Podczas debaty poświęconej 10-leciu reformy emerytalnej w Polsce niemal wszyscy jej uczestnicy odmienili przez przypadki potrzebę edukacji - przedstawiciele rządu, funduszy, nadzoru czy wreszcie twórcy reformy. A ja się zastanawiam, dlaczego w ciągu owych dziesięciu lat nie można było tego robić? Po pierwsze, łamy różnego rodzaju mediów są otwarte na tego rodzaju inicjatywy. Nic przecież nie stało na przeszkodzie, by zamiast pisać polemiki dotyczące słuszności lub niepobieranych opłat, zacząć prostym językiem wyjaśniać zasady rządzące tym rynkiem. Również koszt utworzenia portalu internetowego z wyczerpującymi informacjami nie jest ogromny.

Zastanawiam się, dlaczego Izba Gospodarcza Towarzystw Emerytalnych nie ma na swoich stronach działu edukacja, gdzie wyjaśni uczestnikom, co wolno akwizytorom, a czego nie wolno. Dlaczego tego typu informacje na stronach Komicji Nadzoru Finansowego - nieźle przygotowane - są dość trudne do odnalezienia. Dlaczego poszczególne OFE nie mają działów edukacja z prawdziwego zdarzenia, a później po medialnych doniesieniach przedstawiciele funduszy mówią: „Po przeanalizowaniu ulotki uznaliśmy, że nie jest ona do końca zgodna z naszymi standardami, i postanowiliśmy natychmiast wstrzymać jej wysyłanie do klientów”. Chodziło o wprowadzające w błąd informacje w ulotce OFE ING.

Można oczywiście w kółko powtarzać, że edukacja jest konieczna. Jeśli jednak dodaje się zaraz potem, że kosztowna, to wygląda to wyłącznie jako usprawiedliwienie, aby nic nie robić. W takiej sytuacji wszyscy, którzy tak mówią, nie mają prawa narzekać, że ludzie nie rozumieją istoty reformy, dziennikarze lub analitycy są złośliwi bądź nie rozumieją złożonych zagadnień. Wcześniej czy później ludzie się uczą. Zwłaszcza jeśli chodzi o ich własne pieniądze. Trwa to dłużej, gdy sytuacja nie jest zbyt przejrzysta. A z taką mamy do czynienia w przypadku II filaru reformy emerytalnej, ale wygląda na to, że coraz więcej osób zaczyna zadawać sobie proste pytania o sens tej reformy.