Brytyjczyk zaznaczył, że "pracuje nad wznowieniem rozmów gdzieś w Europie, ale raczej nie w Genewie".

Dodał też, że spodziewa się w przyszłym tygodniu zawieszenia blokady lotniska w Sanie przez międzynarodową koalicję dowodzoną przez Arabię Saudyjską, co umożliwiłoby przedstawicielom rebeliantów przybycie na rozmowy.

Poprzednia próba negocjacji pokojowych między delegacją jemeńskiego rządu a szyickimi rebeliantami Huti ws. uregulowania konfliktu w Jemenie - podjęta przez Griffithsa 6 września – nie powiodła się. Przedstawiciele Huti nie przyjechali ostatecznie do Szwajcarii na rokowania.

W Genewie stawiła się jedynie delegacja reprezentująca uznawany przez społeczność międzynarodową rząd prezydenta Abd ar-Raba Mansura al-Hadiego.

Mimo fiaska rozmów Griffith utrzymywał, iż to, że przedstawiciele Hutich nie przyjechali do Genewy, nie oznacza, że proces pokojowy został zablokowany. Zapowiedział, że spotka się z kierownictwem Hutich w kontrolowanej przez nich stolicy Jemenu, Sanie, a także w stolicy Omanu, Maskacie i skłoni do udziału w rozmowach.

"Chcieli się tu (do Genewy) dostać, ale nie zapewniliśmy im wystarczająco dobrych warunków przyjazdu" - wskazał Griffiths.

Rebelianci stawiali trzy warunki - poinformował jeden z członków ich delegacji Hamid Assem. Żądali wylotu do Genewy na pokładzie omańskiego samolotu, przewiezienia rannych w kierunku Maskatu, stolicy Omanu, a także gwarancji możliwości powrotu do Sany, którą kontrolują, po zakończeniu konsultacji w Genewie - tłumaczył.

Rokowania w Genewie były pierwsza próbą rozmów od czasu porażki w 2016 roku procesu pokojowego, który przez kilka miesięcy toczył się w Kuwejcie.

Rada Bezpieczeństwa ONZ wezwała strony konfliktu w Jemenie, aby "zrobiły pierwszy krok w stronę jego zakończenia". "Jemeńczycy rozpaczliwie potrzebują jakiegoś sygnału nadziei. Chcielibyśmy myśleć, że praca, którą wspólnie wykonujemy, zacznie dawać cień nadziei" - mówił Griffiths na konferencji prasowej w przededniu zaplanpowanych rozmów.

Jemen pogrążony jest w chaosie od 2011 roku, gdy społeczna rewolta położyła kres wieloletnim dyktatorskim rządom prezydenta Alego Abd Allaha Salaha. Konflikt nasilił się, gdy w marcu 2015 roku interwencję w Jemenie rozpoczęła Arabia Saudyjska.

Międzynarodowa koalicja (Bahrajn, Bangladesz, Egipt, Jordania, Katar, Kuwejt, Maroko, Senegal, Sudan i Zjednoczone Emiraty Arabskie) pod wodzą Rijadu od trzech lat walczy w Jemenie ze wspieranymi przez Iran rebeliantami Huti pod hasłem przywrócenia do władzy prezydenta Abd ar-Raba Mansura al-Hadiego. Hadiemu podlega tylko południowa część kraju; Huti kontrolują Sanę oraz rozległe terytoria na północy i zachodzie kraju.

Arabska koalicja jest jednak oskarżana o dokonywanie ataków przeciwko cywilom w Jemenie; przyznaje się do przeprowadzenia pewnych ataków, ale systematycznie oskarża Hutich o używanie cywilów jako żywych tarcz.

Według ONZ wojna w Jemenie pochłonęła od 2015 r. prawie 10 tys. ofiar i wywołała "największy kryzys humanitarny na świecie". (PAP)

mars/