Potwierdzają to dane zebrane przez DGP z komisji ds. orzekania o zdarzeniach medycznych. Szpitale lub ich ubezpieczyciele proponują złotówkę za stałe kalectwo czy nawet śmierć (zamiast określonych w przepisach 100 tys. zł za uszczerbek na zdrowiu). Decyzja o wysokości odszkodowania leży po stronie placówki medycznej. I nie ma od niej odwołania. W efekcie prace komisji idą na marne: większość pacjentów nie chce takich kwot. Albo rezygnują z walki o pieniądze albo idą do sądu. W nim mają szanse nawet na milionowe wygrane.

Dzięki komisjom, które powstały trzy lata temu przy urzędach wojewódzkich, chorzy mieli szybko otrzymać rekompensatę ze cierpienie, którego doznali podczas leczenia. Owszem, na orzeczenia komisji chorzy nie czekają długo. Jednak np. w świętokrzyskim ani jeden z sześciu pacjentów nie skorzystał na tym.

Szpitale chciały oddać od 0 zł. do 5 tys. zł. Poszkodowani odmówili.

Jeden z wrocławskich szpitali zaoferował rodzicom złotówkę za śmierć ich dziecka, do której doszło z powodu ewidentnych zaniedbań placówki.
Rodzice odpuścili. Dzięki temu szpital zaoszczędził kilkaset tysięcy złotych.

>>> Czytaj też: Leki w sklepie jak dopalacze. Nie ma żadnej kontroli

Złotówkę zaoferowała również jedna z małopolskich placówek za zaniedbania, które doprowadziły do śmierci chorego. Inny szpital, też na Dolnym Śląsku, śmierć wycenił na 500 zł. Taką przyjął strategię: niezależnie od szkody proponował niezmiennie pacjentom tę samą kwotę. W 12 przypadkach prace dolnośląskiej komisji spełzły na niczym. Tylko w czterech chorzy zgodzili się na to, co oferowały placówki. W lubuskim na dziewięć odmów były trzy zgody. W Małopolsce sytuacja wygląda nieco lepiej: 17 odmów i 11 przyjętych.
Sami pracownicy komisji dziwią się, że pacjenci godzą się na tak śmieszne kwoty. Jedyna szansa, na którą mogą liczyć chorzy – to kolejny błąd placówki. Jeżeli szpital zapomni i przekroczy termin wysłania dokumentów, musi zapłacić tyle, ile żądał pacjent. Z danych wynika, że w każdym województwie jest po kilka takich spraw.