Poprzedniczka Kerry’ego Hillary Clinton w ramach pierwszej wizyty zagranicznej odwiedziła Japonię, Indonezję, Koreę Południową i Chiny. Teraz wybór padł na Stary Kontynent, co mogłoby być symbolem wzrostu rangi stosunków z Europą podczas drugiej kadencji Baracka Obamy. Zwłaszcza że Kerry jest postrzegany jako zwolennik pogłębienia więzów transatlantyckich – „Der Spiegel” nazwał go nawet ostatnim fanem Europy. – Chcemy większego zaangażowania Europy i sądzimy, że Europa jako partner może dać z siebie więcej – mówił Kerry przed dwoma tygodniami. – Sekretarz jest bardzo zadowolony, że pierwszą wizytę zagraniczną spędzi z europejskimi partnerami – dodawał podczas podróży samolotem przez Atlantyk wysoko postawiony urzędnik Departamentu Stanu.

Tyle że przez Europę Biały Dom rozumie nie urzędników Unii Europejskiej, ale koncert euromocarstw – choć mogłoby się wydawać, że po traktacie lizbońskim, na mocy którego powołano Hermana Van Rompuya jako stałego przewodniczącego Rady, spełniły się amerykańskie oczekiwania jednego telefonu do Europy. Kerry rozpoczął podróż w niedzielę wieczorem od Londynu, po czym odwiedzi jeszcze Berlin, Paryż i Rzym. W stolicy Niemiec szef amerykańskiej dyplomacji spotka się też ze swoim rosyjskim odpowiednikiem Siergiejem Ławrowem. Na marginesie – do tej pory to właśnie Rosja była często oskarżana o rozgrywanie unijnych stolic między sobą przy ignorowaniu roli instytucji wspólnotowych.

>>> Czytaj też: Nawet dla bogaczy rezygnacja z obywatelstwa USA jest zbyt kosztowna

W Londynie Kerry rozmawia o odżywającym sporze brytyjsko-argentyńskim o przynależność Falklandów, w Niemczech ma poruszyć temat współpracy transatlantyckiej, a we Francji – interwencji tego kraju w Mali. Z kolei spotkanie w Rzymie będzie poświęcone wsparciu dla syryjskiej zbrojnej opozycji. Później przyjdzie pora na bliskowschodnich partnerów USA: kolejno Turcję, Egipt, Arabię Saudyjską, Zjednoczone Emiraty Arabskie i Katar.

Brukselscy urzędnicy oficjalnie nabrali wody w usta, ale nieformalnie nikt nie ukrywa rozczarowania. Tym bardziej po niedawnej mowie o stanie państwa Obamy, w której prezydent ogłosił, iż jednym z jego priorytetów będzie powołanie wielkiej unijno-amerykańskiej strefy wolnego handlu, która miałaby pomóc w walce z gospodarczą stagnacją, m.in. dając 2 proc. dodatkowego wzrostu PKB i 2 mln nowych miejsc pracy. W Europie natychmiast rozgorzała wielka dyskusja o plusach i minusach zniesienia ograniczeń w handlu z Amerykanami. Pominięcie Brukseli wywołuje pytania, czy faktycznie dla Białego Domu wolny handel w wolnym świecie należy do priorytetów.

Jak widać, Amerykanie wiedzą, że to, czy umowa zostanie wynegocjowana i podpisana, w większym stopniu zależy od woli politycznej najważniejszych państw UE, a nie samej Komisji Europejskiej. Nie inaczej przedstawia się wszak proces podejmowania decyzji związanych z walką z kryzysem – kluczowe propozycje były wypracowywane w trójkącie prezydent Francji Francois Hollande – kanclerz Niemiec Angela Merkel – prezes Europejskiego Banku Centralnego Mario Draghi, ewentualnie wychodziły od nieformalnej grupy frankfurckiej (z udziałem najważniejszych urzędników UE, ale działających poza formalnym podziałem zadań).

– Jestem bardzo szczęśliwy. Razem będziemy bardziej wpływowi – komentował stały przedstawiciel Unii Europejskiej w Waszyngtonie, Portugalczyk Joao Vale de Almeida, optymistyczną wizję Obamy o umowie wolnego handlu. Najwyraźniej jednak prezydent nie miał na myśli konkretnie jego instytucji.

>>> Czytaj też: Profesor Harvardu: Sama niezależność energetyczna nie zwiększy potęgi USA