Czabański: W mediach publicznych nie ma miejsca na współpracowników służb specjalnych PRL

Ten tekst przeczytasz w 10 minut
21 grudnia 2015, 07:44
Prawda jest taka, że media publiczne - wszędzie, nie tylko w Polsce - są w gestii polityków. Za mniej lub bardziej udolnie zbudowanym parawanem. Nikt jeszcze nie wymyślił lepszego sposobu zarządzania mediami publicznymi - mówi w wywiadzie Krzysztof Czabański, sekretarz stanu w Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego, pełnomocnik rządu do spraw przygotowania reformy publicznej radiofonii i telewizji.

Projekt trafi do Sejmu przed Sylwestrem, albo na pierwszej sesji w styczniu.

W sensie formalnoprawnym to będą państwowe osoby prawne. Instytucja kultury pojawiła się w obiegu publicznym, bo zarówno dziennikarze jak i ci, którzy udzielali wywiadów używali nieprecyzyjnej nazwy. Ale to jest związane z funkcją mediów publicznych, które mają największa rolę kulturotwórczą, są największym mecenasem kultury w kraju. A przynajmniej mogłyby być.

Może, ale nie musi. To nie jest do końca takie proste, że media nie mają żadnych zobowiązań wynikających z kodeksu spółek handlowych. Jeśli ktoś na Woronicza liczy na to, że się uchowa dzięki temu, że przetrwa spółka, to się głęboko zawiedzie.

Władza może w spółkę uderzyć kijem, który jest dla niej wygodny - albo zarzucić nierealizowanie misji, albo wytknąć deficyt. Gdy jeszcze przez rok po wyborach w 2007 roku, już za rządów Donalda Tuska, byłem prezesem Polskiego Radia to minister skarbu nie udzielił mi absolutorium używając deficytu, jako pretekstu. A ja miałem deficyt dlatego, że nie chciałem ob-niżać jakości programu, miałem mniej wpływów, bo Tusk wezwał Polaków do nie płacenia abonamentu.

Taka sama, jak w tej chwili. Teraz prezesi też mogą być w każdej chwili odwołani przez rady nadzorcze.

A jakie gwarancje niezależności mają szefowie BBC czy w mediach publicznych we Francji czy w Niemczech?

Prawda jest taka, że media publiczne - wszędzie, nie tylko w Polsce - są w gestii polityków. Za mniej lub bardziej udolnie zbudowanym parawanem. Nikt jeszcze nie wymyślił lepszego sposobu zarządzania mediami publicznymi.
Poza naszym projektem funkcjonują obecnie dwa dokumenty. Jeden, sprzed paru lat, zwany projektem Strzembosza, zakłada mówiąc w pewnym uproszczeniu powoływanie władz przez stowarzyszenia twórcze. Ale te potem już przed nikim za swój wybór nie odpowiadają. Natomiast politycy odpowiadają przed obywatelami. PiS za 4 lata będzie rozliczany w wyborach m.in. za poziom i kształt mediów publicznych.

SDP chce podporządkować media publiczne ministrowi kultury. Koledzy dziennikarze chcą, aby minister nimi rządził? Nasz projekt podporządkowuje media większości parlamentarnej i prezydentowi, czyli politykom z silnym mandatem obywatelskim. Rada Mediów Narodowych będzie przecież wybierana przez Sejm, Senat i Prezydenta spośród ludzi z dorobkiem, o autorytecie i wiedzy na temat rynku mediów. Ma więc dużo wyższą pozycję niż ciało podległe ministrowi. RMN będzie więc silna swoim własnym autorytetem i kadencyjnością.

Sześć lat i nie można ich będzie odwołać

Ubiegać się mogę, ale o tym, kto zasiądzie w radzie zadecydują Sejm, Senat i Prezydent.

To była inna sytuacja. PSL-owcy i rząd Pawlaka, którego jedynym osiągnięciem było zwolnienie mnie z funkcji prezesa PAP-u, mieli trochę racji, bo agencja była wtedy urzędem centralnym.

Nie, bo przez całe życie jestem dziennikarzem i wiem co jest dla tego zawodu ważne, by był uczciwy. Jeśli będę miał wpływ na media po wejściu w życie ustawy, to będę jedną z gwarancji, żeby były one uczciwe.

