Partia Konserwatywna zdominowała brytyjską politykę, rządząc przez 60 z 90 lat w okresie między 1885 r. a 1975 r. W latach 30. poparcie dla niej sięgało 60 proc., zaś do połowy lat 50. XX w. utrzymywało się na poziomie ok. 50 proc. To było najliczniej reprezentowane ugrupowanie w historii mojego kraju – przed II wojną światową liczba jego członków sięgała aż 3 mln. Dawniej głównym hasłem partii był „Konserwatyzm jednego narodu”, co oznaczało poszukiwanie pojednania oraz zgody w społeczeństwie. To właśnie z tego powodu po wojnie torysi odwrócili się od leseferyzmu i poparli instytucje państwa opiekuńczego tworzone przez laburzystów.

Ale od połowy lat 70. przestał sprzyjać im los – i dziś partia liczy ok. 130 tys. członków, większość to ludzie starsi i przedstawiciele klasy uprzywilejowanej. Najmocniejsza jest tylko w swoim mateczniku, czyli południowo-wschodniej Anglii.

>>> Czytaj też: Ostatni premier. Czy Boris Johnson doprowadzi do rozpadu Wielkiej Brytanii? 

Thatcheryzm był próbą odzyskania przez torysów popularności. Wydawało się, że skuteczną, bo od 1979 r. wygrali wybory parlamentarne trzy razy z rzędu. Ale dziś ponoszą koszty tej polityki. Margaret Thatcher zerwała z polityką „Konserwatyzmu jednego narodu”, zarządziła reformy ekonomiczne, które doprowadziły do dezindustrializacji kraju oraz mocno podzieliły społeczeństwo. Partia coraz mocniej zwracała się ku nacjonalizmowi, a frakcja eurosceptyków rosła w siłę. Konsekwentne rozmontowywanie sektora produkcyjnego i rozwój rozregulowanego sektora finansowego tylko pogłębiały słabość gospodarki. Nieracjonalna polityka dała o sobie znać podczas kryzysu 2008 r., który uwypuklił nierówności społeczne oraz związane z nimi niezadowolenie.

Właśnie w tej atmosferze narodził się brexit. W obliczu zagrożenia buntem eurosceptyków w szeregach własnej partii oraz konkurencji ze strony Partii Niepodległości Zjednoczonego Królestwa Nigela Farage’a ówczesny premier David Cameron zagwarantował sobie reelekcję, godząc się na przeprowadzenie referendum w sprawie członkostwa w UE. Dla Borysa Johnsona to były idealne warunki do rozpoczęcia kampanii, która ostatecznie doprowadziła go do stanowiska premiera.

Cały artykuł przeczytasz w Magazynie Dziennika Gazety Prawnej i na e-DGP