OPAL powstał w latach 2009-2011 jako wschodnie lądowe przedłużenie gazociągu Nord Stream. Budowali go wspólnie Rosjanie i Niemcy, a obecnie należy do holdingu WIGA – spółki Gazpromu i niemieckiego koncernu BASF. Oprócz OPAL-a WIGA kontroluje też NEL – zachodniego przedłużenia Nord Streamu oraz Gascade – operatora sieci kilku innych dużych gazociągów przesyłowych w Niemczech. 

Jeszcze przed rozpocząciem budowy niemiecki regulator rynku (Bundesnetzagentur, BNetzA) wyłączył na 22 lata połowę przepustowości rury, mogącej przesyłać 35 mld m sześc. gazu rocznie, spod unijnego prawa zapewniającego dostęp do gazociągu tzw. trzeciej strony ( TPA czyli Third Party Access). 

Zwolnienie dotyczy tylko jednej konkretnej sytuacji – przesyłu gazu z Nord Stream do granicy Czech w Brandovie. Przesył między innymi punktami na terytorium Niemiec, a także rewers z Czech na północ nie są już objęte zwolnieniem i muszą się odbywać na ogólnych zasadach. Głównym powodem jest to, że rura jest interkonektorem, a nie spełnia zasad unbundlingu – bo gaz w niej należy do rosyjskiego koncernu, który pośrednio jest też współoperatorem gazociągu.  

>>> Czytaj też: Bezpieczeństwo czy swobodny handel? Dwie strony unii energetycznej

Problem polega na tym, że teoretycznie nikomu poza Gazpromem OPAL nie jest potrzebny, łączy bowiem gazociągi, przesyłające wyłącznie gaz należący do rosyjskiego koncernu – oprócz Nord Streamu także Jagal (przedłużenie Jamału) i Stegal (przedłużenie "Przyjaźni"). Jednak na skutek wyłączenia połowa rury pozostaje dla powiązanego Gazpromu niedostępna i tym faktem tym tłumaczy się również niepełne wykorzystanie Nord Streamu.

Mimo, że w 2015 r. wzrosło o 10 proc., to podmorski gazociąg działał tylko na 71 proc. swoich możliwości, czyli przesyłu 55 mld m sześc. gazu rocznie. Dla porównania, w 2014 r. było to 65 proc., a w 2013 – 43 proc.

Od dawna Gazprom starał się więc uzyskać od KE zgodę na przejęcie przez swoje spółki całkowitej kontroli nad OPAL-em, licząc, że wtedy mógłby w pełni wykorzystywać Nord Stream. Rozmowy na temat odpowiednich wniosków, składanych przez BNetzA trwały przez 2013 i część roku następnego. Zima 2012/2013 była wyjątkowo długa i Gazprom rozgłaszał, że przekazanie mu kontroli nad OPAL-em umożliwiłoby dostarczenie do Europy Zachodniej dodatkowych ilości gazu, by uzupełnić wyczerpane długimi chłodami rezerwy.

Niemiecki regulator zaproponował m.in., że operator OPAL-a dalej będzie w połowie wykorzystywany w sposób dowolny przez swojego operatora, a pozostałą przepustowość wystawi się na aukcje. Jednak wiosną 2014 r. wraz z aneksją Krymu i niepokojami na Ukrainie KE postanowiła opóźnić decyzję. W lipcu pierwsza aukcja na przepustowość została anulowana, a Komisja ogłosiła, że odkłada podjęcie decyzji na czas nieokreślony. 

Sprawa ucichła aż do maja tego roku, kiedy BNetzA ponownie przysłał do Brukseli taki sam jak poprzednio wniosek o pełne wyłączenie gazociągu OPAL spod unijnego prawa. W odpowiedzi KE zażądała od niemieckiego regulatora aktualnych danych, które pozwoliłyby jej ocenić obecną sytuację rynkową.

Tym razem jednak Rosjanie mają w ręku kolejne atuty. W 2016 r. po raz drugi Gazprom zorganizował aukcje dla chętnych do kupienia dodatkowych ilości gazu poza kontraktami długoterminowymi. 5 września rosyjski koncern ogłosił, że 11 klientów kupiło na tegorocznych aukcjach 2 mld m sześc. gazu z dostawą w sezonie zimowym 2016/2017. Odbiór w większości zakontraktowano w Greifswaldzie, gdzie kończy się Nord Stream, oraz a austriackim hubie Baumgarten.

Wiceprezes Gazpromu Aleksander Miedwiediew nie omieszkał jednak zauważyć, że na licytacjach nie sprzedano żadnej dostawy gazu z wykorzystaniem OPAL-a. To najlepszy dowód na to, że nikt oprócz Gazpromu nie potrzebuje mocy przesyłowych tego gazociągu – stwierdził Miedwiediew.

Do kogo skierowane były te słowa i jak wygląda sytuacja z konkurencją ? O tym w dalszej części artykułu na portalu WysokieNapiecie.pl

Autor: Wojciech Krzyczkowski, Rafał Zasuń, WysokieNapiecie.pl