Wszystko to, co działo się w środę na rynkach finansowych przed godziną 14.00 straciło na znaczeniu w jednej chwili. W chwili, gdy ogłoszono informację o skoordynowanej akcji amerykańskiej rezerwy federalnej, Banku Kanady, Banku Anglii, Banku Japonii, Szwajcarskiego Banku Centralnego i najbardziej do tej pory wstrzemięźliwego Europejskiego Banku Centralnego. Ta szóstka zdecydowała jednomyślnie o zwiększeniu płynności w globalnym systemie finansowym poprzez obniżenie od 5 grudnia kosztów dolarowych swapów ze 100 do 50 punktów bazowych oraz podjęciu innych działań, mających na celu poprawę płynności na rynkach. Ta decyzja przywodzi na myśl podobną akcję banków centralnych z połowy września 2008 r. Wówczas do działania przystąpiła ta sama ekipa. Wówczas na rynek rzucono jednego dnia 247 mld dolarów. W roli głównej wystąpił wtedy Fed. Być może tak jest także i tym razem. Skutki rozprzestrzeniania się europejskiego kryzysu zadłużenia zaczęły być coraz bardziej groźne dla globalnego systemu finansowego i globalnej gospodarki. Zbyt groźne, by ich rozwiązanie w dalszym ciągu miało pozostawać w gestii europejskich polityków.

W cieniu tego głównego wydarzenia znalazło się spotkanie nowego premiera Włoch Mario Montiego z dyrektorem Międzynarodowego Funduszu Walutowego odpowiedzialnym za Europę, co odgrzało zdementowane wcześniej pogłoski o możliwości udzielenia przez Fundusz Włochom pożyczki w wysokości 400-600 mld euro. Wrażenia nie zrobiła też decyzja Ludowego Banku Chin o obniżeniu stopy rezerw obowiązkowych o 50 punktów bazowych. Oznacza ona prawdopodobnie zakończenie trwającego od trzech lat cyklu zaostrzania polityki pieniężnej w Chinach oraz rozpoczęcie działań wspierających słabnące tempo wzrostu gospodarczego. Bardzo dobre informacje napłynęły też zza oceanu. Według ADP w listopadzie w Stanach Zjednoczonych przybyło 206 tys. nowych miejsc pracy. Spodziewano się ich wzrostu o 130 tys. Zaskakująco dynamicznie zwiększył swoją wartość wskaźnik aktywności gospodarczej w rejonie Chicago. Wzrósł on z 58,4 do 62,6 punktu. Dziesięciokrotnie wyższy od oczekiwań okazał się też indeks podpisanych umów kupna domów, rosnąc o 10,4 proc.

Dla porządku należy wspomnieć, że w pierwszej części sesji na europejskich parkietach dominowały minorowe nastroje. Indeksy w Paryżu i Frankfurcie traciły w tym czasie po około 1 proc. Nad kreskę zdołały wyjść w południe, po czym kontynuowały powolną wspinaczkę. Po informacji o decyzji banków centralnych CAC40 skoczył o 4,5 proc., a DAX szedł w górę o ponad 5 proc. Indeks naszych największych spółek odrabianie niewielkiej porannej straty, sięgającej 0,5 proc., rozpoczął już po pierwszej godzinie handlu. Po południu zyskiwał ponad 4 proc., trzymając się blisko europejskiej czołówki. W gronie największych spółek prym wiodły banki. Akcje BRE i Handlowego po południu zyskiwały po ponad 7 proc., o 6,5 proc. w górę szły papiery Pekao, o 5 proc. rosły walory PKO. Bardzo dobrze radziły sobie także spółki surowcowe. Akcje KGHM, Lotosu i PKN Orlen zwyżkowały po 4-5 proc.

Po dwóch godzinach od rozpoczęcia sesji indeksy na Wall Street zyskiwały po ponad 3,5 proc. WIG20 ostatecznie zwyżkował o 4,84 proc., WIG wzrósł o 4,07 proc. mWIG40 o 2,92 proc., a sWIG80 o 1,19 proc. Obroty wyniosły nieco ponad 1,6 mld zł.