Trawa na działce Wojciecha wygląda jak z żurnala. Idealnie równo przycięta, zielona. Aż chce się biegać na bosaka. Za okazałymi tujami kryje się niemniej okazały domek letniskowy w stylu fińskim. Między małym stawem a rabatami biegają dwa labradory, na grillu dochodzą hamburgery. Niemal każdy letni weekend Wojciecha i jego rodziny wygląda właśnie tak. Z dala od miejskiego zgiełku i świata finansów. Także polityki. Wojciech jest bankowcem. Mężem, ojcem trójki dzieci, czeka na czwarte. Katolikiem. Nawet podczas weekendu za miastem, tu w Kujawsko-Pomorskiem, idzie z rodziną do kościoła, do którego przed laty chodził razem z dziadkami. Częste delegacje za granicą, a ostatnio kilkumiesięczny pobyt w oddziale firmy w Holandii, tylko uświadomiły mu, jak dobrze jest teraz w Polsce. I że w końcu idzie u nas ku lepszemu. A to tylko dzięki PiS.

Partię Kaczyńskiego popierał od dawna, choć wstydził się do tego przyznać. – Nie chciałem o tym mówić w pracy i znajomym. Docinaliby mi, że jestem moherem. Wystarczy, że nabijają się z tego, że chodzę regularnie do kościoła. Od razu śmiech i głupawe dowcipy. Nawet rodzina by nie zrozumiała moich politycznych wyborów. Bo siostra i brat są antypisowscy. Z tych, co chodzą na manifestacje KOD i wytykają prawicy najmniejsze wpadki – opowiada. Przez chwilę, po wyborach, Wojciech miał się nawet do swoich sympatii politycznych przyznać. Ale zmienił zdanie, bo z dnia na dzień w jego otoczeniu było coraz gorzej. W banku fala krytyki PiS wylewała się z kolejnych departamentów i płynęła strumieniem tuż obok jego stanowiska pracy, kumulując się w pokoju socjalnym. Na rodzinnym obiedzie, kiedy przypadkiem wygadał się, na kogo zagłosował, rodzeństwo spojrzało na niego jak na idiotę. Owszem, przyznaje, nie zawsze podoba mu się zapalczywe podejście PiS do przeciwników politycznych i ojciec Rydzyk także nie jest najlepszą wizytówką partii, ale jednak woli Kaczyńskiego od Tuska.

Za PO, także przyznaje, nie miał wcale źle. Udało mu się wziąć kredyt, dostał dobrą pracę i założył rodzinę. Ale uważa, że na tym dobre czasy się skończyły. Bo jak przypomni sobie walkę ze służbą zdrowia, wątpliwość, czy policja strzeże obywateli, czy też wybrane jednostki, to od razu podnosi mu się ciśnienie. A gdy jeszcze przypomni sobie to, jak się martwili z żoną, czy stać ich na posiadanie dzieci... – Od jesieni dużo się zmieniło na plus. Moje nadzieje związane z PiS na razie sprawdzają się. W końcu zaczynają być ważni zwykli ludzie, a pieniądze z budżetu są dzielone, a nie chomikowane na premie dla najbogatszych. Mam nadzieję, że moje dzieci będą teraz miały łatwiej. Że dostaną się do przedszkola, bo będzie więcej w nich miejsc, że będą miały prawdziwe dzieciństwo, a nie wyścig szczurów – dodaje. – Czekam, aż wróci stary system szkolny i znikną nieszczęsne gimnazja, które dzieciom tylko szkodzą. Po co było zmieniać coś, co bardzo sprawnie funkcjonowało?

Blisko 40-letni Wojciech stara jednak nie wdawać się w dyskusje z tymi, którzy nie widzą pozytywnych zmian i mówią, że kiedyś było lepiej. – Słyszę niekiedy, jak ludzie w pracy przyznają, że ten PiS wcale nie jest taki zły, jak go malują, lecz zawsze łatwiej krytykować, dlatego z negatywnymi opiniami zderzam się częściej. Mógłbym wdawać się w dyskusje, lecz praca to nie trybuna. Staram się nie wypowiadać na tematy polityczne i nie obnosić się z poglądami. Wolę być doceniany czy krytykowany za jakość pracy, nie poglądy. Zresztą już widzę, jak na korytarzu wytykają paru takich, co się poprzyznawali: o, pisior idzie, dzisiaj piątek, to na pewno się modli w toalecie i ma jarski lunch. Albo puszczają dla żartów telewizję Trwam. Nie wykluczam, że być może przyjdzie dzień, że bez lęku będę mógł zrobić polityczny coming out. Ale będzie to możliwe wtedy, gdy opadnie ciśnienie. I gdy PiS zacznie być w końcu traktowany przez opozycję jako partner do rozmów, a nie worek do okładania, jak obecnie. W tej chwili deklarując się jako zwolennik PiS, skazałbym się w moim środowisku świadomie na ostracyzm.

>>> Czytaj też: Warszawa kontra PiS. Rusza pomnikowa wojna

Jaki hejt?

Warszawski plac Zbawiciela. Zagłębie modnych knajpek, ludzi, jedzenia oraz muzyki. Aleksandra razem z przyjaciółmi świętuje wygrany przetarg na obsługę marketingową firmy zagranicznej w Polsce. Grupa, z którą przyszła, jest imponująco różnorodna: Żydówka, dwóch Egipcjan oraz gej. Piją wino, żartują, pstrykają zdjęcia smartfonami i umawiają się za tydzień na wypad nad morze. Na kitesurfing.

27-letnia Aleksandra, atrakcyjna brunetka z czerwonym manikiurem, niedawno wzięła ślub. Nie myśli jeszcze o powiększeniu rodziny, na razie z mężem planuje podróż po Chinach, może nawet półroczną włóczęgę po świecie. Na dzieci przyjdzie czas. Nie śledzi na bieżąco wydarzeń w kraju, lecz poglądy ma zdecydowane prorządowe. Zawsze było jej bliżej do prawicy. Tak zresztą została wychowana. W szacunku dla Kościoła i rodziny. Rządy Platformy porównuje do komunizmu. – Przekręt na przekręcie. Brak poszanowania tradycji rodzinnych, rozkradanie państwowych pieniędzy i zasiedziale stare pryki na etatach sprzed 30 lat. Nic dla młodych, nic dla rodziny ani Kościoła – wytyka.

Z jesiennej dobrej zmiany oraz tego, że jej głos przyczynił się do niej, Aleksandra jest dumna. Polska flaga wisi w jej salonie przez cały rok. Jednak nie ukrywa, że pewnych polityków PiS trochę się obawia – np. ministra obrony Antoniego Macierewicza i tego, że może doprowadzić do pogorszenia stosunków z Rosją, a może i nawet do wojny. Wierzy jednak w zdrowy rozsądek polityków PiS i w to, że chcą troszczyć się o zwykłych ludzi. Jest przekonana, że w głębi duszy większość osób popiera nowe władze. Tylko z powodu medialnej nagonki woli trzymać język za zębami. – Od ostatnich wyborów wydarzyło się coś, co nie powinno mieć miejsca. Teraz za poglądy w Polsce jest się prześladowanym. I nie mówię o wyznawcach PO. Tylko o nas. Dwie znajome po tym, jak pozytywnie wypowiedziały się w internecie o PiS, zostały zgłoszone na mediach społecznościowych i mają poblokowane konta – podkreśla.

Sama uważa się za szalenie tolerancyjną i jako przykład pokazuje przyjaciół, z którymi spędza ten czerwcowy wieczór. – Mam znajomych z różnych grup społecznych, różnego pochodzenia. Nie mam nic przeciwko innemu kolorowi skóry czy wyznaniu – zapewnia. – Strasznie mnie denerwują stereotypy. Że ci, którzy są za PiS, są rasistami, moherami i prostakami bez wykształcenia. Że idą za Kaczyńskim jak bezmyślne owce na rzeź. Przecież przeciwnicy związków partnerskich zdarzają się i po stronie tych, którzy przez lata głosowali na PO czy lewicę. Strasznie mnie to irytuje. Nie modlę się też od rana do wieczora i nie przekreślam antykoncepcji. Chcę mieć dwoje czy troje dzieci, a nie piętnaścioro – przekonuje.

Od jakiegoś czasu bardzo liczy, że za rządów PiS będzie mogła na nieco mniej „złodziejskich” warunkach kupić z mężem mieszkanie. – Polska, jaka została po poprzednikach, była państwem bogatych i biednych, a nie klasy średniej. Brak odpowiedniej polityki prorodzinnej, zero wsparcia dla młodych. Na szczęście to się teraz zmienia. Czekam jeszcze na ulgi dla drobnych przedsiębiorców. Mam nadzieję, że dzięki zmianom nie trzeba będzie raz na kilka lat szukać pracy w zupełnie innym zawodzie – dodaje.

Kończę spotkanie. Wracam, do domu. Dwie przecznice dalej, w tym samym czasie, gdy Aleksandra pije jeszcze wino z przyjaciółmi, nastolatek w kapturze sprejuje na murze „J...ć PiS”.

>>> Czytaj też: Przepychanie Polski z peryferii do centrum. Czy PiS udźwignie ciężar cywilizacyjnego awansu?

Z nieba nic nie spadnie

Służbowe auto dobrej marki wzięte w leasing miesiąc temu i wiecznie w drodze. 40-letni Paweł w Warszawie jak zwykle jest przejazdem. Lunch, parę spotkań i znów rusza w trasę. Jako tłumacz języka angielskiego jest często wynajmowany przy wszelkiego rodzaju wizytach zagranicznych i delegacjach w korporacjach. I jak mówi, niejednego się nasłuchał o tym, jacy źli są ci PiS-owscy i jak bardzo szkodzą Polsce.

– Jestem profesjonalistą, mam rodzinę na utrzymaniu, więc nie mogę dać się ponieść emocjom. Lecz kiedy słyszę, jak źle i niedobrze się dzieje, to szlag mnie trafia. Bo najlepiej narzekać i liczyć na to, że coś nam spadnie z nieba. A według mnie właśnie teraz ten, kto chce coś osiągnąć, ma w końcu na to szansę. Widać ruch na stanowiskach w dużych firmach związanych ze Skarbem Państwa. Tak samo w mediach. Do głosu dochodzą ci, którzy przez lata działali w szarej strefie, bo nie byli znajomym platformerskiego królika albo nie stała za nimi kasa. Teraz jest uczciwiej. Zmieniają się formy zatrudnienia, już coraz mniej pracodawców zatrudnia na krótkoterminowe umowy-zlecenia. I co najważniejsze, nie ma u nas euro. Mam nadzieję, że rządzący nigdy się nie zgodzą na przyjęcie wspólnej unijnej waluty. Za PO euro było blisko. Tak samo jak uchodźcy – opowiada.

A Paweł nie chce w Polsce uchodźców. Boi się islamskiego radykalizmu. Nie interesuje go, że wśród uchodźców są także dzieci. Te dzieci, według Pawła, też wyrosną na terrorystów. – Wystarczy spojrzeć na Francję czy Belgię. Co stało się z tymi krajami. Ich problemy z dżihadystami to cena za nadmierną otwartość. Te państwa same są sobie winne – mówi już podniesionym głosem.

Może nie we wszystkim z PiS się zgadza, bo mimo wszystko uważa, że Kościół powinien być nieco bardziej oddzielony od państwa, ale nie żałuje, że oddał głos na partię Kaczyńskiego. I zrobiłby to ponownie. Ale w pracy spotyka się z negatywnymi opiniami na temat władzy, dlatego o swoich poglądach nie mówi. – Teraz obrywa się bardziej za poglądy propisowskie niż za inne. Co chwila słyszę, że nie ma tolerancji dla pisiorów, że na Kaczyńskiego głosowali rolnicy, ludzie bez wykształcenia i nic nieogarniający 18-latkowie. A sam znam wiele osób, które poparły zmianę władzy, i to wcale nie są bezrobotni, ludzie ze wsi, bez wykształcenia i perspektyw. Tylko osoby dobrze sytuowane – podkreśla. – Nie jest mi wszystko jedno, w jakim kraju żyję, chcę mieć wpływ na to, co się dzieje. Wcześniej nie czułem, że moje zdanie jest w jakimkolwiek stopniu ważne. Teraz w końcu jest.

Gdzie oni są

Na działce czy w knajpie dla hipsterów, w banku czy w kancelarii prawniczej. Zwolennicy partii Kaczyńskiego – dobrze wykształceni oraz dobrze uposażeni – są w każdej grupie społecznej. Tyle że zupełnie ich nie widać. – Nie chodzi mi o wstyd, lecz mam wrażenie, że polityka już dawno tak nie dzieliła ludzi. Nie chcę, by moje dzieci były stygmatyzowane, dlatego nie będę pokazywał twarzy – tłumaczy Wojciech. – Paradoksalnie kiedyś mniej się obrywało za poglądy niż teraz. A najbardziej krzyczą ci, którzy zostali odsunięci od władzy.

Z sondażu przeprowadzonego niedawno przez TNS Polska wynika, że na PiS zagłosowałoby ponownie 40 proc. Polaków biorących udział w wyborach. O 1 proc. więcej niż w maju i kolejne punkty procentowe więcej niż w poprzednich miesiącach. Sporo w tej grupie młodych. Co oni widzą w PiS? Program „Mieszkanie plus”, podwyżkę stawki godzinowej i pracę. Morze pracy. – Moja siostra kończy niedługo 18 lat, zacznie studia i na pewno nie będzie chciała nigdzie wyjeżdżać. Już ma propozycję płatnego stażu, a potem pracy w Polsce – mówi Aleksandra. – Młodzi zaczynają wierzyć w nasz kraj, że są w stanie zrobić tu karierę, założyć rodzinę. Przez ostatnie lata raczej zachęcano do wyjazdu. Patriotyzm umierał. Straszono nas tylko niżem demograficznym i tym, że nikt nie da nam już kredytu hipotecznego. Nie robiono nic, żeby to zmienić. Teraz jest inaczej. I chociaż można się z programu „Mieszkanie plus” śmiać, bo tak łatwiej, to jeśli pomysł sprawdzi się choć w niewielkim stopniu, młodzi zyskają poczucie, że państwo chociaż próbuje. Że nie zostawia samym sobie tych, których nie stać na kredyt.

A czy jej rozgoryczenia nie budzi to, że żeby coś dać, trzeba komuś zabrać? Na takie pytanie tylko wzrusza ramionami. – Bogaci może powinni się obawiać, lecz na świecie też przecież tak jest, że jak ktoś ma więcej, musi płacić wyższe podatki. Państwo powinno wspierać tych, którzy mają mniej, a nie dokładać do grubego portfela zamożnych. O emerytów państwo dba. Udowodniło to chociażby darmowymi lekami dla seniorów. A naprawa systemu emerytalnego po poprzednikach potrwa – podkreśla Aleksandra. – Ja się o emeryturę nie martwię, wierzę, że uda się jeszcze wyprowadzić to na prostą. PiS będzie rządzić długo. Stawia na młodych, a młodzi tego nie zapomną.

Nic na ślepo

Kamienica na Mokotowie. Marcin szykuje się na przyjęcie znajomych. Dzisiaj ważny wieczór. Mecz polskiej reprezentacji z Niemcami na Euro 2016. Ubrany w narodowe barwy, z pomalowaną twarzą, Marcin pęka z dumy. – Nieważne, czy wygramy, czy nie, ale zmierzenie się z Niemcami jest wydarzeniem. Nie tylko sportowym, lecz też historycznym – podkreśla.

Jako wzięty grafik komputerowy współpracuje z wieloma zachodnimi firmami. Żona, dwoje dzieci. I pasja, która jest silniejsza niż zdrowy rozsądek. Lotnictwo szybowcowe. Skończył studia, spędził wiele miesięcy za granicą i, jak mówi, to właśnie tam utwierdził się w swoich poglądach. – Prawica bardziej dba o ludzi, lewica niestety skupiona jest na władzy i tym, co może tą władzą ugrać. Czytam, znam historię i zależy mi na Polsce.

Z żoną poznali się na studiach. Nie w oazie, jak czasami docinają znajomi. Ale wiara i poglądy są dla obojga ważne. – Jesteśmy wierzący i praktykujący, lecz to nie oznacza, że mamy być klasyfikowani jako zakołtunieni i ślepi wyznawcy PiS. Mamy swoje poglądy i zasady. Nie lubimy ściemniania, jak to miało miejsce za poprzedniej władzy. Ale nie koczujemy w kościołach, jeździmy za granicę i mamy ciemnoskórych przyjaciół. I to się niektórym gryzie z obrazem wyznawców PiS. Bo przecież powinniśmy palić gejów na stosie, prawda? Nie mówię tego na pokaz, ja po prostu tak myślę – zaznacza.

Bardzo ważna jest dla Marcina i jego żony rodzina. Gdyby jednak z jakiegoś medycznego względu mieć dzieci nie mogli, na pewno zdecydowaliby się na adopcję. – Jeśli nie można mieć dziecka w naturalny sposób, nie można oszukiwać biologii. Jesteśmy przeciwko in vitro. Jest tyle potrzebujących, osieroconych dzieci, że instynkt rodzicielski można zaspokoić, robiąc przy okazji coś dobrego. Jeśli kogoś stać, może próbować ze sztucznym zapłodnieniem, ale państwo na pewno nie powinno do tego dopłacać, jak to było w poprzednich latach. Natomiast antykoncepcja jest jak najbardziej w porządku. To nieprawda, że osoby wierzące używają jedynie kalendarzyka małżeńskiego – denerwuje się Marcin.

Przytakuje mu dwóch znajomych, którzy właśnie dołączyli prosto ze squasha. I przekonują, żeby rozwiać krążące wokół PiS-ozwolenników mity. – Zwolennicy każdej partii dzielą się na liberałów i radykałów. Niechęć do uchodźców, homoseksualistów czy zapalczywe naciskanie na surowe rozliczanie przeszłości zdarza się równie często po naszej stronie, jak i innych. Problem polega na tym, że częściej mówi się o nas. Bo to chyba teraz bardziej medialne – dodaje Marcin.

Kiedy dodaję, że być może przyczynia się do tego sympatia łącząca PiS z ONR, Marcin się oburza. – I właśnie to jest kolejny przykład na wrzucanie wszystkich do jednego worka – kończy, odwracając się do telewizora. Polska reprezentacja wychodzi na boisko. Rozbrzmiewają pierwsze dźwięki „Mazurka Dąbrowskiego”. Marcin z kolegami podrywają się z krzeseł, przykładając ręce do serca.

>>> Czytaj też: Bloomberg: Populizm hamuje rozwój Polski. Gospodarka rośnie za wolno, by dogonić Europę