Po co pan idzie do Sejmu?

Żeby zmienić konstytucję, upodmiotowić obywatela, żeby się zmieniła relacja obywatel-władza, a obywatel uzyskał realną kontrolę nad władzą.

Ale jakby to miało konkretnie wyglądać?

W ordynacji proporcjonalnej w systemie partyjnym nigdy nie zdarzyło się, żeby jedna partia samodzielnie mogła sprawować władzę. Taki podmiot jak mój, który pozostaje poza głównymi siłami, jest w stanie doprowadzić do gruntownych zmian przy odpowiedniej grze politycznej. Warunkami oczywiście są ideowość i patriotyzm. Dziś na dzień dobry są spacyfikowane trwałą koalicją, bo trwała koalicja polega na rozdawnictwie urzędów partii z mniejszą liczbą mandatów przez partię z większą liczbą mandatów.

Czyli nie chce pan wejść do rządu?

Absolutnie nie.

>>> Polecamy: Kontrakt dla wzrostu wynagrodzeń, wsparcie konsumpcji. Oto Polska według Beaty Szydło [WYWIAD]

To jak pan będzie funkcjonował w Sejmie i realizował plan?

Na zasadzie doraźnych porozumień i koalicji celowych. Jeśli np. Leszek Miller wyjdzie z pomysłem zmian, które uniemożliwią napływ do Polski imigrantów, to my taki projekt poprzemy. Jeżeli Jarosław Kaczyński wyjdzie z propozycją wprowadzenia w Polsce systemu prezydenckiego, to my z całą pewnością będziemy za.

A jakie będą pana warunki?

Takie jak powiedziałem: proobywatelskie ustawy. Na przykład ustawa deregulacyjna, w idei podobna do słynnej ustawy Wilczka. Zanim zabierzemy się do zmieniania konstytucji, powinniśmy wywalić wszystkie te ustawy, które blokują rozwój przedsiębiorczości i powodują legislacyjny bałagan. Wszystkie partie mówią: „trzeba zmienić system podatkowy”. I kłamią już na wstępie. Bo w Polsce nie istnieje system podatkowy, trzeba go dopiero stworzyć. W Polsce są dziesiątki tysięcy aktów prawnych, często ze sobą sprzecznych, które umożliwiają zagranicznym korporacjom i bankom wyprowadzanie kapitału z Polski. A jednocześnie pozwalają urzędnikowi zniszczyć polskiego przedsiębiorcę.

To jak ten system podatkowy powinien wyglądać?

Powinien być prosty i zrozumiały dla każdego.

A polityczny?

Podobnie. Podstawową zasadą powinno być wyraźne oddzielenie władzy wykonawczej i ustawodawczej. Najprościej można to osiągnąć, wprowadzając system prezydencki, do tego referendum bez progu frekwencji.

Czy referendum w sprawie JOW-ów nie pokazuje, że ta instytucja w Polsce nie działa?

To była farsa, sposób spacyfikowania antysystemowego buntu przez partyjne sitwy.

W sondażach ma pan dużo mniejsze poparcie niż w wyborach prezydenckich.

Sondaże to śmieszna rzecz. Ich wynik zależy od tego, kto zleca ich wykonanie.

Niemniej jednak my też zleciliśmy sondaż, pytając ludzi o to, co ich zdaniem powinno być przedmiotem referendum. Na jednomandatowe okręgi wyborcze wskazało 25 proc. badanych. To jest pański potencjalny elektorat?

To dużo, to pokazuje, jak ważna jest ta sprawa dla ludzi. Co do pytania o elektorat: czy nie uważacie panowie, że moja działalność przyczyniła się do pobudzenia świadomości obywatelskiej w tej sprawie?

Z pewnością, ale pojawił się też drugi efekt pańskiej działalności: skonsolidował pan przeciwników JOW-ów.

Przeciwnicy JOW-ów są we wszystkich partiach politycznych, co mnie nie dziwi, gdyż oni przecież żyją z systemu proporcjonalnego.

>>> Czytaj też: Znieść PIT i CIT, wyjść z UE, zlikwidować ustrój niewolniczy. Oto Polska według Korwina-Mikke

System JOW-ów też ma pułapki, jego przeciwnicy mówią, że może umocnić partie na ich obecnych pozycjach. Przykład: obecny skład Senatu.

Ale pod wpływem JOW-ów partie będą zmieniać swój charakter. Obecnie partie są zorganizowane jak oddziały wojskowe: na czele stoi wódz i to on rozdziela role. W systemie jednomandatowym w partii prawica płynnie przechodzi w lewicę poprzez centrum, tworzą się grupy wzajemnych asocjacji. Tworzą się zbiory z częściami wspólnymi. Szefowie partii bardziej wtedy przypominają menedżerów niż wodzów. Oni muszą umieć godzić różne odcienie światopoglądu, który dominuje w ich partiach. Dziś narzucają swoją wolę, szantażując niewpisaniem na listę wyborczą bądź przekupując urzędami czy prezesurami w spółkach Skarbu Państwa. W systemie jednomandatowym jest znacznie trudniej wymusić dyscyplinę partyjną. Poseł jest związany kontraktem z wyborcą.

Pożegnał się pan ze współpracownikami, którzy w kampanii prezydenckiej byli przy panu.

Odsyłam do Facebooka. Tam zupełnie nieznani mi ludzie opisują środowisko tych osób, ich plany co do stanowisk, np. w KGHM. Takie informacje do mnie też docierały. A ja nie idę do Sejmu po stanowiska. I nie chcę z takimi ludźmi pracować. Ja nie idę po władzę dla urzędów i pieniędzy. W dupie mam tę władzę, ten frajerski Sejm, to „Bydło na pastwisku” – rozumiecie panowie? Ja idę po Polskę dla obywateli.

Chce pan ordynacji większościowej, ustroju prezydenckiego...

Referendum bez frekwencyjnego progu ważności, chcę też reformy ustroju niesprawiedliwości, bo trudno to nazwać sprawiedliwością. Chcę nawiązania do systemu anglosaskiego, nie postbolszewicki z jakąś Krajową Radą Sądownictwa, w którym jakaś 25-letnia dziewczyna bez doświadczenia życiowego będzie roztrząsać pana spór z małżonką.

System anglosaski, czyli ława przysięgłych?

Też, ale oprócz tego sędziowie pokoju wybierani w wyborach powszechnych w JOW-ach po odbyciu kariery prawniczej. Kandydat musi być notariuszem, adwokatem czy prokuratorem. Po 10 latach, gdy nabędzie doświadczenia, może być wybrany. Pytanie, czy np. sędziów II instancji nie powinien mianować Senat, jako organ spoza sitwy sądowniczej. Prokurator generalny powinien być wybierany w wyborach powszechnych. Powinna być wprowadzona zasada trail, czyli prowadzenia procesów dzień po dniu. U nas ludzie czekają po kilkanaście lat na rozstrzygnięcie sporów.

Co powinien zrobić przyszły rząd z górnictwem?

Proszę zapytać Dominika Kolorza, on jest fachowcem. Ja nie muszę być specem w każdej dziedzinie. A pan wie, gdzie jest największa fabryka fortepianów? Nie wie pan? Jak można tego nie wiedzieć? (śmiech) W poszczególnych dziedzinach są lepsi ode mnie. Ja jestem od wizji państwa, a nie od mówienia, w jakich butach ma chodzić poseł. Ale a propos górnictwa to mogę powiedzieć, że trzeba natychmiast wypowiedzieć pakiet klimatyczny.

A miałby pan odwagę powiedzieć górnikom, że na rynku jest jak jest i będą zarabiać mniej?

Oczywiście. Ja mówię prawdę.

Co z polityką rodzinną?

Odpowiedź jest prosta. Odp... się od moich pieniędzy! To jej główne założenie. Rodzina nie żyje z jałmużny czy 500 zł na dziecko, tylko żyje z pracy. 70 proc. naszych pieniędzy jest zabieranych w formie przeróżnych podatków. Jak wejdę do Sejmu, będą mówił: nie potrzebuję waszych 500 zł, tylko zwolnijcie płace z podatku. Opodatkowanie pracy powoduje dobrobyt rodziny. Druga sprawa – państwo won od mojego dziecka! To nie państwo ma decydować, czy moje dziecko będzie szczepione taką czy inną szczepionką czy w jakim wieku ma iść do szkoły.

Dogadałby się pan z Petru, on mówi podobne rzeczy.

Proszę mnie nie prowokować. Człowiek, który przez całe życie doradzał bankom, wielkim korporacjom, pilnował ich interesów. Gdy mówi, że broni polskiego interesu, nie jest dla mnie człowiekiem wiarygodnym. On mówił, że należy brać kredyty we frankach, ale nie powiedział, że swój przewalutował. A kiedy pytam go publicznie, dlaczego ludziom te kredyty polecał, to odpowiada... że się pomylił! Brał udział w banksterce, która kosztowała nas miliardy i nazywa to „pomyłką”.

