Piasecki: A więc żegnaj, FSO, tym razem to już naprawdę koniec

Ten tekst przeczytasz w 2 minuty
24 lutego 2011, 03:16
Marcin Piasecki
Marcin Piasecki/DGP
Fabryka na Żeraniu zatrzymuje taśmy produkcyjne, do końca lutego odejdzie większość pracowników. Czy jej żywot mógł się potoczyć inaczej i nie kończyć teraz, lecz trwać w dobrobycie? Raczej nie.

To już definitywny koniec. Najprawdopodobniej za parę lat na Żeraniu, w miejscu dzisiejszych zakładów FSO, będziemy mieli zupełnie coś innego. Co? Widząc, jak rozwija się ta część miasta, nie obstawiałbym nic ponad kolejne magazyny bądź megacentrum handlowe. Może jednak trafi się jakiś ambitniejszy deweloper, który postawi tam coś ciekawszego. Oby.

Wracając jednak do dogorywającego FSO, to oczywiście łza się kręci w oku nad dużym fiatem czy polonezem, choć warto pamiętać, że nawet na tle swojej epoki były to auta po prostu marne. Czy jednak ich niegdysiejszy producent miał szansę na przetrwanie? Dużo wskazuje na to, że jednak nie. Można jednak zastanowić się nad scenariuszem alternatywnym do tego, który naprawdę się wydarzył. Na początku lat 90. FSO zostaje kupione przez duży koncern. Wynosi się z Warszawy, buduje dużą, nową fabrykę tam, gdzie jest więcej miejsca i są niższe koszty pracy. I to, co powstało na kanwie warszawskich zakładów, działa gdzieś w Polsce do dziś.

Scenariusz ten jest jednak obarczony ewidentnym błędem. Po co ewentualny inwestor miałby kupować FSO, zamiast budować fabrykę na własną rękę? Właśnie. To był główny problem warszawskiej firmy. W zasadzie nikt jej nie chciał, bo trudno było znaleźć w niej dużą wartość dodaną. Niestety, to nie był producent o potencjale chociażby czeskiej Skody, która zresztą w latach 80. zaczęła produkować całkiem nowoczesne auta. W dodatku miała, owszem, często wykpiwany, ale jednak rozpoznawalny w Europie brand ze sporą tradycją. Te i parę innych rzeczy wystarczyło, żeby przyciągnąć Volkswagena, A FSO? Mało kto dziś nawet pamięta, pod jaką marką handlową sprzedawano na Zachodzie auta z warszawskiej fabryki.

Na zakup skusiło się w końcu tylko koreańskie Daewoo w ramach swojego inwestycyjnego rozmachu, który szybko okazał się inwestycyjnym szaleństwem. Potem, po katastrofie czebola mieliśmy już tylko rozpaczliwą walkę o uratowanie jakiejkolwiek produkcji w FSO. Nieudaną. Na razie? Niestety, wygląda na to, że już na zawsze. Jedyną z punktu widzenia logiki biznesowej słuszną decyzją jest wyprzedaż wszystkiego, co ma jakąkolwiek wartość, z wyposażenia fabryki i sprzedanie niezwykle cennego terenu, na którym ona stoi. Dlatego raczej z lekkim dystansem trzeba podchodzić do rewelacji o inwestorach z Indii czy Chin, którzy ciepło myślą o FSO. Chyba że ma się wydarzyć cud, a nie powtórzyć katastrofa z Daewoo.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna
Zapisz się na newsletter
Zapraszamy na newsletter Forsal.pl zawierający najważniejsze i najciekawsze informacje ze świata gospodarki, finansów i bezpieczeństwa.

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj