Coraz więcej upadłości polskich firm

Ten tekst przeczytasz w 7 minut
3 lipca 2009, 06:40
O połowę wzrosła liczba ogłoszonych przez sądy upadłości polskich przedsiębiorstw w pierwszej połowie tego roku w porównaniu z pierwszą połową ubiegłego roku – wynika z danych zebranych przez firmy zajmujące się zarządzaniem ryzykiem finansowym, Coface i Euler Hermes. Nic nie zapowiada, żeby druga połowa roku mogła być lepsza.

Jak podaje Coface, w pierwszym półroczu 2009 roku sądy ogłosiły 309 postanowień o upadłości firm, co oznacza wzrost o 53 proc. wobec tego samego okresu roku ubiegłego. W porównaniu do rekordowego 2002 roku (968 upadłości w pierwszych sześciu miesiącach) to niewiele, ale niepokojący jest fakt, że tendencja wzrostowa ciągle się nasila. Jeszcze po pierwszym kwartale br. wzrost był na poziomie      25 proc., po pięciu miesiącach wzrósł do 41 proc., a teraz można prognozować, że na koniec roku osiągnie on nawet 100 proc.

Narastające zatory płatnicze w najbardziej dotkniętych kryzysem branżach coraz częściej prowadzą do utraty płynności finansowej przedsiębiorstw, a w konsekwencji do wzrastającej liczby przypadków niewypłacalności.  „Niepokojącym zjawiskiem jest to, że przy obecnej kondycji gospodarki sytuacja dłużników pogarsza się w szybkim tempie i z dnia na dzień maleją szanse na odzyskanie pieniędzy, bo na rynku jest coraz mniej gotówki” – twierdzi Joanna Syzdół, dyrektor biura windykacji Coface Poland.

Coraz trudniej jest odzyskać należność na drodze windykacji polubownej, bo coraz częściej wina za brak zapłaty nie leży tylko po stronie dłużnika i nie wynika z jego złej kondycji lub braku woli zapłaty, ale z faktu, że on sam wpadł w kłopoty za sprawą swoich nie płacących dostawców. Ostateczny dłużnik nie ma skąd czerpać środków na spłatę zobowiązań. Banki nie udzielają zaś dłużnikom szybkich kredytów obrotowych, a finansowanie poprzez faktoring, pomimo, że coraz popularniejsze, ciągle dotyczy zbyt małej grupy przedsiębiorstw.

Z analizy danych Coface wynika, że upadłości w coraz szerszym zakresie dotykają większych przedsiębiorstw. O ile w II i III kwartale 2008 r. upadały raczej mniejsze firmy, to od czwartego kwartału ubiegłego roku i w roku 2009 problemy mają coraz większe przedsiębiorstwa. Zatem bankructwa, także w ujęciu wartościowym dotyczą coraz większej części polskiej gospodarki, a ich negatywne skutki mają wpływ na coraz większą liczbę zatrudnionych, tracących pracę w wyniku niewypłacalności pracodawców.

„Jedną z przyczyn są problemy wielu firm z opcjami, a także silne osłabienie złotówki. To m.in. spowodowało, iż relatywnie (w porównaniu z rokiem ubiegłym) więcej jest upadłości wśród dużych firm”    – podkreśla Marcin Siwa, dyrektor Działu Oceny Ryzyka w Coface Poland. Spekulacje na walutach, a także ogólne wyższe ryzyko kursowe sprawiły, iż wiele firm o dobrej wcześniej kondycji finansowej, popadło szybko i nieoczekiwanie w duże tarapaty finansowe, często kończące się upadłością.

Widać zdecydowany wzrost bankructw wśród przedsiębiorstw z sektora transportu i logistyki (27 firm – wobec 5 w roku ubiegłym). Statystyki potwierdzają także złą kondycję branży stalowej (wzrost o 175 proc.) oraz wzrost liczby upadłości firm handlowych, działających zarówno w handlu hurtowym jak i detalicznym.

Co ciekawe, w budownictwie sytuacja, mimo wcześniejszych prognoz, nie pogorszyła się. Porównując   I półrocza 2009 i 2008, w dużej mierze jest to prawdopodobnie rezultat roztropnej działalności banków, które mając kilka form zabezpieczenia kredytów inwestycyjnych firm budowlanych, starają się odzyskać pieniądze w inny sposób niż dzięki przejęciu zabezpieczonej inwestycji, np. poszukując nowego partnera strategicznego dla zadłużonego przedsiębiorcy budowlanego. To pozwala uniknąć zwiększania kosztów inwestycji związanych z koniecznością jej dokończenia w nowych warunkach (przy przejęciu przez bank).

Uwagę zwraca znaczny wzrost (ponad 100 proc.) liczby bankructw w województwach, które do tej pory zajmowały dalsze pozycje, takich jak kujawsko-pomorskie, wielkopolskie czy łódzkie. Podobnie jak w poprzednich latach w czołówce znajdują się trzy województwa: mazowieckie, śląskie i dolnośląskie, w których działa najwięcej podmiotów, więc liczba upadłości odzwierciedlała wprost proporcjonalnie rozwój przedsiębiorczości. Jednak wzrost w tych regionach nie jest skokowy i oscyluje wokół poziomu średniej krajowej.

