Gwałtowne pogorszenie stanu finansów państwa dotknie wszystkie kraje zmagające się z epidemią koronawirusa. Zamrożenie gospodarki silnie ograniczy aktywność przedsiębiorców. To oznacza, że zdecydowanie niższe będą wpływy do publicznej kasy, a z drugiej strony rząd musi istotnie zwiększyć wydatki związane ze wsparciem dla pracodawców i ochroną miejsc pracy, które zostały przygotowane w ramach tzw. tarczy antykryzysowej.

Deficyt lekarstwem na wirusa

Dlatego dziura w sektorze instytucji rządowych i samorządowych (liczona także z podsektorem ubezpieczeń społecznych) sięgnie 8,4 proc. PKB, a dług publiczny urośnie do 55,2 proc. PKB. Deficyt znajdzie się więc powyżej unijnego limitu 3 proc. PKB. To dzisiaj nie problem, bo kraje UE zgodziły się, że nie będzie na tej podstawie wszczynana procedura nadmiernego deficytu, co prowadziłoby do konieczności szukania oszczędności w budżetach i jeszcze pogłębiłoby recesję.

Szacunki deficytu są w dużej mierze zgodne z tym, co przewidywali eksperci.

– Biorąc pod uwagę ubytek dochodów i skalę nowych wydatków, należy się liczyć ze wzrostem deficytu między 8 a 10 pkt proc. Dlatego nie zdziwiłbym się, gdyby był nieco wyższy, a dług wg metodologii unijnej zbliżałby się do granicy 60 proc. PKB – ocenia Piotr Bielski, dyrektor Departamentu Analiz Ekonomicznych w Santander Bank Polska. Zwraca uwagę, że rządowe prognozy zostały zapewne ułożone, przy założeniu, że działa tarcza antykryzysowa w obecnej postaci. Ale jeśli okaże się, że trzeba będzie zwiększyć skalę pomocy, to odpowiednio wzrosną skutki dla finansów publicznych.

Na razie dobrą wiadomością jest, że dług ma się znaleźć poniżej limitu obowiązującego w UE (60 proc. PKB). Wiele krajów Unii Europejskiej nie będzie mogło tego powiedzieć o swoim zadłużeniu. W Niemczech ma ono sięgnąć w tym roku 75 proc. PKB. W Austrii, która przez ostatnie dwa lata też miała górkę w swoich finansach, epidemia koronawirusa doprowadzi do 10 proc. deficytu i 80 proc. długu.

Wzrost długu publicznego w Polsce o ponad 9 pkt proc. oznacza, że nominalnie zwiększy się on o około 200 mld zł. Nie oznacza to jednak, że taka będzie wielkość potrzeb pożyczkowych państwa, czyli tego, co minister finansów musi pozyskać ze sprzedaży obligacji. Zgodnie z unijną metodologią liczenia zadłużenia musimy do niego zaliczyć także obligacje, które będzie sprzedawał Polski Fundusz Rozwoju, który ma pozyskać 100 mld zł na tarczę finansową, czy Bank Gospodarstwa Krajowego, który pożycza na rynkach pieniądze na potrzeby będącego w dyspozycji premiera Funduszu Przeciwdziałania COVID-19.

– Istotne jest, że obligacje PFR czy BGK, chociaż są z gwarancją Skarbu Państwa, to nie wpłyną na gwałtowny wzrost długu publicznego obliczanego według naszej krajowej metodologii. Tutaj mamy bowiem konstytucyjne ograniczenia zadłużania na poziomie 60 proc. PKB – podkreśla nasz rozmówca z rządu.

Zdaniem Piotra Araka, dyrektora Polskiego Instytutu Ekonomicznego, dyskusja o limitach zadłużenia czeka nas, kiedy uporamy się z najostrzejszą fazą kryzysu.

– Pytanie, czy sens ma konstytucyjne ograniczenie długu. Czy granica interwencji państwa nie powinna być wyższa, skoro dzisiaj możemy się relatywnie tanio finansować na rynkach i dzięki temu mieć środki na ożywienie gospodarki w przyszłości – podkreśla.

Ograniczyć skalę recesji

Tak jak już wcześniej sygnalizowali przedstawiciele Ministerstwa Finansów, rząd spodziewa się recesji w tym roku, choć nie tak głębokiej, jak prognozują niektóre instytucje, choćby Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Oficjalna rządowa prognoza to spadek PKB o 3,4 proc. Uderzenie nastąpi we wszystkie te obszary, które do tej pory decydowały o gospodarczym sukcesie. Przede wszystkim w konsumpcję prywatną i eksport. Wydatki gospodarstw domowych mają spaść, co będzie pochodną pogarszającej się sytuacji na rynku pracy. Choć rząd nie zakłada jakiegoś drastycznego spadku zatrudnienia, to jednak spodziewa się, że firmy będą je utrzymywać kosztem płac. A to bezpośrednio przełoży się na popyt w kraju. Ale walka z epidemią w innych krajach, której forma jest przecież podobna do polskiej, oznacza również załamanie popytu zewnętrznego. Rząd zakłada także spadek inwestycji, szczególnie prywatnych, które i przed pandemią nie były raczej mocną stroną gospodarczego wzrostu.

Grzegorz Maliszewski, główny ekonomista Banku Millennium, mówi, że trudno jest dziś ocenić, czy przy zastosowaniu tak dużego impulsu fiskalnego, jaki przyszykował rząd, recesja na poziomie 3,4 proc. to dużo czy mało. Sam impuls jest pokaźny, jeśli przyjąć za punkt wyjścia przedpandemiczną prognozę na ten rok (deficyt w wysokości 1,2 proc. PKB), to walka ze skutkami epidemii będzie nas kosztować 7,2 proc. PKB. To więcej niż na Słowacji (około 7 proc. PKB) czy w Czechach (5 proc. PKB).

– Ale cel rządowego wsparcia jest inny niż w poprzednich kryzysach. On tylko częściowo ma generować dodatkowy popyt, główne zadanie to podtrzymanie płynności i uniknięcie katastrofy, jaką byłaby fala bankructw i gwałtowny wzrost bezrobocia – mówi ekspert. Zwraca uwagę, że pomysłem na pobudzanie wzrostu gospodarczego, jaki znalazł się w rządowym pakiecie, jest utworzenie funduszu inwestycyjnego, który miałby dysponować około 30 mld zł.

– Ma on jednak zacząć działać dopiero wtedy, gdy gospodarka będzie się podnosić po pandemii, gdy już opadnie kurz. Na razie praktycznie cały wysiłek idzie na utrzymanie firm przy życiu i zachowanie miejsc pracy w nich. Impuls jest więc może i duży, ale skala zaburzeń także – mówi Maliszewski. Według niego trzymając się rządowej prognozy, przy założeniu odmrożenia gospodarki do końca czerwca, można zakładać, że najgorszy w tym roku będzie obecny kwartał. Skoro w całym 2020 r. PKB ma się skurczyć o 3,4 proc., a gospodarka ma się budzić do życia już w lecie, to oznacza, że w drugim kwartale czeka nas nawet 10-proc. spadek PKB.

– W III kwartale będzie on już płytszy i może wynieść 5,8 proc. PKB, a pod koniec roku dynamika będzie oscylować wokół zera – ocenia ekonomista.

W takich warunkach inflacja powinna szybko spadać. Rządowe założenie to 2,8-proc. wzrost cen średnio w całym roku. Z pewnością pomoże spadek ceny ropy i szybko taniejące paliwo. Już w kwietniu powinno to zepchnąć inflację wyraźnie poniżej 4 proc. Ale w drugim kierunku mogą działać ceny żywności, która będzie drożeć przez suszę oraz różne strukturalne problemy na rynkach rolnych w Europie. Jak choćby wyzwanie, jakim będzie pozyskiwanie pracowników sezonowych w czasie zbiorów. ©℗

>>> Polecamy: Koniec z obowiązkiem żądania wadium. Firmy nie powinny tracić pieniędzy przez koronawirusa