Wszyscy obawiają się, że uwarunkowania prowadzenia biznesu zmienią się. Jak zapowiedział gubernator Banku Francji i jednocześnie członek Rady Wykonawczej Europejskiego Banku Centralnego Francis Villeroy de Galhau podmioty finansowe prowadzące działalność na rynku UE z Londynu mogą utracić „paszport europejski”. Oznacza to, że aby wykonywać operacje na rynkach narodowych państw-członków Unii będą musiały występować o licencję nadzoru w każdym z tych krajów.

Do tej pory mogły to robić w oparciu o licencje z jednego kraju członkowskiego świadcząc swobodnie usługi na terenie innych państw członkowskich. Teraz może to być trudniejsze i znacznie droższe rozwiązanie, chociażby dlatego, że wiąże się z rozpoczęciem działalności w oparciu o nowy podmiot bankowy. Działalność finansową w innym państwie unijnym na podstawie jednolitego paszportu europejskiego można prowadzić na zasadzie usług transgranicznych (bez otwierania oddziału) lub poprzez oddział w kraju świadczenia usług.

>>> Chiny zacierają ręce. Mogą być największym zwycięzcą Brexitu

Paszport europejski działa jednak w dwie strony, dlatego banki unijne z kontynentu, które prowadzą rozległe interesy poprzez londyńskie City mogą znaleźć się pod presją krajowych regulatorów i przesunąć lokalizację biznesów do krajów pochodzenia – głównie dotyczy to Niemiec i Francji. Regulator brytyjski z kolei może zażądać np. od Deutsche Banku prowadzenia działalności w oparciu o brytyjską filię, a nie oddział, tak aby lepiej wykonywać czynności kontrolne. Wiele globalnych banków ma też swoje centra R&D w Dublinie i być może zechcą one przesunąć tam z Londynu pozostałe operacje i korzystać dodatkowo z bycia w strefie euro nie zmieniając języka biznesu.

Część finansowego biznesu chętnie przyciągnęłaby, chcąca pozostać w Unii Szkocja, apetyt ma Paryż i Malta. Podobne intencje ustami premiera M. Morawieckiego wyraża Polska, choć trudno je zrozumieć w kontekście planów repolonizacji banków i antyunijnej retoryki polskiego rządu. Większe szanse ma więc Frankfurt czy Luksemburg.

Reklama

Pewien znak zapytania pojawia się w odniesieniu do stosowania przez W. Brytanię europejskiej legislacji dotyczącej sfery finansów jak MIFID2 (oferowanie instrumentów finansowych), Bazylea III (wymogi kapitałowe i dotyczące ryzyka), SEPA (Europejski Obszar Płatniczy), czy wreszcie wchodzącej niedługo dyrektywy płatniczej PSD2. Inna decyzja mogłaby godzić w interesy londyńskiego City, które nigdy nie było jednak wielkim entuzjastą europejskich regulacji finansowych. Ważne jest jednak, że Londyn starci wpływ na kolejne regulacje. Tak może być w przypadku dojścia do skutku tzw. opcji norweskiej – W. Brytania posiada w dalszym ciągu dostęp do wspólnego rynku (Europejski Obszar Ekonomiczny) – Londyn akceptuje unijne prawo (w tym imigracyjne!) i nie ma prawa głosu. Model szwajcarski z kolei zakłada brytyjsko-unijne negocjacje oddzielnie w każdym sektorze gospodarki – nie dotyczy to jednak rynku finansowego.

>>> Wielka Brytania uspokaja przedsiębiorców

Podobne porozumienie z Kanadą nie obejmuje również finansów, a uzyskanie preferencyjnego dostępu do finansowego rynku unijnego poprzez Światową Organizację Handlu (WTO) jest praktycznie niemożliwe. Po decyzji niemieckiego nadzoru finansowego, który nie zgodził się właśnie na fuzje giełd we Frankfurcie i Londynie widać, że wpływy City mogą być ograniczane.

Konsekwencje ekonomiczne Brexitu to z kolei deprecjacja funta, groźba spowolnienia gospodarczego i obniżenia stóp przez Bank Anglii, niższe bankowe marże, spadek zatrudnienia, gorsza jakość portfeli kredytowych – nie tylko brytyjskie banki chciałyby takiego efektu domina z pewnością uniknąć.
Niepokój o przyszłość dotyczy też brytyjskich finansowych startup-ów tzw. fintech. Sektor, wg firmy konsultingowej EY wygenerował w zeszłym roku 6,6 mld funtów przychodów zatrudniając 61 tys. osób przyciągając ponad pół miliarda funtów inwestycji. To więcej niż inne światowe huby jak Singapur, Nowy York i Hong Kong razem wzięte. Firmy te rosły szybko również dzięki dostępowi do europejskiego rynku. Richard Lumb z Accenture mówi dla Financial Times, że „twierdza Londyn nie będzie dla fintechów już tak atrakcyjna”, a Diana Paredes z technologicznej firmy Suade dostarczającej software z obszaru compliance dodaje, że „liczba banków z którymi współpracowały fintechy może zostać mocno ograniczona”. One również rozważyć będą musiały opcje przeniesienia działalności, bo podlegają zasadom „europejskiego paszportu”.

A po Brexit uzyskanie licencji w innym kraju może być dla nich relatywnie dużo droższe niż dla banków. Zarządzający firmami technologicznymi niepokoją się także, że trudniej będzie im przyciągać międzynarodowe talenty – programistów z takich krajów jak Polska czy Portugalia, dla których klimat zrobił się już mniej sprzyjający. Inni obawiają się zawieszenia wdrożenia rekomendacji PSD2, co uniemożliwi technologicznym startup-om wykonywanie operacji z rachunków bankowych na rzecz ich klientów.

Rząd brytyjski i regulatorzy mogą przeciwdziałać pojawiającemu się syndromowi ucieczki tworząc jeszcze korzystniejsze, prostsze prawo podatkowe i wymogi licencyjne, a brytyjski nadzór był dla młodego sektora najbardziej liberalny w Europie i chyba też na świecie. Firmy mogą więc wręcz zyskać. Brexit oznaczać jednak też może utrudnienia dla europejskich fintechów działających na rynku brytyjskim w zakresie dostępu do niego i pozyskania stamtąd talentów. Należy do ich np., szwedzka Klarna – szwedzki operator płatności w sieci na większości europejskich rynków. Wzrosną szansę Berlina jako europejskiej stolicy technologicznych hubów, którego od Londynu wg rankingu Startup Compass dzieliły tylko trzy pozycje.

W brytyjskim sektorze finansowym nie ma gwałtownych ruchów, ale wszystkie firmy i instytucje działające na rynku międzynarodowym szykują plany awaryjne. Wielu ma nadzieję, że Londyn przez wieki był centrum światowych finansów i tak pozostanie. Przemawia za tym kapitał finansowy, talenty, infrastruktura, system prawny, język i oczywiście tradycja. Przedstawiciele firm technologicznym uważają, że po każdej erupcji wulkanu pozostaje żyzna gleba dająca szansę nowym organizmom – branża fintech była przecież beneficjentem poprzedniego kryzysu sektora bankowego!