W większości województw sądy ogłosiły więcej upadłości (tylko trzy regiony zanotowały spadek).

Z kolei z danych Euler Hermes wynika, że w pierwszym półroczu 2009 roku w Polsce 290 upadłości (podczas gdy w I połowie 2008 roku zanotowano 195 upadłości). Ich liczba wzrosła więc prawie o połowę (49 proc.), podczas gdy po pierwszym kwartale wzrost ten szacowany był jeszcze na poziomie kilkunastu procent.
Tomasz Starus, główny analityk i dyrektor Działu Oceny Ryzyka w Euler Hermes podkreśla, że  zamykanie sprawozdań finansowych przedsiębiorstw w I kwartale skłaniało władze wielu z nich do zgłoszenia wniosku o upadłość, w sytuacji gdy zobowiązania spółki były znaczne a sytuacja nie rokowała nadziei poprawy. Duża część z tych wniosków była rozpatrywana w II kwartale, pojawiły się ponadto kolejne okoliczności.

„W kolejnych miesiącach nie spodziewamy się zmniejszenia liczby upadłości – spadł eksport oraz krajowy popyt inwestycyjny; niepewny jest kierunek, w jakim podąży popyt konsumpcyjny. Słaby złoty nie jest wystarczającym bodźcem do pobudzenia eksportu: pomaga w jakimś stopniu konkurować, ale mimo wszystko nie wygeneruje dodatkowego popytu na polskie towary” – dodaje Tomasz Starus. Co więcej – największy udział w eksporcie poza żywnością mają towary przetworzone: wyroby elektromaszynowe, RTV, AGD itp. W ich produkcji wykorzystywany jest duży udział komponentów importowanych, tak więc słaby złoty podnosi koszty ich produkcji. Nawet takie dziedziny jak szycie odzieży czy wyrób obuwia – opierające się na powszechnie dostępnych komponentach, są w dużej mierze oparte na imporcie tkanin i innych artykułów sprowadzanych z Włoch czy Niemiec. Nie ma co wiec liczyć na impuls popytu eksportowego w ciągu kilku najbliższych miesięcy. Popyt wewnętrzny zaś w najlepszym wypadku nie będzie gwałtownie spadał. Jego ożywienie w sytuacji zagrożenia bezrobociem, a nawet spodziewanej w drugiej połowie roku kolejnej fali zwolnień, jest mało prawdopodobne.

Również Euler Hermes zwraca uwagę, że duże firmy tracą grunt pod nogami zdecydowanie szybciej, niż w latach ubiegłych. Takich bankructw w latach minionych było niewiele, teraz co i rusz napływają informacje o kłopotach największych firm odzieżowych, maszynowych, meblarskich i innych. Są to też zazwyczaj spółki publiczne, tak wiec ich kłopoty są dodatkowo nagłośnione i wstrząsające dla rynku. Z czego to wynika? Po pierwsze ich model działalności zakłada wsparcie ze strony finansowania zewnętrznego. W minionych latach było ono stosunkowo łatwo dostępne, korzystano więc z niego na dużą skalę. Nikt nie spodziewał się sytuacji, w której nie będzie chętnych do objęcia kolejnej transzy udziałów czy skredytowania działalności firmy posiadającej znaną markę, renomę i udział w rynku. Co więcej – obecnie duża część ich zobowiązań ma charakter krótkoterminowy, a wobec spadku obrotów firmy mają kłopoty ze zdobyciem środków na ich pokrycie. Dodatkowym obciążeniem jest zazwyczaj kwestia opcji walutowych, zamienionych na nieplanowane przecież kredyty, nie przynoszące też firmom w zamian żadnych korzyści inwestycyjnych. Oprócz problemów z bieżącą płynnością, duże firmy mają mniejszą zdolność do szybkich zmian, a czasami nie są one możliwe z powodu zobowiązań i skali działalności.

Jak mówi Tomasz Starus: „Wszyscy sobie teraz przypominamy coś, o czym dawno zapomnieliśmy: podział majątku w ramach grupy jest celowy i ma chronić jego główną substancję, kosztem dopuszczenia upadłości generujących straty przedsięwzięć. Ostatnimi laty rozumiane to było na opak: zdrowe spółki wspierały te, które nie radziły sobie same. Teraz biznes wraca do podstaw – skupia się na efektywności i przynoszeniu zysku, a nie na mirażu stanu posiadania.”

Upadłość opisywanych firm pociągnęła za sobą utratę co najmniej 24 tysięcy miejsc pracy. Rzeczywista skala jest, jak ocenia Euler Hermes, zapewne większa, może nawet dwukrotnie – dane o zatrudnieniu nie są bowiem tak często aktualizowane czy nawet uwzględniane jak inne dane finansowe w bazach informacji gospodarczych czy danych sądowych.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło: GP/forsal.pl
Zapisz się na newsletter
Zapraszamy na newsletter Forsal.pl zawierający najważniejsze i najciekawsze informacje ze świata gospodarki, finansów i bezpieczeństwa.

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj