Omnia mea mecum porto. Wszystko, co moje, noszę ze sobą. Tak mawiali starożytni stoicy. Uważali, że nie należy się przywiązywać do posiadania rzeczy materialnych. Ich zdaniem właściwie można się bez nich obejść – wystarczy uzbroić się w wewnętrzną niezależność i spokój ducha. „Wyobraź sobie, że nie ma własności” – proponował z kolei John Lennon w hicie „Imagine” z 1971 r. Stoicy chcieli ochronić ludzkiego ducha przed przypadkowymi zrządzeniami losu. Lennon po prostu nie lubił opartego na własności prywatnej kapitalizmu.

Zarówno Seneka, chyba najbardziej znany stoik, jak i Lennon byliby zaskoczeni tym, do czego ów kapitalizm doprowadził. Oto właśnie w ramach tego systemu rodzi się model biznesowy, który pozbawia ludzi konieczności posiadania rzeczy na własność, a jednocześnie zaopatruje ich we wszystko, czego potrzebują (i nie jest to komunizm, John...). To model, który każe trawestować stoicką maksymę do następującej formy: wszystko, co moje, noszę ze sobą, a całą resztę mi przywożą. Tak – zgadliście – chodzi o ekonomię subskrypcji.

Jak ona działa?

>>> Czytaj też: Hiszpania opodatkuje Netflixa. Platforma zapłaci za publiczne radio i telewizję

Ale to już było

Jak Netflix. Płacimy za możliwość oglądania filmów i seriali, a nie za nie same. Z Netflixa korzysta już ok. 150 mln ludzi na całym świecie. Albo jak Spotify, które dostarcza nam muzykę i podcasty. Platforma ma już 100 mln płatnych subskrybentów. Albo jak Xbox Microsoftu, czyli wrota do świata gier komputerowych (ok. 50 mln użytkowników rocznie.) Ekonomia subskrypcji to cały ten gospodarczy sektor, w którym w zamian za regularną opłatę, automatycznie pobieraną z naszego konta, otrzymujemy dostęp do różnego typu dóbr i usług.

No dobrze. Co w tym rewolucyjnego? Czym subskrypcja różni się od abonamentu, jaki znamy od dekad? Co w niej takiego innowacyjnego, że warta jest osobnego artykułu? To właściwe pytania. Abonament to faktycznie nihil novi. Jego historia sięga XVII wieku, gdy brytyjscy wydawcy najpierw zbierali od klientów regularne opłaty, a dopiero potem finansowali z nich druk i wysyłkę nowych publikacji. Abonament był więc rodzajem inwestycji. W książkach z tamtego okresu publikowano listy abonentów-inwestorów, które zaspokajały snobizm wymienionych osób, a do tego, jako że byli to arystokraci, przysparzały dodatkowej sławy autorom.

Cały artykuł przeczytasz w Magazynie Dziennika Gazety Prawnej i na e-DGP