Formułują je nie tylko media, ale też poważni ekonomiści. Tymczasem dług od czasów ministra Jarosława Bauca wzrósł o połowę (w relacji do PKB), a polskie obligacje sprzedają się na pniu, wzrost gospodarczy jest solidny, ratingi dziś są wyższe niż wtedy i nawet jeżeli są obniżane, to raczej z powodów instytucjonalnych niż zadłużeniowych.

Ale nawet jeżeli kasandryczne przewidywania się nie sprawdziły, a zaufanie do ekspertów ekonomicznych ociera się o dno, to opinia, że rosnący dług nie prowadzi nas w dobrym kierunku, jest słuszna i nie warto odwracać się do niej plecami. Nie będziemy Grecją ani Argentyną. Ale narastający dług co jakiś czas wywołuje wstrząsy społeczne i te wstrząsy będą coraz silniejsze. Apogeum czeka nas w pierwszym pięcioleciu kolejnej dekady, kiedy nałożą się na siebie trzy negatywne zjawiska. Po pierwsze, obniży się napływ funduszy europejskich, będących ważnym źródłem finansowania inwestycji. Po drugie, skokowo narastać będą koszty służby zdrowia. Po trzecie, uderzymy w konstytucyjny próg zadłużenia, co spowoduje kryzys polityczny.

Ostatnie lata niewątpliwie pokazały, że dług publiczny nie jest tak straszny, jak go malują – eksplozja tego długu nie wywołała żadnych negatywnych konsekwencji. Niektórzy mogą to stwierdzenie uważać za herezję, bo przecież często powtarza się, że kryzys w strefie euro w latach 2010–2012 wynikał z nadmiernego zadłużenia rządów. Ale to jest błędna interpretacja, dotyczy ona głównie Grecji, a kryzys miał znacznie szerszy zasięg niż Grecja. Główną przyczyną kryzysu w strefie euro było nadmierne zadłużenie prywatne oraz nadmierne zadłużenie zagraniczne, połączone z niemożnością stosowania przez kraje własnej polityki pieniężnej. Wzrost długu publicznego był skutkiem, a nie przyczyną kryzysu. Ekonomistą, który najlepiej opisał ten problem, jest Paul de Grauwe i wszystkich zainteresowanych odsyłam do jego prac. Dług publiczny nie jest tak niebezpieczny jak prywatny, ponieważ państwo ma dostęp do niemal nieograniczonego źródła dochodów, jakim jest opodatkowanie obywateli, oraz może finansować się pośrednio poprzez bank centralny.

Jednak fakt, że dług nie jest zabójczy, nie może prowadzić nas do wniosku, że możemy korzystać z tego instrumentu do woli. W krajach rozwiniętych epizody znacznego przyrostu długu najczęściej były efektem wojen lub długotrwałych kryzysów, w okresach dobrej koniunktury i niskiego bezrobocia najczęściej dług był redukowany. Powszechnie przyjmuje się, że dług jest formą, po którą państwo sięga w sytuacjach trudnych, nie jest nigdy formą trwałego finansowania konsumpcji.

My dług powiększamy z wyjątkową systematycznością – od początku stulecia średnio o 1 pkt proc. rocznie w relacji do PKB. Powiększamy go zarówno w czasach złych, kiedy bezrobocie rośnie, jak i w czasach dobrych, kiedy bezrobocie spada. Nie widać możliwości zmiany tego trendu, dlatego właśnie najprawdopodobniej do 2025 r. uderzymy w konstytucyjny próg zadłużenia na poziomie 60 proc. PKB. Konstytucji nie uda się zmienić, więc będzie się to wiązało z kryzysem politycznym i gospodarczym (konieczność szybkich cięć wydatków).

Koszty społeczne tego trendu ponosimy już dziś. PO musiała na gwałt podnosić wiek emerytalny oraz likwidować OFE, a tempo tych zmian podważyło zaufanie obywateli do państwa. Były one przeprowadzone szybko, bez szerokich analiz i konsultacji, bez próby budowania konsensusu politycznego. Efekt jest taki, że jedna reforma zostanie odwrócona, a druga przerodziła się w buldożer zrównujący z ziemią rynek kapitałowy. PiS zmierzy się z podobnymi problemami. Nie da rady połączyć hojnych programów społecznych i ambitnych programów inwestycyjnych. Można oczywiście zlekceważyć unijne i krajowe limity dla deficytu, ale nie będzie można zlekceważyć reakcji rynku, który w przypadku braku jakichkolwiek wysiłków zmierzających do ograniczenia deficytu zażąda w końcu premii za ryzyko i osłabi walutę. Reakcja rządu na ograniczenia fiskalne będzie prawdopodobnie równie spontaniczna i niezaplanowana co w przypadku poprzedniego rządu, co skończy się jakimiś nieprzemyślanymi zmianami, bolesnymi i niezrozumiałymi dla społeczeństwa.

Rosnący dług nas nie zabije, nie będziemy ani Grecją, ani Argentyną. Ale długookresowo będzie zwiększał skalę wstrząsów społecznych i politycznych, utrudniając rozwój. ⒸⓅ