Pani trochę, a ja się bardzo obawiam; o uczciwość mediów trzeba stale dbać.

Media i dyrektorzy będą rozliczani wyłącznie z realizacji misji, która zostanie poszerzona o edukację historyczną i promocję Polski na świecie. Dyrektorów odwoływać będzie RMN na wniosek rady programowej. Przy każdej z nowych instytucji - zarówno w mediach centralach, jak i w oddziałach regionalnych będą funkcjonować rady programowe. Ich kompetencje będą o wiele większe niż obecnych rad. Nowe rady będą wybierane przez RMN spośród osób wskazanych przez stowarzyszenia twórcze i organizacje społeczne, a nie tak jak obecnie przez polityków. Sam byłem członkiem rady programowej PR z nominacji PiS, większość miejsc zajmowali tam ludzie bezpośrednio delegowani prze partie. Teraz to się zmieni.

Rada nie będzie zwalniać dyrektora, ale oceniać i wysuwać ewentualnie takie propozycje. Mam nadzieję, że, jeśli to będą pochopne działania, to nie znajdą one posłuchu w RMN.
Nie wyobrażam sobie, żeby pan prezydent, Sejm czy Senat delegowali do rady przypadkowych ludzi. Sami by się trochę ośmieszali.

Oczywiście, że delegują ludzi, którzy są z nimi związani politycznie. A przynajmniej nie są wrodzy, bo to mogą być neutralni kandydaci. Do mediów publicznych zawsze trafiali ludzie związani z aktualnie rządzącą ekipą. Ten mechanizm zawsze występował.

A dlaczego przesądza pani, że prezydent będzie prezentował jeden światopogląd? On wyraźnie mówi, że chce budować wspólnotę.

Jeśli pani powątpiewa w decyzje pana prezydenta, to proszę spojrzeć na Narodową Radę Rozwoju. Prezydent zaprosił tam ludzi z bardzo różnych środowisk. Nie przesądzałbym, że to będzie wybór według jednej sztancy.

Spółki automatycznie zostaną naszą ustawą przekształcone w państwowe osoby prawne o tych samych nazwach. Przekształcenie nastąpi z dniem wejścia w życie nowego prawa.

W przypadku likwidacji spółki i powoływania nowych bytów trzeba byłoby wszystko negocjować od nowa. Ale nie będzie likwidacji. Ustawa przesądza następstwo prawne, wszystkie prawa i zobowiązania spółek przechodzą na nowe formy organizacyjne. Nasi prawnicy twierdzą, że nie ma żadnych wątpliwości.

Czego się boja, skoro wcześniej zostali wyrzuceni do firmy leasingowej? Tego, że wrócą? Bo wrócą. To oczywiste. Pracownicy z automatu przejdą do nowych firm. I nie ma mowy o leasingowaniu. To nie do przyjęcia w cywilizowanych firmach, w dodatku takich, które mają być wzorcem - zarówno, jeśli chodzi o jakość produktu, warunki pracy jak i standardy dziennikarskie. Chcemy wzmocnić finansowo media i dać możliwość dziennikarzom robienia dobrych programów.

Żeby nikt nie usłyszał w redakcji - a gdzie sponsor?

Okazało się, że wbrew wcześniejszym informacjom KRRiT i ministerstwo kultury nie przygotowały żadnego projektu o finansowaniu mediów publicznych. Mimo, że miały na to 8 lat i zapowiadały to od dawna. Są ekspertyzy, diagnozy, porównania z systemami w innych krajach. Ale to taka literatura uniwersytecka.

PO parę ostatnich lat zapowiadała, że sfinansuje na nowo media publiczne. Nic nie zrobiła. Musimy zrobić to sami. A to bardzo skomplikowana i wrażliwa materia, bo wymaga uzgodnień w Brukseli. Chodzi o dwa obszary - kwestia niedozwolonej pomocy publicznej oraz kwestia konkurencyjności. Jeszcze w grudniu zasiadamy w zespole eksperckim do szykowania drugiego projektu zmian w mediach. Ale to potrwa parę miesięcy, łącznie z notyfikacją w Brukseli.

