Dlaczego emocjonujemy się procesem w sprawie śmierci Ewy Tylman?

Ten tekst przeczytasz w 12 minut
22 stycznia 2017, 09:00
sąd, temida
sąd, temida/ShutterStock
Dlaczego emocjonujemy się procesem w sprawie śmierci Ewy Tylman? Popularność procesów poszlakowych wynika stąd, że lubimy zagadki, niejasności, które ktoś na naszych oczach stara się rozwikłać - mówi w wywiadzie Piotr Girdwoyń, profesor zwyczajny w Katedrze Kryminalistyki Uniwersytetu Warszawskiego.
2790676-piotr-girdwoyn-profesor-zwyczajny.jpg
Piotr Girdwoyń profesor zwyczajny w Katedrze Kryminalistyki Uniwersytetu Warszawskiego, dyrektor Instytutu Prawa Karnego na Wydziale Prawa i Administracji UW, laureat nagrody Złotego Paragrafu dla najlepszego adwokata w Polsce w 2015 r. fot. Wojtek Górski

Trudno się temu dziwić, bo nikt tak naprawdę do końca nie wie, czym on jest. Każdy prawnik może mieć swoją definicję.

I tak, i nie. Ostatnia monografia poświęcona procesowi poszlakowemu pochodzi bodaj z 1970 r. A przez te 47 lat trochę się w nauce, także w kryminalistyce, zmieniło. Ale żeby odpowiedzieć na pytanie, musimy wpierw wiedzieć, czym jest poszlaka. Tu są co najmniej trzy koncepcje. Zgodnie z tą najpowszechniej uznawaną to dowód pośredni. Przykładowo nie mamy zeznań naocznego świadka, lecz jedynie świadka, który coś widział, coś słyszał – jednak to za mało, by uznać, że jego zeznania same w sobie stanowią mocną podstawę do wydania wyroku skazującego. I proces poszlakowy to taki, w którym – mówiąc najprościej – mamy kilka poszlak, ale nie dysponujemy choćby jednym dowodem, który świadczyłby w niezbity sposób o winie oskarżonego. Mamy więc do czynienia z puzzlami, które trzeba ułożyć, aby objawił się nam całościowy obraz.

Moim zdaniem procesów poszlakowych jest dużo. Znajdujemy odbitkę linii papilarnych na miejscu zdarzenia – samo w sobie jest to poszlaką. Ktoś miał motyw – kolejna poszlaka. Zgadza się grupa krwi – poszlaka. Oskarżony chwali się na Facebooku, że w łatwy sposób zarobił pieniądze – następna. Niewiele jest spraw, w których występuje naoczny świadek, który widział, jak sprawca wbija ofierze nóż prosto w serce.

Oczywiście, że pamiętam. Dlatego próba zdefiniowania procesu poszlakowego jest tak skomplikowana. Bo – trzymając się podanego przez pana przykładu – wydaje nam się, że mamy niezbity dowód bezpośredni. A w toku postępowania okazuje się, że dysponujemy zaledwie jednym z puzzli większej układanki. I do ułożenia obrazka kończącego się orzeczeniem „winny” wiele brakuje. Nie trzeba zresztą bazować na zagranicznym filmie, by zastanawiać się, jaka jest rola świadka w procesie.

Właśnie. Gorgonowa, guwernantka, trafia w 1932 r. na ławę oskarżonych. Zarzut: zabójstwo córki architekta, któremu prowadziła dom i z którym była w związku. Zbrodnię miał dostrzec brat zabitej, Staś. Twierdził, że sprawczynią była Gorgonowa, którą poznał m.in. po futrze. Rzecz w tym, że pokój, w którym dokonano zabójstwa, był kiepsko oświetlony, a Staś widział sprawcę od tyłu. Czy w takiej sytuacji mamy do czynienia ze świadkiem naocznym zdarzenia? Formalnie rzecz biorąc – tak. Ale mimo wszystko cały proces uznać należy za poszlakowy.

