Sobota, 23 lutego, hala Expo na warszawskiej Woli. Kwadrans po jedenastej. Rozpoczyna się konwencja Prawa i Sprawiedliwości. Na ścianach wielkimi literami wypisane hasła: „Nowa Arena Programowa” i „Polska Sercem Europy”. Przybywa Jarosław Kaczyński, witany owacją na stojąco. Chwilę później wchodzi na scenę. I obiecuje. Jakby otworzył worek z prezentami, jakby ścigał się ze Świętym Mikołajem na to, kto będzie bardziej hojny.

Ten wyścig wygrałby w cuglach. 500+ na każdego dziecko, zwolnienie z PIT dla młodych do 26. roku życia, trzynasta emerytura w wysokości 1100 zł, już w maju. Obniżenie podstawowej stawki PIT z 18 do 17 proc., przywrócenie połączeń autobusowych do małych miejscowości.

Wszystko za 40 mld zł rocznie. Ja płacę, pan płaci, czyli budżet państwa płaci.

Nie wybrzmiało jeszcze ostatnie zdanie Kaczyńskiego, a już rozćwierkała się opozycja na Twitterze. Skandal! PiS kupuje wyborców! Zbankrutujemy, nie stać nas! Oni dla władzy są w stanie zrobić wszystko! Potem politycy opozycji dają głos w telewizorach, rozgłośniach radiowych i przez kilka dni prawie wszędzie słychać ten zdziwiony ton: jak tak można?

Można. Odstawmy na bok emocje, wyłączmy kliszę pro-PiS, anty-PiS i spójrzmy na sprawę na chłodno. Czy jest doświadczony polityk albo obserwator, który się takiego scenariusza nie spodziewał? Którego hojna oferta Jarosława Kaczyńskiego zadziwiła? Przecież wszystkie znaki na niebie i ziemi, całe doświadczenie polityczne ostatnich 10 lat potwierdzają, że Kaczyński budżet i wyborców traktuje instrumentalnie. Sięga po narzędzia, które mogą przynieść mu sukces, a skrupuły i lament zostawia… no właśnie – opozycji.

>>> Treść całego artykułu można znaleźć w weekendowym wydaniu DGP.