Na razie wszystko zostaje po staremu. Kolejny krok, czyli ustawa o opłacie audiowizualnej zakłada, że możemy zacząć rozważać pewne ruchy związane z rynkiem reklamowym. Nie wycofamy mediów publicznych z rynku reklam, ale być może wprowadzimy drobne ograniczenia czy ostrzejsze przepisy dotyczące przerywania programów.

Zostaną obciążeni opłatą na rzecz mediów publicznych. Prezentów nie będzie.

Będzie gruntowna reforma, ale podzielona na dwa etapy.

A nie wie pani, co się dzieje? Co rusz mianuje się nowych dyrektorów, nie wiadomo na jakie kontrakty, nie wiadomo, na jakie sumy. Słyszałem nawet o ludziach zatrudnianych na fikcyjne posady.

Możliwe, że są i tacy. Jedna rzecz, to zawieranie kontraktów, które mogą być niekorzystne dla tych spółek. A druga rzecz, to fakt, że TVP nie realizuje misji w tym obszarze, do którego została powołana. Nie tworzy forum uczciwej debaty różnych stron

Weźmy choćby czołowy i niby misyjny program publicystyczny Tomasza Lisa, który jest skrajnie nieobiektywny, stronniczy, sterowany i zmanipulowany. To nie wystawia dobrego świadectwa telewizji.

W porządku, ale nie wiemy co pan prezes na to miejsce zaproponuje.

A to już sporawa prezesa TVP.

Sama pani powiedziała, że urzędnicy nie powinni się wypowiadać w tych sprawach. Na pewno można mówić nie o jednym, ale o kilku programach publicystycznych. Środowisko dziennikarskie się podzieliło, trudno byłoby wskazać jednego dziennikarza, który byłby w stanie zapewnić miejsce do szerokiej debaty, a jednocześnie występować w roli dziennikarza, a nie tylko moderatora dyskusji.

To był niezbyt szczęśliwy skrót myślowy. Nie powinienem tego personifikować. Mówiłem o tym, że trzeba odebrać media publiczne kłamcom, fałszerzom i manipulatorom. A wszystko zostało sprowadzone do nazwisk. Mnie nie przeszkadzają poglądy polityczne Tomasza Lisa, Piotra Kraśki czy Beaty Tadli, choć w sumie nie wiem nawet, jakie poglądy ma ta pani. Mnie interesuje tylko to, czy oni wykonują uczciwie dziennikarską robotę. Lis w programie robi to moim zdaniem nieuczciwie. Jak prowadzi “Newsweek” to już jego zbójeckie prawo. Może być stronniczym publicystą. Nie w tym rzecz.

Ale jeśli ma robić coś w rodzaju platformy do dyskursu publicznego w TVP, to powinien zapewnić równe szanse wszystkim ważnym uczestnikom.

Po tym co robił, to się nie dziwię. Sam bym odmówił, bo z takim dziennikarstwem, które uprawia w TVP, nie chcę mieć nic wspólnego.

Dziwiłbym się, gdyby nowy dyrektor telewizji chciał jeden skrajny nieobiektywizm, zastąpić drugim. Bo zniszczyłby telewizję i samego siebie. Jeśli mamy poważnie mówić o kształtowaniu opinii publicznej, a nie opinii medialnej, która tylko udaje publiczną, jeśli chcemy by rzeczywiście różne grupy obywateli mogły w tym dyskursie uczestniczyć, to TVP musi spełniać przynajmniej elementarne kryteria obiektywizmu.

Uważam, że dla tajnych współpracowników służb specjalnych PRL, podobnie jak dla pracowników tych służb, nie ma miejsca w mediach publicznych. Ale ustawa się tym nie zajmuje. Z resztą w tej chwili to już marginalny problem, bo większość ludzi, którzy mogli być wplątani we współpracę, jest dziś w wieku emerytalnym, albo przedemerytalnym.

Nie wykluczałbym tego. Na pewno może do tego aspirować. Czy będzie? Nie wiem. Proszę do niego zadzwonić.

>>> Czytaj też: "Złoty wiek" węgla w Chinach skończył się. Nikt nie potrzebuje już surowca?

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna
Zapisz się na newsletter
Zapraszamy na newsletter Forsal.pl zawierający najważniejsze i najciekawsze informacje ze świata gospodarki, finansów i bezpieczeństwa.

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj