The Euro is Doomed (Euro jest skazane na porażkę) to tytuł Bloomberga, który przyciągnął uwagę Richarda Questa z CNN i innych mediów na całym świecie.

>>> Czytaj również: Prezes Saxo Bank nie wierzy w przetrwanie euro

Prawdę mówiąc rzadko kiedy otrzymuję tyle reakcji po jednym wywiadzie, co po tym ostatnim. Pytania od klientów i innych dziennikarzy były m.in. takie: czy naprawdę jest tak źle? Czy to faktycznie wina euro? Jak to się rozegra? Jak mogę się ochronić przed takim scenariuszem? Kiedy to się stanie?

Później w tym miesiącu opublikuję w Danii książkę pt. Europe: Integration Without Illusions Vaclava Klausa, prezydenta Czech, od lat sceptycznie nastawionego do euro. W duńskiej wersji językowej znajdzie się też długie posłowie mojego autorstwa, w którym staram się umieścić świetną analizę Prezydenta w perspektywie duńskiej, jak również w zaktualizowanej perspektywie rynku finansowego. Sądzę, że książka, już dostępna w języku angielskim, daje fantastyczny wgląd w dynamikę sił zagrażających rynkom i rozdzierających Europę. Przetłumaczę kilka rozdziałów, aby opublikować je później na tym blogu - i sądzę, że w ten sposób bardziej szczegółowo odpowiem na powyższe pytania. Teraz jednak pokrótce je skomentuję.

Tak, moim zdaniem sytuacja w strefie euro jest bardzo zła. I tak, uważam, że głównym źródłem problemów jest samo euro. Wprowadzono je bez żadnych fundamentów, jest więc zamkiem z piasku. Brak wspólnej polityki gospodarczej czy fiskalnej, maleje poparcie społeczne dla całego przedsięwzięcia, a na względną konkurencyjność i wydajność wielu państw członkowskich euro miało wpływ destrukcyjny. Po prostu brakuje podstawy dla wspólnej waluty, a gotowość do zajmowania się konsekwencjami jej wypaczeń, takimi jak płatności transferowe do krajów przegrywających i wspólne obligacje, nie istnieje.

Jako najbardziej oczywisty przykład kanarka w kopalni, zdolność konkurowania utraciła Grecja, natomiast Niemcy bardzo skorzystały. Nierównowagę tego rodzaju widzi się często w państwach narodowych, gdzie jednym obszarom wiedzie się lepiej, podczas gdy inne stają przed poważnymi problemami. Jednak wewnątrz państwa narodowego ruch siły roboczej
ze słabego regionu z niewielką liczbą ofert pracy do regionu kwitnącego, gdzie jest wiele możliwości, jest dużo prostszy, a ze względu na solidarność narodową gotowość wspierania biednego regionu jest znacząca.

Taka solidarność i elastyczność w sposób oczywisty nie istnieje między państwami członkowskimi strefy euro, ale też nie należy się ich spodziewać. Nawet w najlepszych czasach, a już tym bardziej w dobie kryzysu, rząd narodowy musi być odpowiedzialny w pierwszej kolejności wobec swoich obywateli, a nie wobec odległych krajów postrzeganych przez jego wyborców jako nieodpowiedzialni utracjusze. Do tej pory jedynym wyjściem dla niekonkurencyjnych gospodarek była zatem dewaluacja zewnętrzna, która odgrywa ogromną rolę w przywracaniu równowagi od czasu do czasu. Konkurencyjną dewaluację politycy często potępiają jako nieuczciwą i egoistyczną, jednak w rzeczywistości rewaluacja i dewaluacja to normalny stan rzeczy dla wszystkich najważniejszych walut; jest to także użyteczna funkcja rynków. Gdy wyeliminowano tę możliwość, jedynym rozwiązaniem dla członków strefy euro jest dewaluacja wewnętrzna, strategia niemożliwa z punktu widzenia politycznego i niepotrzebnie bolesna dla społeczeństw, których dotyka.

Najświeższym przykładem tej swoistej niemożliwości są Włochy. Komisja Europejska wielokrotnie promowała koncepcję, że technokratyczny rząd Mario Montiego cieszy się szacunkiem i akceptacją Włochów. Ale przy pierwszej okazji, gdy Monti stanął przed osądem społeczeństwa, został rozniesiony. A teraz zarówno Beppe Grillo, jak i Silvio Berlusconi regularnie wspominają o tym, że rozwiązaniem dla Włoch może być porzucenie euro. I rzeczywiście mają rację.

W oczywisty sposób taka sama sytuacja dotyczy Grecji, ale także Hiszpanii, Portugalii i wreszcie każdego innego kraju, którego rozwój jest mniej konkurencyjny niż Niemiec. Także Francji, moim zdaniem to naprawdę jedynie kwestia czasu.

Ale jak długo ten proces może się ciągnąć, nawet jeśli ostateczny negatywny wynik wydaje się gwarantowany? Cóż, to trudne pytanie. Jasne jest, że w projekt euro zainwestowano ogromny kapitał polityczny, a jego porażka będzie źródłem wielkiego zażenowania dla wiodących krajów i polityków. Więc generalnie spodziewam się, że będą utrzymywać euro przy życiu tak długo, jak to możliwe.

Jedyny sposób, by położyć kres temu szaleństwu, to masowe protesty wyborców – i właśnie tego zaczynamy być świadkami. We Włoszech – odrzucenie nominata UE, parlament nie do opanowania. W Wielkiej Brytanii – coraz większa popularność Partii Niepodległości Zjednoczonego Królestwa, która chce też wyjścia z Unii; podejrzewam, że niedługo dołączą także Niemcy, gdzie rośnie niezadowolenie i brak zaufania wobec partnerów europejskich.

I oczywiście gdy pewnego dnia niemieccy obywatele odmówią płacenia jakichkolwiek dalszych rachunków (pomimo znacznych korzyści, jakie Niemcy bezsprzecznie odnieśli jako jedyne ważne państwo strefy euro), euro w obecnej postaci będzie skończone.

Koniec ten może wiązać się z pożegnaniem Club Medu; może to być też całkowity rozpad lub strefa euro dwóch czy trzech prędkości, albo Niemcy po prostu zejdą ze sceny, co doprowadzi do któregoś z powyższych scenariuszy.

Ale w międzyczasie zobaczymy krótkotrwałe, prowizoryczne próby naprawy przedstawiane jako wielkie osiągnięcia i rozwiązania, podkopywanie na nowo monetarnej solidności strefy euro i częste „komplikacje”, gdy rzeczywistość zaskrzeczy. Obecna słabość nie jest spowodowana przez Berlusconiego. Wynika ona z faktu, że przez kilka miesięcy przysłaniano rzeczywistość, po to jedynie, by ujawniła się ona za każdym razem, gdy wyborcy (lub rynki) dostaną możliwość zareagowania. W rzeczywistości uważam, że powinniśmy być wdzięczni, iż efekt Berlusconiego naświetlił te wyzwania – im prędzej zmierzymy się z rzeczywistością, tym lepiej. Euro będzie musiało w końcu zniknąć, a całe pieniądze marnowane obecnie na rozwiązania będące tylko przeciąganiem i udawaniem lepiej wykorzystano by do wyeliminowania tej waluty w sposób zorganizowany, uporządkowany i dokładnie zaplanowany. Ale według wszelkiego prawdopodobieństwa koniec nie będzie procesem uporządkowanym, ale raczej chaotycznym i destrukcyjnym.

Jak taka katastrofa wpłynie na Wasze inwestycje? Jasne jest, że będzie okropnie. Doprowadzi to też do ograniczenia wolności osobistej i finansowej w Europie, ponieważ zostaną zastosowane irracjonalne środki, aby uniknąć nieuniknionego. Wystrzegajcie się więc ufania jakimkolwiek rządowym czy związanym z podatkami programom oszczędnościowym czy emerytalnym, które zablokują Wasze pieniądze. Zasady zostaną najprawdopodobniej zmienione na Waszą niekorzyść, gdy europejskim rządom skończą się opcje finansowe. Bądźcie ostrożni z obligacjami państwowymi. Będą musiały znacznie stracić na wartości i prawdopodobnie zostaną poddane restrukturyzacji w dużej części strefy euro. Zostaną na Was nałożone jeszcze agresywniejsze podatki. I trzeba będzie znaleźć kozła ofiarnego, więc przygotujcie się na dalszą krytykę banków i nienawiść wobec rynków finansowych.

Osobiście przeniosłem się trzy lata temu do Szwajcarii, przede wszystkim z powodu obaw o reakcje Unii wobec biznesu i bogatych obywateli w miarę rozwoju kryzysu. Nie żałowałem tego ani przez chwilę, a w rzeczywistości sytuacja w UE rozwija się szybciej, niż się wtedy obawiałem. Ale oczywiście Szwajcaria również znajduje się pod ogromną presją UE, która patrzy na oazę pewnego rozsądku w samym środku chaosu jak na zagrożenie. Więc w dłuższej perspektywie przeprowadzenie się tutaj może nie być posunięciem wystarczająco defensywnym. Ale w międzyczasie codziennie dołączają do mnie inni Europejczycy, którzy wybierają Szwajcarię ze względu na jej status bezpiecznej przystani, jaki nadal się do pewnego stopnia utrzymuje.

Smutne, ale przyszłość najwyraźniej nie leży w Europie. Przynajmniej nie w najbliższym czasie. Ale czuję się nieco zachęcony tym, że wreszcie jesteśmy świadkami budzącej się świadomości tego, jak źle jest naprawdę. Zrozumienie rzeczywistości jest pierwszym krokiem do jej zaakceptowania i postąpienia z nią w sposób racjonalny. Obywatele europejscy już nie kupują brukselskiej propagandy, może więc jest jeszcze nadzieja.

Ale oczywiście nawet gdybyśmy przywrócili Europę z powrotem na właściwy tor, nadal musimy uporać się z rozdętym systemem opieki społecznej i niemoralnymi społeczeństwami opartymi na uprawnieniach.

Niełatwo jest być Europejczykiem w obecnych czasach.

Euro, kryzys, Europa / ShutterStock