Dziś w Warszawie początek gorącej jesieni, jaką związkowcy od dłuższego czasu szykowali Donaldowi Tuskowi.
Zgodnie z zapowiedziami „Solidarności” w mieście stawi się 12–15 tys. związkowców. Dla porównania, kiedy w 2005 r. górnicy zablokowali reformę emerytalną, było ich ok. 10 tys. Gdy 7 lat później uwięzili posłów w Sejmie, było ich o połowę mniej. Marek Lewandowski, rzecznik NSZZ, liczy, że będzie to największa manifestacja związkowa po 1989 r.
Protesty zaczną się pikietami pod gmachami resortów: zdrowia, pracy, transportu, gospodarki, skarbu i spraw wewnętrznych. Pod każdym ministerstwem mają być obecne dwa tysiące osób. Następnie związkowcy połączą się pod Sejmem, tam też stanie namiotowe miasteczko na 600 osób. Protesty mają potrwać do soboty, na zakończenie odbędzie się manifestacja, która z trzech miejsc spod Sejmu, Pałacu Kultury i Stadionu Narodowego ma przejść na plac Zamkowy.
Czego chcą związkowcy? Spisane postulaty otrzymają ministrowie. Część z nich zgłaszano już wielokrotnie, np. płaca minimalna na poziomie połowy średniej krajowej czy większe nakłady na służbę zdrowia. Minister gospodarki otrzyma postulat opracowania polityki przemysłowej oraz uwzględnienia społecznych konsekwencji ograniczenia emisji CO2 i odejścia od kryterium najniższej ceny przy rozstrzyganiu przetargów publicznych. – Jeśli dobrze rozumiem, jedynym postulatem związkowców jest obalenie rządu. Moim zdaniem nie jest to cel właściwy dla związku zawodowego – odniósł się wczoraj do zapowiadanych protestów premier Tusk.
Zdaniem Dominika Owczarka z Instytutu Spraw Publicznych rząd ignorował partnerów społecznych, nie tylko związkowców, lecz także pracodawców. Ci pierwsi postanowili się postawić. – Chcą przeprowadzić silniejszy atak, żeby zaznaczyć swoją pozycję. Liczą na to, że dzięki temu zmuszą rząd do negocjacji przy stole – ocenia ekspert.