Kelly Luegenbiehl, wiceprezes ds. oryginalnych produkcji międzynarodowych w Netflixie / Media

Dziś premiera pierwszego sezonu „Wiedźmina”. Dlaczego wybraliście tę markę na serial? Z powodu popularności książek czy gier komputerowych?

W mojej ocenie książki są bardziej popularne w Europie, niż w Stanach Zjednoczonych. Pewne jest to, że ta historia ma wielu wiernych fanów na całym świecie. W przypadku adaptacji zawsze staramy się przede wszystkim szukać świetnych pomysłów, dobrze wykreowanych światów i wiarygodnych postaci, które nas intrygują. Mniej istotne jest, czy dana marka była wcześniej dobrze znana. Ważniejsza jest sama jakość materiału źródłowego. Po zapoznaniu się z uniwersum „Wiedźmina” nie mieliśmy wątpliwości, że ma ono potencjał na udaną adaptację. Oczywiście popularność tytułu może pomóc, bo dzięki temu już na wstępie możemy spodziewać się dużej bazy odbiorców adaptacji. Z drugiej strony fani mają swoje wysokie oczekiwania, które powinniśmy zaspokoić.

Czy książkowe uniwersum w jakiś sposób ograniczało wasz proces twórczy?

Absolutnie nie. Materiał źródłowy jest pięknie napisany. Gdybyśmy się nie zakochali w tym uniwersum, to nie zrobilibyśmy z niego serialu. Moim zdaniem showrunnerka tej produkcji, Lauren S. Hissrich, na tyle wprawnie posłużyła się historiami z książek, że udało jej się stworzyć coś specjalnego, coś co zadowoli nie tylko fanów oryginału. Nasza produkcja jest zupełnie inna, niż poprzednie adaptacje „Wiedźmina”.

Reklama

Czy były plany, aby zrobić adaptację „Wiedźmina” na podstawie gry komputerowej, zamiast książki? Czy jednak byłoby to zbyt kosztowne i wiązałoby się ze zbyt dużą liczbą kwestii prawnych?

Od początku wiedzieliśmy, że chcemy robić adaptację książek. Producenci początkowo zaproponowali stworzenie filmu, ale ostatecznie uznaliśmy, że jest tu potencjał na serial. W książkach jest po prostu zbyt wiele dobrych historii, których nie chcieliśmy pominąć.

Andrzej Sapkowski jest w Polsce postrzegany jako postać kontrowersyjna. Wiele osób kocha jego książki, ale niekoniecznie jego prywatne przekonania. Jak wyglądała wasza współpraca z autorem? Czy miał jakieś oczekiwania bądź żądania odnośnie do adaptacji?

W czasie pracy nad serialem nasza relacja z Andrzejem Sapkowskim była bardzo dobra. Autor książek nie był mocno zaangażowany w samą produkcję, ale w kluczowych momentach korzystaliśmy z jego świetnej znajomości uniwersum. Jednym z nich, jeszcze przed rozpoczęciem prac, było na przykład czterogodzinne spotkanie, podczas którego razem z Tomkiem Bagińskim, Lauren i Andrzejem, rozmawialiśmy o świecie przedstawionym w książkach. Opowiedział nam wtedy wiele na temat tego, jak w jego głowie narodził się pomysł na całą historię, czym się wtedy inspirował i co jego zdaniem jest najlepiej odbierane przez fanów uniwersum. Podczas produkcji serialu Sapkowski odwiedził też plan w Budapeszcie, poznał odtwórców głównych ról i mógł zobaczyć, jak światy z jego wyobraźni materializowały się przed jego oczami.

Ponoć Sapkowski nie chciał, żeby serial był stworzony po polsku.

Andrzej Sapkowski wielokrotnie mówił Lauren Hissrich, że on jest autorem książek, ale pozostawia jej wolność artystyczną w zaadaptowaniu tego materiału na potrzeby serialu. Z dużym szacunkiem podchodził do naszej showrunnerki i jej procesu twórczego.

Jakiś czas temu ogłosiliście, że planujecie drugi sezon “Wiedźmina”. Jesteście tak pewni swego, czy po prostu zapowiedź ma zwiększyć zainteresowanie pierwszym sezonem?

