Tekst „Korupcja w poznańskiej policji” z marca 1994 r., który opisywał nieprawidłowości w tamtejszym wydziale przestępstw gospodarczych, „Gazeta Wyborcza” zaliczyła do 20 najważniejszych osiągnięć pierwszych 20 lat swojego istnienia. Rzeczywiście artykuł ten zwrócił uwagę na fatalne skutki sponsorowania policji przez podejrzanego autoramentu biznesmenów, ale jednocześnie złamał karierę komendanta głównego policji Zenona Smolarka i jest dowodem na to, jak zmieniły się standardy dziennikarstwa śledczego, które w momencie publikacji tekstu jeszcze raczkowało.

Oparty na wypowiedziach anonimowych policjantów reportaż opisywał m.in., jak „dzięki sponsorom wojewódzki wydział PG w Poznaniu dostał komputery, nowocześnie urządzone biura, dyktafony”, a w zamian funkcjonariusze ostrzegali zaprzyjaźnionych biznesmenów o aresztowaniach, odbijali zajęte przez konkurencję samochody czy przymykali oko na przemycane papierosy i alkohol.

Pomiędzy konkretnymi przykładami policyjnych nadużyć pojawiały się nazwiska wywodzących się z poznańskiej policji szefa KG Zenona Smolarka oraz jego zastępcy Zdzisława Centkowskiego. Jednak zarzuty wobec nich były raczej miękkie: udział w imprezach opłacanych przez sponsorów policji, w tym godzinne spotkanie w warszawskim hotelu Forum z właścicielem rozlewni nielegalnego alkoholu, po którym biznesmen wyszedł w szampańskim nastroju i nocował w policyjnym hotelu. Potem kilkakrotnie przesłał szefowi policji kartony szampana, wódki, piwa i chipsów. Ze sklepu tegoż samego biznesmena w 1992 r. dwóch policjantów przewieźć miało Smolarkowi do mieszkania pralkę i lodówkę. Jak napisała „GW”, „jesteśmy w posiadaniu karty gwarancyjnej lodówki dla Smolarka. (...) Policjanci dostali kartę gwarancyjną sprzętu, ale nie widzieli rachunków. Być może komendant Smolarek ma rachunki na towary, które dostał.” Na tym lista zarzutów wobec szefa policji się kończyła.

Mimo to żądania, by zawiesić Smolarka i Centkowskiego, pojawiły się już następnego dnia. Okoniem stanął jednak ówczesny szef MSW Andrzej Milczanowski, który stwierdził, iż „nie może być tak, żebym na podstawie artykułu prasowego podejmował decyzje w stosunku do wysokich urzędników państwowych” i zamierzał czekać z decyzją do czasu raportu specjalnie przez niego powołanej komisji Inspektoratu Kontroli i Nadzoru MSW. – To nie jest byle zarzut prasowy, tylko pierwsza publikacja ujawniająca, że korupcja systemowo wniknęła w policję – ripostował wówczas Zbigniew Bujak, szef sejmowej Komisji Spraw Wewnętrznych i Administracji. Milczanowski pozostał przy swojej decyzji, jednak walka o usunięcie oskarżonych toczyła się nadal. – Robimy w resorcie porządki. Te porządki mogą się niektórym nie podobać, nie każdy marzy o silnej i skutecznej policji. Dlatego artykuł w „Wyborczej” można też odebrać jako personalny atak na pewne osoby, a zwłaszcza na komendanta głównego policji Zenona Smolarka. W końcu nie tak trudno posterować inteligentnym graczom niedoświadczonymi, a zarazem bardzo ambitnymi dziennikarzami – przekonywał ówczesny szef UOP Gromosław Czempiński.

Smolarek i Centkowski kilkakrotnie podawali się do dymisji, która została przyjęta dopiero w lutym 1995 r., prawie rok po publikacji GW. Ani Smolarkowi, ani Centkowskiemu prokuratura nie postawiła jednak ostatecznie żadnych zarzutów, nie obciążał ich także wewnętrzny raport inspektoratu MSW. Smolarek pozwał „GW”, żądając przeprosin i 2 mln zł odszkodowania. Po wieloletnim procesie w 2003 r. sąd nakazał „Gazecie Wyborczej” przeprosić Smolarka za podanie niesprawdzonych informacji. „Przed sądem autorzy tekstu nie potrafili udowodnić, że opisane fakty rzeczywiście miały miejsce. Publikację podjęto w obronie interesu publicznego, jednakże w odniesieniu do powoda przekroczono granice krytyki, umieszczając jego nazwisko i funkcje w śródtytułach” – stwierdziła sędzia. Dodała jednocześnie, że „dzięki takim artykułom prasa ukróca korupcję i kontakty policji z biznesmenami”. Rzeczywiście sprawa wyglądała inaczej w odniesieniu do poznańskiej komendy. Zarzuty usłyszało kilku policjantów, w tym szef wydziału przestępstw gospodarczych, który popełnił samobójstwo, oraz komendant wojewódzki, wobec którego ostatecznie sąd umorzył postępowanie, uzasadniając, że choć komendant nie dopełniał obowiązków, to „nie przekroczył cienkiej granicy społecznego niebezpieczeństwa czynu”. Podlegający mu policjanci otrzymali z kolei wyroki w zawieszeniu.

Pod wpływem publikacji „GW” minister Milczanowski w kwietniu 1994 r. wydał decyzję regulującą i ograniczającą przyjmowanie darowizn, a wkrótce potem wprowadzono nakaz sprawdzania legalności darczyńcy, choć jak stwierdzał raport NIK z 1997 r., nieprawidłowości przy sponsoringu policji bynajmniej nie ustały. Mimo tego uchwalona w 2003 r. nowelizacja ustawy o policji jeszcze rozluźniła zasady przekazywania „darowizn”. Wicemarszałek Sejmu Janusz Wojciechowski komentował wówczas dla „Gazety Prawnej”: „To jest wyjątkowy bubel prawny, który zaowocuje aferami szybciej, niż się wydaje.”