dzisiaj dla dobra dzieci to kłamstwo powinno trwać dalej. O co my w tej rozmowie tak naprawdę walczymy? – mówi.

Bez prawdy nic tu się nie wskóra.

Musimy uważać, żeby w imię prawdy nie rozwalić wszystkiego. Te dzieci mają tylko matkę. Na pewno nie pozwolę postawić się w roli oszusta, kogoś, kto chciał oszukać państwo. Dyskusja o in vitro, która przetoczyła się przez Polskę, powinna zaowocować także jakimiś kryteriami dotyczącymi etyki lekarskiej. Jestem synem lekarza, lekarza, który otrzymał dyplom jeszcze w przedwojennym Wilnie. Byłem niejednokrotnie świadkiem, jak ojciec w nocy wychodził wzywany do pacjenta. Mówił o swoim zawodzie: pierwsze – nie szkodzić. Lekarz, który nie ogarnia perspektywy szerszej ponad to, co widzi pacjent, sam nie jest humanistą. A być lekarzem, co już od Hipokratesa wiemy, to być trochę przyrodnikiem, a trochę humanistą. Nieoczekiwanie dla mnie samego staję się obecnie w oczach wielu orędownikiem zapłodnień w tak późnym wieku, a nie orędownikiem tych dzieci, które są. A nie chcę tego.

Dzwoni następnego dnia. – Pewnie pani zna artykuł w „Polityce” sprzed kilku miesięcy o geriatrycznych matkach, kobietach, które zaszły w ciążę po pięćdziesiątce. Dał mi do myślenia – przyznaje.

Czytam. Elżbieta Turlej na przykładach geriatrycznych matek opisuje podobne przypadki.

– Niepotrzebnie w moim liście dałem wyraz fascynacji faktem biologicznym i poinformowałem opinię publiczną, że to nie było in vitro, tylko naturalne zapłodnienie poprzedzone terapią hormonalną – przyznaje Łukaszewicz. Powinienem ograniczyć się do problemu społecznego, jakim jest obecność dzieci w życiu mojej stowarzyszeniowej koleżanki – mówi jakby ciszej.

I ja też cicho: – Do żadnego przestępstwa jeszcze nie doszło. 

Musimy uważać, żeby w imię prawdy nie rozwalić wszystkiego. Te dzieci mają tylko matkę. Dyskusja o in vitro, która przetoczyła się przez Polskę, powinna zaowocować także jakimiś kryteriami dotyczącymi etyki lekarskiej – apeluje Olgierd Łukaszewicz