Każdy musiał płacić mi tygodniowo 10 groszy. Każdy też musiał wypić kufel piwa, co kosztowało 15 groszy, wykład tedy kosztował 25 groszy (fenigów). Pomiędzy uczestnikami były i kobiety. Nigdy nie zapomnę tych wykładów. Uwaga i namiętność, z jaką członkowie klubu starali się poznać podstawy tak bardzo oderwane nauki ekonomicznej, były nadzwyczajne; audytorium było tak wdzięczne i tak inteligentne, że niejeden profesor uniwersytetu mógł był mi go pozazdrościć”. To wspomnienie sprzed ponad stu lat. Z czasów, gdy niemiecka socjaldemokracja była awangardą europejskiej i światowej lewicy. Opisywane wykłady to nic innego, jak słynne „kluby robotnicze” – czyli spotkania, podczas których nie tylko gadano o polityce i narzekano na rządzących, lecz również próbowano się uczyć. Oczywiście przy obowiązkowym kufelku. Albo i kilku. W tych warunkach można było robić rewolucję i mieć zaangażowanie politycznie społeczeństwo!

To wspomnienie mocno kontrastuje z życiowym doświadczeniem ludzi z mojego pokolenia – to znaczy dzieci polskiej transformacji. Zwłaszcza przez tych z nas, którym przyszło dojrzewać poza największymi ośrodkami miejskimi. Piwo jawi się tu jako rodzaj luksusu. Owszem, bywało, że browarami zapijano u nas transformacyjną smutę, ale nigdy nie odbywało się to w knajpie. Bo kogo było stać na taką rozrzutność? Odczuła to na własnej skórze transformująca się polska gastronomia, która przez całe lata 90. pozostawała mocno niedorozwinięta, a w niektórych miejscach na prowincji nie istnieje do dziś. Owszem, pije się pod sklepem, na skwerach albo w mieszkaniach. Ale piwko w barze na rogu nigdy nie stało się domyślnym uzusem Polski pracującej.

W ciekawy sposób koresponduje to z przykładem brytyjskim. Ekonomista Chris Dillow pokazał niedawno, że jeszcze w latach 80. piwo w pubie było dwa razy droższe od piwa w sklepie. Dziś zaś wypicie browarka w lokalu to wydatek czterokrotnie wyższy niż kupienie tej samej ilości alkoholu w sklepie. W ciągu trzech dekad relacja piwa z pubu do piwa ze sklepu zmieniła się więc dwukrotnie na niekorzyść pubu. To bardzo podobny mechanizm do tego, o jakim mowa zazwyczaj przy okazji relatywnego wzrostu cen innych podstawowych towarów: wynajmu mieszkania w centrum albo biletu na mecz piłkarski. Owszem, ci, którzy zarabiają dobrze, zauważą, że poprawiła się jakość i poszerzyła się oferta, z której mogą wybierać. Jeśli jednak jesteś przedstawicielem szeroko rozumianej klasy robotniczej lub dolnych rejestrów dawnej klasy średniej (nauczyciele, urzędnicy niższego szczebla), to nie stać cię dziś na rzeczy, które kiedyś wydawały się oczywistością. Jeszcze 30 lat temu piwko w pubie i wyprawa na mecz były częścią codziennego doświadczenia wielkomiejskiego proletariatu. Dziś coraz częściej już nie są.

Tego typu rozumowanie łatwo wyszydzić w duchu świętoszkowatego purytanizmu. Ale można też zestawić dwa modele. Kulturę picia w pubach, która zamyka spożywanie alkoholu w jakichś cywilizowanych ramach społecznych, z modelem samotnego picia w domu – poza wszelką społeczną kontrolą. Kultura spotkania i wspólnego biesiadowania kontra kultura zatomizowanego społeczeństwa samotnych jednostek. Jeśli ktoś pyta mnie o zdanie, to moja sympatia będzie jednoznacznie po stronie tego pierwszego. Również dlatego, że triumf modelu drugiego przerabialiśmy już w najgorszych czasach polskiej transformacji. W związku z powyższym wynikać z tego może tylko jeden postulat natury polityczno-ekonomicznej. Tak, dobrze myślicie! Niech żyje tanie piwo w barach! Browar nie po 12, tylko po 5,5 zł!

>>> Czytaj też: Ręce precz od self-made mana. Pomoc państwa nie jest biznesmenom do niczego potrzebna