Ogłosiliśmy drugi sezon, bo jesteśmy zadowoleni z jakości pierwszej części. Moim zdaniem, scenariusze do kolejnych odcinków są równie dobre - w końcu historie oparte są na znakomitym materiale źródłowym. Trzeba też pamiętać, że nagranie serialu z tak dużą skalą i efektami specjalnymi, może trochę potrwać. Nie zwlekaliśmy zatem z produkcją drugiego sezonu.

Niektóre media chyba przesadzają mówiąc, że “Wiedźmin” może być nową „Grą o tron”. To chyba jednak nie ta skala, nie ten budżet i nie ta jakość.

To można ocenić dopiero po obejrzeniu serialu. Ja osobiście uwielbiam „Grę o tron” - była niezwykłym zjawiskiem, więc wszelkie porównania są pochlebne. Ale obie historie różnią się tonem, stylem i klimatem. Kiedy fani zobaczą nasz serial, przekonają się, że emocjonalne i fabularne podstawy opowieści są bardzo różne, również poprzez fakt, że czerpią inspiracje z różnych kręgów kultury i literatury – angielskiej i polskiej.

Mimo wszystko porównywanie się do „Gry o tron” może rodzić wysokie oczekiwania odbiorców. A przecież cały „Wiedźmin” kosztował mniej więcej tyle, co pewnie niektóre pojedyncze odcinki serialu HBO.

Nie znam tych szacunków, ale mam ogromną nadzieję, że widownia będzie pod wrażeniem skali naszego „Wiedźmina”. Te dwie produkcje są zupełnie odmienne, oparte na innych światach i realiach stworzonych przez autorów książek. Zdecydowanie jest miejsce na obydwie produkcje, które trafią w gusta widzów.

Dlaczego właściwie Netflix tak bardzo chce promować swoje produkcje oryginalne? Przecież większość użytkowników traktuje platformę jako zwykłe VoD (z ang. video on demand; filmy na życzenie) do oglądania „Przyjaciół” czy „Biura”.

Jako Netflix pragniemy być firmą skupioną na dobrych treściach i staramy się tworzyć dla naszych widzów ciekawe opowieści. Hollywood nie ma monopolu na opowiadanie świetnych historii. Nas fascynuje możliwość przedstawiania filmów i seriali z całego świata. Ekscytujące jest to, że tworzymy nasze produkcje w różnych zakątkach globu, np. obecnie w Republice Południowej Afryki, w Egipcie i kilku krajach europejskich. Kiedy pracowałam w Hollywood, wydawało mi się, że wszystkie możliwe rodzaje historii już słyszałam. Ciągle ktoś przynosił podobne do siebie scenariusze. Wystarczyło wyjść poza Hollywood, żeby przekonać się, że na całym świecie są twórcy, którzy mają fascynujące opowieści. Cenimy sobie współpracę z takimi artystami, dajemy im możliwość produkowania filmów w swoim kraju i celebrowania swojej własnej kultury. To oni tworzą te znakomite produkcje, które upowszechniamy na międzynarodowej platformie, zwiększając znacząco ich zasięg. I to przynosi efekty. Dwa lata temu raptem 30 proc. naszych użytkowników oglądało materiały w innym języku, niż ich ojczysty lub angielski. Dziś ten wskaźnik wzrósł aż do 50 proc.

Jak uruchamiam aplikację Netflixa, to nie widzę reklam „Przyjaciół”, czy „Biura”. One są dostępne na platformie, ale muszę je wyszukać. Za to serwis wręcz atakuje mnie swoimi oryginalnymi treściami. Nic więc dziwnego, że czasem ludzie je oglądają.

To, jakie tytuły sugeruje nam Netflix, wynika ze sposobu korzystania z platformy przez naszych widzów. Jeśli zdarzyło im się oglądać nasze produkcje oryginalne, to istnieje większe prawdopodobieństwo, że platforma będzie im proponować więcej takich treści.

Disney, Amazon, HBO czy Hulu nie mają treści sprofilowanych pod konkretne kraje, tak jak Netflix. Czy zatem będziecie tworzyć więcej takich produkcji, aby zatrzymać odpływ subskrybentów?

