Poniedziałkowej euforii na Wall Street trudno się dziwić. Doskonały początek świątecznego sezonu zakupów w miniony piątek zrodził nadzieję, że konsumenci nie dają za wygraną, a więc może i z gospodarką nie będzie tak źle, jak kraczą analitycy. A nadzieja na rozwiązanie kryzysu w Europie przyplątała się przy okazji. Prasowe doniesienia o szykowanej przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy pożyczce dla Włoch i przygotowywanej emisji euroobligacji dla państw o najwyższym ratingu zostały zdementowane, ale uznano widać, że może być w nich ziarenko prawdy. Tym bardziej, że przedstawiciele MFW wkrótce mają wybrać się do Włoch.

Odświeżono też zapowiedzianą kilka tygodni wcześniej deklarację Fed o możliwości skupu obligacji hipotecznych o wartości ponad pół biliona dolarów. Efekt tej mieszanki był imponujący. Dow Jones wzrósł o 2,6 proc., czyli o 290 punktów, a przez moment zwyżka sięgała 330 punktów, Nasdaq skoczył o 3,5 proc. a S&P500 o 2,9 proc. Ten ostatni zatrzymał się tuż pod poziomem 1200 punktów. Trudno ocenić, czy dynamika tego ruchu świadczy o jego potencjalnej sile, co dawałoby nadzieję na dalszą zwyżkę, czy też wręcz przeciwnie i zapał szybko się wyczerpie. Można mieć obawy, że Święty Mikołaj w pojedynkę nie da rady wywindować S&P500 powyżej poprzedniego szczytu, znajdującego się w okolicy 1285 punktów. Potrzebna będzie do tego pomoc europejskich polityków, ale sądząc po dotychczasowej historii ich poczynań, na zbyt wiele trudno liczyć. Ważne, by przynajmniej nie rozczarowali kompletnym brakiem konkretów.

Europejska supereuforia wielkiego uzasadnienia nie miała, poza chęcią odreagowania kilkudniowych spadków. Napływające wieści nie niosły cienia optymizmu i nie zmienia tego niewielki wzrost wskaźnika zaufania niemieckich konsumentów. Rentowność obligacji Belgii i Włoch mocno poszła górę w trakcie poniedziałkowych przetargów. Moody's przestrzegła, że zagrożone obniżką mogą być ratingi wszystkich państw europejskich, a nie tylko tych najbardziej zadłużonych. OECD ogłosiła wejście strefy euro w łagodną recesję. Sięgający 5,6 proc. wzrost indeksu w Helsinkach można zrozumieć, podobnie jak identyczną zwyżkę w Moskwie. Ale z czego się cieszono w Paryżu, gdzie wskaźnik skoczył o 5,5 proc. i we Frankfurcie, gdzie zwyżka wyniosła 4,6 proc., trudno dociec. Wzrost naszego WIG20 o 2,2 proc. wyglądał przy tym bardzo skromnie.

Dziś na giełdach azjatyckich przeważały spore wzrosty, ale ich skala była nieporównanie mniejsza niż w Europie. Nikkei zyskał 2,3 proc. Stopa bezrobocia wzrosła w październiku w Japonii do 4,5 proc., ale pozytywnie zaskoczyła dynamika sprzedaży detalicznej. Wyniosła ona 1,9 proc., podczas gdy spodziewano się zwyżki o 0,6 proc. Ponad dwuprocentową zwyżkę indeksów zanotowano także w Korei. W Szanghaju wskaźniki rosły po 1 proc.

Rano kontrakty na indeksy amerykańskie zyskiwały po 0,3-0,4 proc., a na europejskie po 0,2-0,3 proc. i wyraźnie słabły. To niezbyt wielka zaliczka, tym bardziej, że w nocy Fitch obniżył do negatywnej perspektywę ratingu USA, a Standard & Poor's może w najbliższych dniach zrobić to samo wobec Francji. Dziś z uwagą będzie śledzona aukcja włoskich obligacji.