–  To sukinsyństwo, taki handel długami szpitali. To jakby kupczyć ludzkim życiem i zdrowiem – denerwuje się znajomy lekarz. – A co byś zrobił, gdybyś to ty produkował, dajmy na to, gaziki opatrunkowe. Włożył w to wszystkie oszczędności, sprzedał szpitalowi, ale ten by ci za nie miesiącami nie płacił? – To bym spalił budę, a drani, którzy nie płacą, pozabijał – odrzekł.

>>> Polecamy: PolskiBus.com: Brian Souter chce podwoić wartość inwestycji w Polsce

Ten zabawny dialog dotyczy poważnej sprawy. Naszego nabożnego (i nic dziwnego) stosunku do zdrowia i medycyny połączonego z hipokryzją wobec tych, którzy na potrzeby służby zdrowia świadczą usługi bądź produkują. Niby wiemy, że są niezbędni, ale w głębi duszy oczekiwalibyśmy, żeby robili to, jeśli nie całkiem za darmo, to chociaż za pół darmo. I, co najciekawsze, w jakimś stopniu to myślenie życzeniowe działa i publiczna służba zdrowia jest w olbrzymim stopniu kredytowana przez prywatnych przedsiębiorców. Tyle że wbrew ich woli. Trzymają się jednak branży medycznej, gdyż mimo zawirowań to pewny biznes, choć na pieniądze trzeba długo czekać. Bo ludzie z samochodów przesiądą się na rowery, dżinsy zmienią na dresy, ale zawsze znajdą się tacy, których trzeba będzie położyć do szpitala, zdiagnozować, zoperować, leczyć. A jeszcze nakarmić, umyć i posprzątać dookoła.

Zapłaty, jak twierdzą przedsiębiorcy, którzy tych usług i produktów dostarczają, można się spodziewać z czteromiesięcznym średnio poślizgiem. Jeśli szpital w ogóle będzie chciał płacić. Bo może nie chcieć. Wtedy trzeba go do tego zmusić. Wcześniej można było odsprzedać jego dług dużej firmie zajmującej się obrotem wierzytelnościami (jeśli sam szpital wyraził na to zgodę w umowie), ale teraz nie jest to takie proste. Od 1 lipca 2011 r. obowiązuje bowiem prawo, które mocno ogranicza taką możliwość. Ustawodawca chciał zapobiec dzikiemu handlowi długami służby zdrowia. Ale nieszczególnie mu się to udało. Osiągnął tyle, że przedsiębiorcy zostali mocniej przyciśnięci do ściany i musieli szukać nowych sposobów na odzyskanie swoich pieniędzy. I znaleźli, jednak droższe. Niemniej dłużnik będzie musiał zapłacić. Podwójnie, potrójnie, albo jeszcze więcej, bo z odsetkami, a im dłużej po terminie, tym odsetki większe. A ten dłużnik to szpital, czyli NFZ, czyli my wszyscy.

>>> Czytaj też: Woś: Jak zrobić karierę? Kilka praktycznych rad

W dodatku dramatycznych historii typu windykator zajmujący szpitalne łóżka i tak się nie udało uniknąć. W styczniu komornicy sądowi zajęli tomograf komputerowy z oddziału ratunkowego szpitala w Gorzowie. Placówka była zadłużona na ponad 260 mln zł, na pieniądze czeka tam wciąż prawie 800 wierzycieli. Dyrektor szpitala skarżył się w liście do marszałek województwa lubuskiego Elżbiety Polak, że działania windykacyjne firm są coraz bardziej agresywne, a zajęcia komornicze nagminne. Oburza nas, że komornik zajmuje urządzenie, od pracy którego może zależeć ludzkie życie. Ale czy odpowiedzialnością za to należy obarczać przedsiębiorców, którzy dobijają się o to, co im się należy? Albo urzędników wykonujących swoje zadania? A jeśli nie, to kogo?

O tym, jak działa system powstawania długów publicznych szpitali, narastania ich i zarządzania nimi, rozmawiałam z przedstawicielami świata biznesu, medycyny, samorządowcami. Ci pierwsi mówili chętnie, pod nazwiskiem, jasno wykładając swoje racje, z pozostałymi był problem. Zwłaszcza z osobami reprezentującymi szpitale. Jeśli już coś powiedziały, to anonimowo. Żeby się nie narazić. Bo nędza służby zdrowia i jej kredytowanie przez biznes to u nas sprawa polityczna.

– Wszyscy wiedzą, że w systemie jest za mało pieniędzy i publiczne lecznictwo bez dopływu środków z zewnątrz nie byłoby w stanie funkcjonować – stwierdza Urban Kielichowski, członek zarządu i dyrektor operacyjny spółki giełdowej Magellan SA. To jedna z trzech dużych firm (jest jeszcze Electus SA. oraz M.W. Trade SA.) działających na naszym rynku i zajmujących się, mówiąc ogólnie, finansowaniem placówek medycznych. Wyręczają tym samym państwo oraz banki, które nie są skore, aby pożyczać pieniądze zadłużonym szpitalom. Oczywiście jest to biznes i za wszystko trzeba tu płacić. Coraz więcej.

Hodowanie długów

– To dobrze, że już nie można na dziko kupować długów szpitali – uważa marszałek Ewa Polak. I dodaje, że firmy windykacyjne żyły ze szpitali, nie przymierzając, jak szczury. Teraz to się skończyło.

Podległy jej szpital w Gorzowie jest w trakcie procedury przekształcania w spółkę samorządową. Dziś (w piątek 10 maja) mają zostać podsumowane negocjacje z wierzycielami, przedstawiony audyt finansowy za 2012 r. i wycena nieruchomości. Pani marszałek liczy, że uda się jej uzyskać ministerialne dotacje na 150 mln zł, z resztą sobie poradzą.

– Ale to komornik z tytułem sądowym zajął tomograf w waszym szpitalu, a nie firma windykacyjna – przypominam. Ewa Polak wzdycha i przyznaje, że system nie jest doskonały. Komornicy są chyba jeszcze gorsi, bo specjalnie przetrzymują, hodują długi, żeby jak najwięcej zarobić. Rozmawiała już na ten temat w Ministerstwie Zdrowia, żeby wierzytelności publiczne szpitali skupował jakiś państwowy bank, zamiast prywaciarzy.

– Myśli pani, że państwo ma na to pieniądze? A może bardziej mu zależy na tym, aby to właśnie prywatny biznes kredytował funkcjonowanie niedoinwestowanej służby zdrowia?

– No, nie wiem – znów wzdycha, nieprzekonana, ale przyznaje: system jest zły, trzeba go zmienić.

Koszty rosną

Wcześniej, przed 1 lipca 2011 r., wierzytelności szpitali traktowane były w taki sam sposób, jak innych podmiotów. A to oznaczało, że właściciel medycznego długu mógł z nim zrobić, co chciał: sprzedać, przedstawić jako zabezpieczenie kredytu w banku itp. – Dostawca, załóżmy aparatury, aby dostać pieniądze z instytucji finansowej, robił na jej rzecz cesję z kontraktu – tłumaczy Kielichowski z Magellan SA. Albo inna sytuacja: przedsiębiorca, nie mogąc dostać od szpitala zapłaty za np. catering, sprzedawał przeterminowane faktury firmie finansowej, którą stać na to, by poczekać na zapłatę, nie tracąc przy tym płynności finansowej. Większość małych i średnich firm nie może sobie na to pozwolić, bo dla nich dziura w postaci 300–500 tys. zł to katastrofa. A sprzedaż długu kosztowała je 2 proc. od kwoty widniejącej na fakturze, a czasem tylko zrzeczenie się odsetek. To niewiele, w dodatku przedsiębiorca pieniądze dostawał natychmiast i nie musiał sobie zawracać głowy windykacją, na której się nie zna. Dziś nie można tego zrobić, przedsiębiorca musiałby pójść do samorządu i poprosić o pozwolenie. A to nie dość, że długo trwa, to jeszcze samorządy udzielają takiej zgody – jak przyznaje Marek Wójcik, dyrektor Biura Związku Powiatów Polskich, ekspert ds. ochrony zdrowia – tylko w wyjątkowych przypadkach i nad wyraz niechętnie. – Od czasu działania tej ustawy było tego może kilkadziesiąt w całym kraju – mówi Wójcik.

Jednak rynek nie znosi próżni. W miejsce w miarę tanich cesji wymyślono inny instrument: gwarancje kontraktów. Działa to tak: przedsiębiorca, zawierając jakąś umowę z publicznym szpitalem, wykupuje poręczenie w którejś z zajmujących się tym firm. Najpierw płaci za samą gwarancję. A jeśli okaże się, że trzeba z niej skorzystać, wnosi kolejną opłatę. Ale przedsiębiorca dostaje swoje pieniądze pomniejszone o prowizję dla sprzedawcy gwarancji. Koszt takiej operacji wynosi jakieś 16 proc. od wysokości faktury. No i oczywiście firma finansująca zabiera odsetki za zwłokę. A potem ściąga należność od dłużnika z tytułu gwarancji. Inny sposób, przy większych kontraktach, polega na tym, że firma finansująca wchodzi w konsorcjum z dostawcą czy wykonawcą. Ale znowu – procenty od usługi są wyższe.

– To chyba specjalnie pod was została napisana ta ustawa – nie mogę się nadziwić.

– Wbrew pozorom – mówi przedstawiciel Magellana – ta nowa ustawa utrudnia nam finansowanie sektora. Choć na zapisach nie tracimy my, tylko dostawcy – mówi.

Eksperci zwracają uwagę jeszcze na jedną rzecz: te dodatkowe koszty, jakie trzeba ponieść, niechybnie zostaną doliczone do faktury.

Właściciel jednej z firm sprzedających placówkom medycznym specjalistyczny sprzęt (ten akurat prosi o zachowanie w tajemnicy jego danych) mówi wprost: u mnie prywatne kliniki kupują taniej. Po pierwsze dlatego, że zaraz płacą, więc nie trzeba wliczać do kosztów choćby ryzyka kursowego. – Jeśli publiczny szpital kupuje ode mnie sprzęt wart dajmy na to 10 tys. euro, po dzisiejszym kursie 4,14 zł, a ja wiem, że na pieniądze będę czekał z pół roku, muszę policzyć mu tak, jakby kurs wynosił 4,5 zł – tłumaczy. I dodaje, że w duchu będzie się modlił, aby coś nie tąpnęło i cena eurowaluty nie skoczyła w okolice piątki. Do tego dochodzi, jak mówi, zawracanie głowy z przetargami. Prywatny wie, czego potrzebuje: taki a taki sprzęt, możemy zapłacić tyle a tyle. Krótkie negocjacje, jasna sprawa, interes ubity. A w biznesie z publicznym trzeba stanąć do konkursu, gdzie wciąż podstawowym kryterium jest cena. Jakby chodziło o butelkę napoju chłodzącego, gdzie rozmawia się tylko o rodzaju opakowania i objętości, a nie bardzo skomplikowanych technicznie sprawach. W dodatku trzeba się najeździć, nagadać, przedstawić tysiące zaświadczeń i papierów, udowodnić po raz kolejny, że płaci się ZUS i podatki. – Dlatego wszystkie przedsiębiorstwa, które wchodzą do tej kolejki górskiej, zawyżają ceny – przyznaje. I wszyscy o tym wiedzą, ale akceptują, bo inaczej interes przestałby się kręcić.

To system naczyń połączonych: oni mają coś, czego placówki medyczne potrzebują. Przedsiębiorcy sprzedają im to, choć wiedzą, że nie mają one na to pieniędzy. Choć w przypadku przetargów powinny posiadać na zakup kwotę gwarantowaną, ale najczęściej nie mają. – Mówiąc inaczej, mają mieć, bo NFZ zalega im z pieniędzmi, choćby za nadwykonania. Ale realnie tych pieniędzy nie ma – tłumaczy przedsiębiorca. Więc szpital kupuje po wyższej, niż mógłby w normalnych warunkach, cenie potrzebny mu sprzęt. Do tej ceny dochodzi jeszcze prowizja dla firmy, która gwarantuje zapłatę.

– To prawda, ale gdyby nie my, nie byłoby sprzętu w ogóle, bo banki nie chcą ponosić takiego ryzyka kredytowania – mówi Kielichowski. Takim firmom, jak Magellan opłaca się poczekać, rozłożyć dług na raty, jakoś z placówką dogadać. – Bez nas komornicy nie wychodziliby ze szpitali – dodaje.

Gra ze szpitalem

Jednak nie wszystkim przedsiębiorcom opłaca się długi sprzedawać (a raczej, korzystając z obowiązującej dziś formułki – kupować gwarancje). Marcin Wyczyński, prezes firmy ResQmed, która sprzedaje zarówno sprzęt medyczny (np. do badań radiologicznych), jak i oprogramowanie oraz serwis techniczny, przyznaje, że on w ogóle z takich możliwości nie korzysta. – Nie praktykuję obrotu wierzytelnościami, bo mi się to nie opłaca – zastrzega. I dodaje, że jest to dobre rozwiązanie dla dużych firm i dużych kontraktów, albo dla tych całkiem oferujących towary szybko się zużywające (jak np. środki opatrunkowe), które mają problem z zachowaniem tzw. cash flow. – My jesteśmy średniakami: 16 osób zatrudnionych w firmie, kilkanaście milionów złotych rocznych obrotów, z czego jedna czwarta to zobowiązania przeterminowane – wylicza. Od połowy 2012 r. zauważył, że czas oczekiwania na płatności wydłużył się z kwartału do czterech miesięcy. Inaczej mówiąc, na swoje pieniądze czeka o miesiąc dłużej (to samo mówią inni przedsiębiorcy). Aby zachować płynność finansową, musiałby więc albo o 15 proc. zwiększyć obroty, co jest niewykonalne, albo ciąć drastycznie koszty, ale po prostu nie ma z czego, bo nie jest korporacją.

W dodatku jego biznes składa się z dwóch głównych źródeł przychodów. Pierwsze to serwisowanie urządzeń. – Ale to jest wiele faktur na drobne sumy, po 800, góra 1500 zł – mówi. Więc takimi kwotami firmy zajmujące się obrotem wierzytelnościami nie są po prostu zainteresowane. Drugie źródło to kontrakty na sprzedaż sprzętu medycznego, zwykle dofinansowanego ze środków unijnych. I jeśli za serwisowanie szpitale zwykle nie płacą, w każdym razie nie w terminie, to za sprzęt przelewają gotówkę o czasie, żeby zachować dofinansowanie unijne. – Sprzęt pozwala mi zachować cash flow, niesolidnych dłużników serwisowych pozywam do sądu. Wbrew pozorom sprawa trwa nie tak długo, bo najdłużej, włącznie z egzekucją komorniczą, około roku. Ale odsetki ustawowe pozwalają wyjść na swoje – tłumaczy strategię. Dodatkowo ma swoją czarną listę – około 50 szpitali, którym świadczy usługi tylko na przedpłaty. Bo te z zasady nie płacą. – Ale ja rozumiem ich ból – mówi. – Płaciłyby, ale nie mają.

W dodatku kolejka po pieniądze od nich za rozmaite świadczenia jest długa. Na jej początku są duzi dłużnicy, choćby te firmy zajmujące się finansowaniem służby zdrowia. Wyczyński musi poczekać, więc czeka. To jest także taka gra nerwów. Na przykład jeden z dużych szpitali w woj. kujawsko-pomorskim płaci mu dopiero wtedy, kiedy zbliża się kolejny termin serwisowania urządzeń. Zwleka do ostatniej chwili. – To jest biznes dla ludzi o naprawdę mocnych nerwach – podsumowuje Wyczyński.

Szpital nie może upaść. A firma tak

Prezes ResQmed, ale także inni przedsiębiorcy prorokują, że sytuacja w branży doprowadzi do tego, że ci najmniejsi gracze oferujący towar za małe pieniądze poupadają, a na rynku zostaną tylko duzi. I zaczną dyktować warunki. Mechanizm umierania małej firmy bez zapasów gotówki jest prosty: placówki medyczne nie płacą, więc firma ogranicza zatrudnienie. Potem ogranicza sprzedaż, bo nie ma z czego zapłacić zagranicznym dostawcom sprzętu. I ogłasza plajtę. – Szpitale grają w tę rynkową-nierynkową grę w dość perfidny sposób – zauważa jeden z przedsiębiorców. Jak mówi, nieraz zdarzało się w jego karierze, że księgowa monitowana o zrobienie przelewu mówiła wprost: nie zapłacę, jak chcecie pieniądze, idźcie do sądu. I uśmiechała się mile, mając świadomość, że szpital, wbrew zapowiedziom ministerstwa, nie zbankrutuje. Szpitale, zwłaszcza poza centrum kraju, to często największe zakłady pracy. Weźmy na przykład taki Samodzielny Publiczny Szpital Wojewódzki im. Papieża Jana Pawła II w Zamościu – to nie tylko leczenie, ale także bank, catering, sprzątanie, sklepy i dziesiątki innych usług. – I gdyby jednego wieczoru zbankrutował szpital, to następnego poranka i miasta by nie było – śmieje się jeden z przedsiębiorców.

Więc nie ma tutaj równych szans: mała firma zawsze przegra ten pojedynek. Zwłaszcza że państwo nie ma litości: placówka publiczna nie zapłaci, ale ty musisz odprowadzić podatki, opłacić ZUS. Nie ma zmiłuj. Inny z biznesmenów przyznaje, że zdarzało mu się nie wystawiać faktur szpitalowi głównie z tego powodu, że musiałby od nich zapłacić i PIT, i VAT. – To dlaczego świadczył pan usługi firmie, o której pan wiedział, że nie zapłaci w sensownym terminie – pytam. – Dogadywaliśmy się na gębę – odpowiada. I tłumaczy, że chodziło o dużą placówkę, która w dodatku leczyła dzieci. – To nie jest normalny biznes, kiedy można po prostu wstać i wyjść – tłumaczy. Choć nie mając takich zahamowań moralnych, na pewno firmę prowadziłoby się lepiej.

Znów na górce

Paweł Gronowski, prezes zarządu Catermedu, największej w kraju firmy oferującej placówkom medycznym catering (zatrudnia 800 osób), gdyby miał wejść w ten interes dzisiaj, pewnie by nie zaryzykował. Ale już w nim jest. To duży gracz, więc sobie radzi, i to, że w ogólnym rozrachunku 40 proc. kontrahentów nie płaci w terminie, jest w stanie przeżyć. O zmianie przepisów z 2011 r. mówi, że są irytujące, utrudniły dogadywanie się z placówkami medycznymi, ale on wie, jak w tym wszystkim pływać. – Choć także mam kłopoty wynikające z efektu skali – mówi. Bo jeśli dla niewielkiej firmy zator na poziomie 0,5 mln zł oznacza finansowe trzęsienie ziemi, to dla niego kilkumiesięczny przestój w wysokości 5 mln zł to nie tylko poranny ból głowy, ale poważne rozmowy księgowe. Zapis, że o odstąpieniu długu decyduje organ założycielski szpitala, jest równie żywy, jak udko kurczaka na talerzu. – Zwykle takie rozmowy niczego nie dają, poza stratą czasu – podsumowuje. To nie jest tak, że nie próbuje prowadzenia negocjacji, ale ich schemat przebiega podobnie: Panie marszałku, pana szpital mi nie zapłacił, czy mam oddać sprawę do sądu? – Nie, nie, zaraz to załatwimy – odpowiada marszałek. I telefonuje do dyrektora szpitala: – Panie dyrektorze, proszę coś z tym zrobić. I szpital nic nie robi, chyba że naprawdę musi.

Marek Wójcik ze Związku Powiatów Polskich przyznaje, że sytuacja jest skomplikowana. A nowe regulacje nieszczególnie zmieniły los zarówno szpitali, jak i firm, które je obsługują. Na sprzedaż długów samorządy zgadzają się w nielicznych przypadkach. Po pierwsze wówczas, kiedy w grę wchodzą zmiany przekształceniowe i trzeba coś szybko zrobić, aby dług nie zakłócał bilansu nowej spółki. Czasem także wówczas, kiedy dług szpitala jest tak olbrzymi, że nie ma innego wyjścia, jak go zrestrukturyzować. Przykładem jest tutaj szpital w Zawierciu, gdzie sama obsługa zadłużenia wynosiła rocznie 4 mln zł. Więc w takim przypadku dobrze jest się dogadać, rozłożyć zobowiązania na raty. Taki układ można z jedną firmą negocjować, ale już na pewno nie z dziesiątkami wierzycieli. Wreszcie jest trzecia przypadłość, wobec której można uderzyć do samorządu o zgodę na odstąpienie należności innemu podmiotowi: kiedy szpitalowi brakuje środków na codzienną działalność. Czyli znalazł się na czarnej liście wielu podmiotów i już nie jest w stanie się dłużej kredytować. A komornik czeka na progu, aby zająć łóżka, tomograf i jeszcze może aparaturę na bloku operacyjnym. Wówczas innego wyjścia już nie ma.

Przedsiębiorcy mówią, że od 2000 r., kiedy to Jarosław Bauc, jako minister finansów w rządzie AWS, oddłużył szpitale (więc mogli odzyskać w jednym secie swoje pieniądze), branży świadczącej usługi medyczne nic dobrego ze strony państwa nie spotkało. Owszem, były lata tłuste, kiedy ze źródła Unii Europejskiej płynęły pieniądze na doposażenie szpitali i zarabiali, ale to się skończyło już na początku 2012 r. W dodatku tylko wybrani się załapali. Teraz, ku uciesze i jednocześnie zmartwieniu firm znów nastąpiła „górka”. Chodzi o to, jak tłumaczy Witold Włodarczyk, dyrektor generalny Ogólnopolskiej Izby Gospodarczej Wyrobów Medycznych POLMED (zrzesza sto firm generujących ok. 55 proc. wartości obrotu rynku wyrobów medycznych), że UE zażądała, aby ujednolicić VAT na wyroby medyczne do stawki podstawowej 23 proc. (dziś obowiązuje preferencyjne 8 proc.). Jeszcze nie wiadomo, kiedy to nastąpi, nie jest jasne, jakich wyrobów będzie dotyczyło, ale już wprowadziło wielkie zamieszanie. Z jednej strony szpitale, które mają sprzętowe potrzeby, zaczęły kupować na zapas, żeby uciec przed podwyżką cen. Więc znów się zadłużają. Druga strona bałaganu polega na tym, że usiłują renegocjować umowy długoterminowe. Chodzi o to, że szpitale nie mogą odliczać sobie VAT, choć ten podatek wpływa na cenę urządzeń. Starają się więc tak zmienić kontrakty, aby zapewnić sobie niezmienioną cenę brutto za sprzęt, który dziś zamawiają, za który dajmy na to za dwa lata będą musiały zapłacić więcej. Witold Włodarczyk nie ma złudzeń, co przyniesie ten proces: będzie drożej, i to ludzie, czyli ubezpieczeni, za to zapłacą. Bo przecież nie państwo, ono nie ma z czego. A w portfelach obywateli zawsze znajdą się jakieś grosze.

Branża? Biznes sobie poradzi. Mali zbankrutują, duzi są za duzi, aby upaść. Kilku moich rozmówców wspomina, półgębkiem, o dodatkowych ubezpieczeniach zdrowotnych. I korzyściach z tego, że pieniądze z szarej strefy przepłynęłyby do tej białej. – Wszyscy gramy w tę dziwną grę – wzrusza ramionami dyrektor dużego szpitala na południu Polski. – Ja kłamię dostawcom, że zaraz zapłacę, NFZ łudzi, że zaraz zrobi przelew, samorządowcy udają, że mają nad wszystkim kontrolę. I wszyscy mają nadzieję, że jakoś to będzie. Tylko wszyscy zapomnieli o takim pojęciu jak jakość.

>>> Czytaj też: Badania i rozwój: patenty w medycynie są nieetyczne