Przede wszystkim, jeśli obrońca oskarżonej mówi, że ulica już wydała wyrok – robi to w jakimś celu. Stosuje taką narrację, by przekonać sąd do niewinności swojego klienta. Tym więc bym się w ogóle nie przejmował. A popularność procesów poszlakowych wynika stąd, że po prostu jako społeczeństwo lubimy zagadki, niejasności, które ktoś na naszych oczach stara się rozwikłać. Z punktu widzenia przeciętnego obywatela co ciekawego byłoby w sprawie, w której od początku mamy niezbite dowody winy oskarżonego? Show medialny by z tego nie powstał.

Najprostsza, ale i prawdziwa zarazem, jest odpowiedź: to zależy. Dobremu sędziemu popularność sprawy nie powinna w niczym przeszkadzać. Mniej doświadczonemu – może, ale powinien sobie z tego zdawać sprawę i w momencie, w którym czułby, że traci obiektywizm, skorzystać z instytucji wyłączenia się. Pojawia się jednak wątpliwość, co w sytuacji, gdy sędzia nawet nie zdaje sobie sprawy z tego, że zaczyna być podatny na społeczne sugestie. Tego jednak w pełni nigdy nie unikniemy.

To prawda. Myślę, że w przypadku procesu dotyczącego śmierci Ewy Tylman sąd nie przewidział, że telewizje zrobią wszystko, by sprawę transmitować. A te jednak dopięły swego. Choć sędzia nie zgodził się na nadawanie na żywo, stacje skorzystały z wybiegu proceduralnego – wprowadziły kilkuminutowe opóźnienie. Z drugiej strony nie chciałbym, aby sędziowie w imię własnej wygody ograniczali dostęp opinii publicznej do informacji na temat procesu. Jawność jest szalenie istotna. Dlatego też umiejętność balansowania na granicy, gdzie z jednej strony godzimy się z tym, że media żyją daną sprawą i potrzebują rzetelnych informacji, a nie domysłów, a z drugiej – opinia publiczna nie zaczyna wypaczać prowadzonego postępowania, to umiejętność, którą współcześnie sędzia musi posiąść.

A ja nie jestem o tym przekonany. Oczywiście to, że kryminalistyka się rozwija i mamy możliwość choćby przeprowadzenia badań DNA, to dobrze. A z drugiej strony czyhają też poważne pułapki. Mamy choćby do czynienia z czymś, co jest nazywane efektem CSI. To nieco tandetny, ale popularny amerykański serial o zespole dochodzeniowym, który rozwiązuje kryminalne zagadki. A robi to, korzystając z dobrodziejstw nauki, skomplikowanych badań oraz technologii, które często wymyślił scenarzysta. I wielu młodym ludziom rozpoczynającym karierę prawniczą – jak też osobom śledzącym procesy z pozycji kanapy stojącej naprzeciw telewizora – wydaje się, że można wykonać w zasadzie dowolnie wymyślone badanie. I, co więcej, jego wyniki otrzymamy za pięć minut. A tak nie jest. Zastosowanie technologii w kryminalistyce pozwala wyciągnąć wiele wniosków, ale nie udziela odpowiedzi na wszystkie pytania. Niestety, czasem przyczynia się także do fetyszyzowania wyników, choćby badań DNA. Robimy testy i wychodzi nam, że ujęto odpowiednią osobę. A odpowiedni wynik badania DNA to mimo wszystko poszlaka. Bardzo mocna, ale jednak poszlaka. Wie pan, że wynik w jego przypadku nie daje stu procent pewności poprawności?

99,99999 proc. Przy założeniu, że nie został popełniony błąd ludzki. Dlatego też rozwój nowoczesnych technologii upraszcza orzekanie w sprawach karnych, ale nie może go zastępować. Sędzia nie może także ślepo wierzyć w to, co znajduje się w opinii biegłego. Musi starać się zrozumieć, o co w niej chodzi, dopytywać, jeśli czegoś nie rozumie, a nie wierzyć na słowo. Aby doszło do skazania w procesie poszlakowym, zbiór poszlak musi nam się ułożyć w całość – w taki sposób, aby żadna inna możliwość nie była dopuszczalna.

Z naukowego punktu widzenia – nie. Zawsze pozostanie promil wątpliwości.

Tak. Tyle że nie orzeka się przez pryzmat nauki, lecz raczej przez pryzmat psychologicznego przekonania sędziego, że oskarżony jest winny.

Tak. Ale zarazem – jeśli rzeczywiście poszlaki układają się w logiczny ciąg, który prowadzi do wniosku, że inny przebieg zdarzenia był nieprawdopodobny – nie dostrzegam w tym nic strasznego. Wyrokowanie, też w sprawach karnych, ma wymiar ludzki. Ma to swoje mocne i słabe strony. Więc tak, może się zdarzyć przypadek, gdy ktoś niewinny zostanie skazany. A czy mamy alternatywę? Robię ze swoimi studentami taki prosty test. Najpierw ich proszę o to, by przypomnieli sobie, czy popełnili kiedyś jakieś przestępstwo. Większość z nas bowiem kiedyś jakieś popełniła. Ot, choćby ściągnięcie albumu muzycznego z torrentów. A następnie pytam ich, czy woleliby, aby orzekała w ich sprawie maszyna, która wszystko idealnie i bez emocji oceni, czy też by orzekał człowiek z krwi i kości. I powiem panu, że jeszcze się nie zdarzyło, by grupa chciała powierzyć swój los doskonałemu robotowi.

To rzeczywiście istotny problem. W praktyce to, czy dojdzie do skazania, czy też uniewinnienia, może zależeć od tego, na jakich sędziów trafią oskarżeni dwa razy z rzędu. Wówczas, choćbyśmy znaleźli w kraju wielu takich, którzy mieliby wątpliwości w danej sprawie, może dojść do prawomocnego skazania. Ale tu wracamy do tego, że orzekanie w procesie sądowym nie jest wypadkową naukowych dowodów, lecz czynnością wykonywaną przez ludzi. Żyjemy w społeczeństwie, które na to się godzi. Kogoś musimy obdarzać zaufaniem. W tym przypadku – sędziów. Dwuinstancyjność postępowania oraz nadzwyczajny środek zaskarżenia w postaci kasacji to całkiem solidna gwarancja procesowa. Niedająca stu procent pewności, że w każdej sprawie wyrok skazujący będzie zgodny z rzeczywistością, ale najmocniejsza z możliwych.

Nie. Choć przez wiele lat toczyły się dyskusje na ten temat. Przemawiający do wyobraźni jest przykład, gdy ktoś zostaje skazany za zabójstwo, a po latach pojawia się rzekoma ofiara. Trudno o bardziej dobitny przykład sądowego błędu, które kosztowało kogoś wiele lat wolności. Ale z drugiej strony – choć ciało jest świetnym nośnikiem informacji, dzięki któremu możemy ustalić przyczynę zgonu, zebrać materiał genetyczny z ubrania – ciąg poszlak może nam się ułożyć w logiczną całość bez dysponowania ciałem ofiary. Wówczas, co zresztą potwierdził dobitnie Sąd Najwyższy w 2010 r., może dojść do skazania za zabójstwo.

Już w średniowieczu przyznanie uważano za królową dowodów. To się niestety nie zmieniło do dziś.

Bo z kryminalistycznego punktu widzenia przyznanie się do winy przez oskarżonego nie stanowi mocnego dowodu. Ludzie potrafią przyznać się do zbrodni, których nie popełnili, z różnych powodów. Ponadto jeśli prokuratura się rozluźni po przyznaniu się podejrzanego, może w trakcie procesu znaleźć się w wyjątkowo niekomfortowej sytuacji. Tak było choćby w sprawie Leszka Pękalskiego, „Wampira z Bytowa”. Przed procesem przyznawał się do popełnienia od 70 do 90 zabójstw. W trakcie procesu odwołał wyjaśnienia. W efekcie został skazany za zabójstwo jednej kobiety.

Przeciwnie, bardzo dobrze. Gdy sędzia bije się z myślami do ostatniej możliwej chwili i zastanawia się, czy wyrok, który chce wydać, jest słuszny – znaczy, że rozumie powagę sytuacji. To o wiele lepsza sytuacja niż ta, w której sędzia wszystko wie najlepiej i ma spokojny sen przed skazaniem kogoś na kilkanaście czy kilkadziesiąt lat pozbawienia wolności.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło: MAGAZYN DGP
Zapisz się na newsletter
Zapraszamy na newsletter Forsal.pl zawierający najważniejsze i najciekawsze informacje ze świata gospodarki, finansów i bezpieczeństwa.

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj