Książka francuskiego ekonomisty rozpoczęła burzliwą debatę pomiędzy zwolennikami dwóch ekonomicznych paradygmatów. Odwiecznego sporu socjalistów ze zwolennikami nieograniczonego wolnego rynku. Nie sposób jednoznacznie postawić się po którejkolwiek ze stron. W odpowiedzi na pytanie o to, która ekonomiczna wizja świata jest bliższa prawdy, pomoże być może analiza stanu klasy średniej.

Zacznijmy od Piketty’ego. Przeanalizował on ze swoim zespołem dane dotyczące wykazów majątkowych, spraw spadkowych i rejestrów podatkowych z 50 krajów i policzył jak kształtują się dochody z kapitału i dochody z pracy. Udowodnił, że te pierwsze rosną znacznie szybciej, co jest powodem szybkiego rozwarstwienia się światowych społeczeństw. Piketty podkreśla, że wzrost niesprawiedliwości to nieodłączna cecha kapitalizmu. Ostrzega też – jeśli Zachód nie zmieni tych tendencji, to jak uczy historia, czeka nas kolejna wielki społeczny przewrót.

To, jak bardzo nierówny jest rozkład dochodów pokazują liczby. A dokładniej raport OECD z 2014 roku na temat nierówności społecznych i jakości życia na przestrzeni ostatnich 200 lat. W 1820 roku uśredniony dla wszystkich wskaźnik Giniego (służący do liczbowego wyrażania nierównomiernego rozkładu dóbr, w szczególności rozkładu dochodu, np. gospodarstw domowych; im wyższy tym nierówności większe, podawany w skali od 0 do 100) wynosił 45. Później systematycznie spadał, by w 1980 roku osiągnąć najniższą wartość 36. Ale zaledwie trzy dekady później zrównał się z wartością z początków badań.

>>> Polecamy: "Europejski sen" okazał się mrzonką. Europa Środkowa pozbywa się złudzeń

Skąd tak duże tempo wzrostu nierówności od początku lat 80. XX wieku? Doktor Adrianna Łukaszewicz z Uniwersytetu Warszawskiego zwraca w odpowiedzi uwagę na dwa równolegle rozwijające się zjawiska: globalizację i rewolucję neoliberalną. – Ponowne uwolnienie nieograniczonych przepływów kapitałowych i ludzkich zdecydowanie osłabiło względem kapitału pozycję pracownika i związków zawodowych. Po pierwsze dlatego, że wielkie korporacje zyskały możliwość „szantażowania roszczeniowych” pracowników zatrudnieniem tańszej, importowanej siły roboczej, po drugie, przeniesieniem produkcji do państwa o niższych kosztach – ocenia Łukaszewicz.

Reklama

Natomiast zdaniem polskiego ekonomisty Witolda Orłowskiego, powodem pogłębiających się nierówności jest zaostrzenie konkurencji wśród pracowników słabo wykwalifikowanych. Doprowadziło to do tego, że ich płace zaczęły rosnąć dużo wolniej niż specjalistów. Dodatkowym powodem są reformy światowych podatków, ograniczające ich progresywność.

Jeszcze dobitniejszego niż OECD dowodu na wzrost nierówności dochodowych dostarcza Piketty. Zauważa, że połowa światowego kapitału znajduje się obecnie w rękach mniej niż 90 osób. Zjawisko wzrostu rozwarstwienia ma bardzo wysoką dynamikę w Stanach Zjednoczonych. Do jednego proc. najbogatszych Amerykanów trafia 24 proc. PKB. W latach 60. XX wieku było to 10 proc. – Tempo wzrostu dysproporcji dochodowych można wyjaśnić polityką prowadzoną przez rządy Reagana i Thatcher, którzy znacznie obniżyli podatki dla najbogatszej grupy społecznej. W USA najwyższy próg podatkowy został zmieniony z 90 na 38 proc. – mówi Łukaszewicz.

Zjawisko wzrostu nierówności dochodowych może zdaniem wielu ekonomistów prowadzić do poważnej zapaści globalnej gospodarki. Rozwarstwienie bowiem prowadzi do „tzw. gospodarki nadmiaru”. Polega ona na tym, że erozja klasy średniej i ubożenie większości społeczeństwa sprawia, że społeczeństwo ma zbyt niskie dochody, by uczestniczyć w konsumpcji. W ekonomii określa się to mianem „bariery popytu”. Ludzie nie są w stanie zwiększać swojej konsumpcji na równi ze wzrostem zdolności produkcyjnych klasy posiadającej. Zniechęca to do inwestycji w realną gospodarkę i produkcji. Co dzieje się z kapitałem? Można odpowiedzieć krótko – staje się narzędziem spekulacji finansowej.

Pojawia się pytanie – dlaczego kapitalizm działa na własną szkodę? Częściowej odpowiedzi dostarczają dane, które zaciemniają obraz rzeczywistego rozkładu światowego dochodu. Według raportu opublikowanego w 2014 roku przez FAO (Organizacji Narodów Zjednoczonych ds. Wyżywienia i Rolnictwa) na świecie zdecydowanie maleje odsetek głodujących ludzi. W roku publikacji raportu ten problem dotykał 805 mln osób. W ciągu 10 lat liczba osób z ograniczonym dostępem do pożywienia zmalała o 100 mln. Wygląda na to, że kapitalizm znalazł sposób na to, by dać wielu tyle by przeżyli, ale na niezbyt wysokim poziomie.

Śmierć klasy średniej

Jedną z głównych tez książki Piketty’ego jest kryzys współczesnej klasy średniej. Jest on pochodną powyżej zarysowanych procesów wzrostu nierówności, które niejako „wycinają” środek. W latach 1979-2006 dochody najbogatszego procenta osób w USA wzrosły o 256 proc., a rodzinne dochody przeciętnych obywateli po uwzględnieniu inflacji w ogóle się nie zmieniły. Na ten problem nakłada się też bardzo zła ekonomiczna sytuacja młodych osób.

Ekonomiści zwracają uwagę na pogłębiające się różnice między najbogatszymi obywatelami USA, a klasą średnią. Według danych Biura Spisu Powszechnego, w ciągu minionych 30 lat różnica między najbogatszymi 5 proc. mieszkańców USA a średnimi zarobkami Amerykanów wzrosła o 30 proc.



Tradycyjnie uważa się, że klasa średnia stanowi podstawę i spoiwo sprawnie funkcjonującego społeczeństwa w warunkach gospodarki kapitalistycznej. W kontekście powyższego stwierdzenia bardziej zrozumiałe stają się teza Piketty’ego o tym, że liberalne demokracje są coraz bardziej narażone na społeczne wstrząsy.

Mediana dochodu gospodarstwa domowego w USA w 2011 roku wynosiła poniżej 49,1 tys. dol. Po uwzględnieniu inflacji wartość ta znalazła się na poziomie nieco niższym niż w 1989 roku i o 4 tys. dol. niższym niż w roku 2000. Po uwzględnieniu podatków i pomocy społecznej z 2011 roku mediana to już mniej niż 40 tys. dol. Oznacza to miesięczny dochód na gospodarstwo w wysokości około 3,3 tys. dol. Trzeba zaznaczyć, że aż połowa amerykańskich rodzin zarabia mniej niż wynosi ta kwota.

George Friedman z ośrodka analitycznego Stratford twierdzi wręcz, że pogarszająca się sytuacja klasy średniej w USA może zagrozić geopolitycznej pozycji mocarstwa. Zwraca on uwagę nie tylko na suche liczby, odnosząc się też do zdolności nabywczych obywateli. Życie na wysokim poziomie wymaga według niego od obecnej klasy średniej dużo wysiłku. W przypadku tzw. „niższej klasy średniej” nie wchodzi nawet w grę.

Kondycję klasy średniej źle oceniają także sami Amerykanie, znani z tego, że wolą raczej zachwalać swoją sytuację. Według badań Pew Research Center rośnie liczba osób uważających się za klasę niższą lub niższą klasę średnią. Od 2008 roku wzrosła z 25 do 40 proc. Dane te potwierdzają także badania innych pracowni. Według instytutu badań opinii Gallup między 2008 a 2012 rokiem odsetek Amerykanów widzących się w klasie średniej lub wyższej klasie średniej spadł z 63 proc. do 55 proc.

Co ciekawe erozja interesującej nas klasy dotyczy wyłącznie zachodnich społeczeństw. Według The Brooking Institution w 2013 roku do klasy średniej należało na świecie 1,8 mld osób. Tymczasem do końca dekady liczba ta zwiększy się aż do 3,2 mld osób. Stanie się tak jednak za sprawą rozwoju tej grupy w społeczeństwach rozwijających się, głównie azjatyckich. Ekonomiści szacują, że klasa średnia na tym kontynencie wzrośnie do 1,7 miliarda osób w 2020 r. i 3 miliardów w 2030 r. Będzie to 5 razy więcej niż w Europie i 10 razy więcej niż w Ameryce Płn. Według organizacji takich jak ONZ i OECD za przedstawiciela klasy średniej uważa się osobę, która zarabia lub wydaje od 10 do 100 dol. dziennie. ONZ podaje w jednym z dokumentów, że Azja i inne gospodarki wschodzące przechodzą obecnie coś na kształt europejskiej rewolucji przemysłowej z XIX wieku. Obecnie wzrost ten napędzają głównie Chiny. Jednak do 2027 roku najbardziej liczną klasę średnią powinny mieć Indie.

Polska wpisuje się pod względem kondycji klasy średniej raczej w kontekst gospodarek rozwijających się. Po pierwsze dlatego że, od wejścia do UE poprawia się u nas wskaźnik Giniego. W latach 2005-07 obniżył się do poziomu 32, a w 2012 roku wyniósł tylko nieco ponad 30. Po drugie, zwiększa się liczba Polaków, których można zakwalifikować do klasy średniej na podstawie średnich dochodów.

Przy rygorystycznym podejściu, można przyjąć, że do klasy średniej należą wszyscy podatnicy, którzy znaleźli się w najwyższym przedziale płatników podatku dochodowego. Portal obserwatorfinansowy.pl podaje, że (przy sztywnych progach podatkowych) w latach 2001-2006 i 2007-2013 można stwierdzić zwiększającą się liczebność klasy średniej do ponad 600 tysięcy w 2013 roku. Do powyższej liczby podatników należy dodać osoby prowadzące działalność gospodarczą (czyli rozliczającą się wg 19 proc. progu). Można oszacować, że to kolejne 300 tys. osób.

Do sytuacji klasy średniej w Polsce odnosi się także dr Łukaszewicz. Największym beneficjentem wejścia Polski do UE były jej zdaniem małe i średnie przedsiębiorstwa z sektora prywatnego. - Jednak sytuacja przedsiębiorców stanowiących dużą część klasy średniej drastycznie pogorszyła się od czasu ostatniego kryzysu finansowego. Wymusił on bowiem zabójczą konkurencję małych i średnich firm na rynku wewnętrznym, co przełożyło się na minimalne marże – mówi Łukaszewicz. – Z powodu tego polski mały i średni biznes od 2-3 lat „codziennie walczy o życie”. Zmusza to rodzimych producentów do wyraźnego zwiększenia eksportu – dodaje.

W porównaniu do innych krajów UE mamy w Polsce ponadto dużą segmentację rynku pracy, a bardzo wysoki odsetek osób jest zatrudnionych na umowach „śmieciowych”. W lutym tego roku KE zwróciła na ten problem szczególną uwagę, wystawiając członkowi negatywną cenzurkę. Do tego rośnie rzesza tzw. „biednych pracujących”, którzy ledwie wiążą koniec z końcem.

>>> Czytaj też: Etat dla wybrańców. Tylko jedna czwarta pracowników na świecie ma stałe zatrudnienie

Antidotum

Jak można rozwiązać problem wzrastających nierówności na świecie i osłabiania się klasy średniej? Kilku pomysłów dostarcza Piketty. Jeden z nich to 2 proc. podatek od wartości majątku, który wyrównywałby nadwyżkę w zyskach z kapitału w stosunku do wzrostu gospodarczego. To jednak utopijny pomysł ze względu na trudne do wyobrażenia wypracowanie globalnego kompromisu. – Podatek od majątku, który jest częścią religijnej doktryny, skutecznie funkcjonuje w państwach islamskich. Zachodni system polityczny jest jednak zbytnio uzależniony od prywatnego dużego biznesu, trudno więc oczekiwać, że „kapitał sam się opodatkuje” – mówi Łukaszewicz. Innym rozwiązaniem mogłoby być (zdaniem Piketty’ego) opodatkowanie nieruchomości oraz wprowadzenie wyraźnej progresji podatkowej.

- Jedynym sposobem na odwrócenie silnego trendu wzrostu rozwarstwienia byłoby horrendalne podniesienie podatków dla najbogatszych – mówi dr Łukaszewicz.

Profesor Elżbieta Mączyńska z SGH w wywiedzie udzielonym Gazecie Wyborczej zwróciła z kolei uwagę na potrzebę wypracowania nowej umowy społecznej w Europie. Stary Kontynent musi zmierzyć się bowiem z problem starzenia się społeczeństwa i alarmująco wysokiego bezrobocia wśród młodzieży. Nie obędzie się bez zaciskania pasa. Trudno jednak o racjonalne działanie UE, gdy za ścianą słychać niespokojne okrzyki z Ukrainy i Grecji. – Europa kładzie zdecydowanie większy niż USA nacisk na solidarność społeczną i realizuje w częściowym zakresie model „państwa dobrobytu”. Jednakże nie zmienia to faktu, że ciągle znajduje się pod silnym wpływem globalnych liberalizacyjnych procesów – podsumowuje dr Łukaszewicz.