Od dawna jest to nasz kierunek rozwoju. Wspomniane wcześniej badania pokazują, że ludzie dzięki platformie Netflix otwierają się na nowe treści z przeróżnych krajów. A im więcej ekskluzywnych produkcji będą mieli do dyspozycji użytkownicy Netflix, tym chętniej polecą serwis swojej rodzinie i znajomym. Nie skupiamy się na tym, co robi konkurencja. Mamy swoją wizję i będziemy ją kontynuować.

Niedawno Forbes napisał, że strategia tworzenia oryginalnych treści przez Netflix zawodzi. Użytkownicy wciąż masowo się wypisują, pomimo że wasze wydatki na produkcje są wyższe, niż kiedykolwiek.

Nie czytałam tego konkretnego artykułu. Ale jesteśmy zadowoleni z tego, jak rozwija się nasz biznes. Rośniemy z roku na rok i z kwartału na kwartał – to daje nam pewność, że ludziom podobają się nasze produkcje.

Wiele treści oryginalnych Netflixa jest jednak postrzeganych jako średnie. Gros z nich ma ciekawy temat, ale próbuje złapać wiele srok za ogon, dodając na siłę do scenariusza wątki LGBTQ+ czy obsadę złożoną z przedstawicieli różnych ras. Tak, jakbyście chcieli zadowolić wszystkich na raz, niedostatecznie jednak zadowalając kogokolwiek. Jest jakaś artystyczna wizja za tymi produkcjami, czy to bardziej wypadkowa analiz trendów wśród widowni?

Pewne treści zawsze będą podobać się jednym bardziej, niż innym. Oczywiście, że staramy się przyciągnąć możliwie największą publiczność. Treści, które podobają się jakiemuś użytkownikowi w piątek, mogą zupełnie nie odpowiadać mu w niedzielę. Dlatego też chcemy im dostarczyć jak najszerszy katalog tytułów i dać możliwość wyboru produkcji, na które mają w danej chwili ochotę. Nie jesteśmy jak telewizja - nie mamy sztywnej ramówki godzinowej.

Serial „1983” nakręcony we współpracy z polską ekipą i obsadą okazał się być niewypałem – miał nudne dialogi i nieciekawą intrygę. Jednak ponoć zagraniczni recenzenci go chwalili. Tylko czy statystyki pokazały wam, że ta produkcja była chętnie oglądana w innych krajach, niż Polska?

Jesteśmy bardzo zadowoleni z tej produkcji i uważamy, że została dobrze odebrana przez docelowych odbiorców. Widocznie nie trafił niestety akurat w pana gusta, ale przemówił do wielu ludzi na całym świecie. Jednak nie w wystarczająco dużej liczbie, abyśmy podjęli decyzję o jego kontynuowaniu.

W wywiadzie z dystrybutorem filmów usłyszałem, że dziś w filmach ważniejszy od jakości, jest ich temat. Ponoć dobry motyw może sprzedać nawet średni produkt.

Temat jest oczywiście bardzo istotny, ale żaden z nich nie obroni się bez wysokiej jakości produkcji . Interesują nas nietuzinkowe historie opowiedziane z niespotykanego wcześniej ujęcia. Robimy mnóstwo produkcji dla młodych dorosłych, seriale kryminalne, opery mydlane i produkcje fantasy. Trudno zatem mówić, że najważniejszy jest temat – bardziej liczy się wykonanie oraz ciekawe podejście twórców.

Pracowała pani wcześniej w telewizji ABC. Czy jest jakaś różnica pomiędzy produkowaniem dla potrzeby standardowego medium, a tworzeniu dla Netflixa?

Przede wszystkim wolność twórcza. W Netflixie robimy zawsze to, co jest najlepsze dla opowiadanej historii. W ABC mieliśmy zawsze ograniczenia czasowe - trzeba było dostosować długość produkcji do ramówki i dodawać przerwy na reklamy. Teraz, pracując z twórcami, możemy zmieniać liczbę poszczególnych odcinków i czas ich trwania. Niektóre segmenty historii potrzebują więcej oddechu czy napięcia, niż inne. To zawsze przynosi korzyść zarówno dla twórców, jak i widzów.

>>> Czytaj też: Netflix traci klientów. Masowy odpływ abonentów z USA odbija się na akcjach