Planuje pan po wejściu do Sejmu jakieś sformalizowanie komitetu – przekształcenie w partię czy stowarzyszenie czy inną formę?

Z całą pewnością, ale to nie będzie partia, nie będą pobierał subwencji. To działalność nie tylko polityczna, ale edukacyjna. Jak kiedyś trzeba było uświadamiać ludzi, że ziemia nie jest płaska, tak trzeba im tłumaczyć, że to nie demokracja, a partiokracja. To komuna oświecona. Nie ma sowieckich czołgów, tylko są banki i korporacje, i przykryte jest to fasadą za pożyczone pieniądze, które będą oddawać nasze dzieci i wnuki. Która partia powiedziała, że bandytką jest zadłużenie na koszt przyszłych pokoleń? Żadna. Bo one również żyją z tego zadłużania. Kiedyś była PZPR z przewodnią rolą, dziś mamy efemerydy postpezetpeerowskie po Okrągłym Stole, które zawłaszczyły Polskę.

PiS też?

Oczywiście. PC wywodziło się z Okrągłego Stołu.

Czyli politycznie pan chce wywrócić Okrągły Stół?

Oddać do muzeum – niech stoi obok pomników Lenina. A jeśli napotkamy bezwzględny opór, to trzeba go będzie porąbać i spalić.

>>> Przeczytaj pełną wersję wywiadu na dziennik.pl

Lewica obiecuje najwięcej, Platformy nie da się policzyć

Łączny koszt wszystkich obietnic składanych przez partie w kampanii wyborczej to ponad 235 mld zł – wylicza Centrum Analiz Ekonomicznych CenEA. Najmniej hojne jest PSL. Realizacja propozycji stronnictwa kosztowałaby „tylko” 3,7 mld zł rocznie. Skorzystałyby z niej najuboższe gospodarstwa, głównie emerytów i rencistów, choć w porównaniu z ofertą innych komitetów ten zysk nie byłby duży. 10 proc. najuboższych gospodarstw uzyskałoby wzrost dochodów o 1,5 proc.

Na drugim biegunie znalazła się Zjednoczona Lewica z programem kosztującym rocznie 97,7 mld zł. Lewicowe zmiany w PIT to wyrwa wielkości blisko 58 mld zł. Najciekawszym pomysłem lewicy jest jednak przyznanie każdemu Polakowi równej kwoty tylko za to, że „bierze udział w rozwoju gospodarki” (jej wypłata zależeć by miała od tempa tego wzrostu). Miałoby to kosztować 18,1 mld zł. Efekt: u najbiedniejszych dochody wzrosłyby o niemal 30 proc. Zysk malałby wraz ze wzrostem zamożności gospodarstw.

Odwrotnie układ korzyści wygląda w przypadku propozycji Nowoczesnej i Kukiz’15. Propozycje składane przez ugrupowanie Ryszarda Petru kosztowałyby 6 mld zł, ale najwięcej zyskaliby najbogatsi (głównie na podatku liniowym) – 3,3 proc. Dochody najbiedniejszych mogłyby spaść nawet o 4,4 proc. W przypadku wyborczej oferty Kukiz’15 dochody bogatych i bardzo bogatych wzrosłyby o ok. 11 proc., a w gospodarstwach biednych i nieco bardziej zamożnych o 3,8–6,5 proc. Na programie ugrupowania Pawła Kukiza zyskują jednak wszyscy, więc i koszt jest większy – łącznie 67,4 mld zł.

Na trzecim miejscu znalazły się obietnice PiS. CenEA oszacowała je na niemal 45 mld zł. To w zasadzie koszt dwóch propozycji: dodatku rodzinnego w wysokości 500 zł na dziecko i podniesienia kwoty wolnej w PIT do 8 tys. zł. Dlatego też najwięcej zyskują niezamożni (wzrost dochodów o 16,7–17,2 proc.).

Do niezamożnych i osób z dochodem poniżej średniej jest też adresowany program lewicowej Partii Razem. Jego koszt to 15,7 mld zł. Najwięksi beneficjenci mogliby liczyć na wzrost dochodów rzędu 9,6–9,9 proc.

CenEA nie analizowała programu PO, bo nadal nie ma szczegółów najważniejszej propozycji Platformy, czyli podatku powszechnego.

Analitycy CenEA zwracają uwagę, że hojność partii nie idzie w parze z wyliczeniami, skąd na to wziąć pieniądze. Politycy deklarują co prawda, że źródłem finansowania mogłoby być „domknięcie luki w VAT” (chodzi o dochody z tego podatku, które powinny trafić do budżetu), lecz niemal nikt nie ma pomysłu, jak to zrobić.