Kim są ludzie, którzy potrafią zarobić na foreksie? I czy możliwe jest rozbicie przez nich banku za pomocą komputerowego programu, który sami piszą?
4 bln dol. – takimi pieniędzmi obraca się każdego dnia w największym kasynie świata oficjalnie znanym pod nazwą forex. To kwota ponad 10-krotnie większa od tej, która każdej doby przelewa się przez wszystkie giełdy świata. Milionom ludzi z żądzy zysku błyszczą oczy oraz czerwienieją policzki. Śledzą na komputerowych monitorach skoki kursów walut czy surowców, by złapać moment, kiedy wykres znajdzie się w punkcie obstawianej zwyżki bądź zniżki. Jedno kliknięcie myszką, zamknięcie transakcji. Jesteś milionerem. Albo wielkim przegranym. Można wygrać wiele, ale i równie dużo stracić. Chyba że jesteś mistrzem lub piszesz specjalny algorytm, który będzie grał za ciebie.
– Wiedza, duża wiedza plus intuicja. I opanowanie – wylicza warunki niezbędne do osiągnięcia sukcesu na foreksie Paweł Olchawa z Wrocławia. Właśnie wygrał międzynarodowy konkurs World Top Inwestor, osiągając w ciągu 12 miesięcy 857 proc. stopy wzrostu. Na początku trzeba było włożyć minimum 15 tys. zł. Nie miał problemów z zebraniem sumy, co jest pewnie jednym z powodów tego, że mu tak dobrze idzie. Dystans do gry pozwala, jak tłumaczy, zachować czysty mózg i nie dać się zjeść emocjom.
Historia Pawła Olchawy mogłaby posłużyć do nakręcenia polskiej wersji filmu „Social Network”, który pokazuje początki Facebooka. Razem z kumplami ze studiów napisał aplikację i założył Naszą Klasę. Sukces był gigantyczny – żaden z nich nie spodziewał się, że cała Polska oszaleje na punkcie portalu. Potem za spore pieniądze sprzedali większość akcji NK. – I największym problemem stało się to, w jaki sposób je zainwestować – mówi. Jak każdy rozsądny człowiek, postanowił zdywersyfikować swój portfel – akcje, obligacje, do tego konto walutowe. Ale inwestycja w waluty łączy się z ryzykiem straty, bo kurs może się zmienić. – I tak w moim życiu pojawił się forex – opowiada Olchawa.
Informatyk po Uniwersytecie Wrocławskim jest z natury człowiekiem systematycznym, więc wszystko, do czego się zabiera, robi porządnie i dogłębnie. Zaczął rozpracowywać obcy ląd od nauki panujących tam obyczajów i języka. Zamieszkuje go jakieś 1,5 mln osób (z czego Polaków jest ok. 50 tys.), najczęściej zajmują się one transakcjami walutowymi – w ogólnym obrocie najczęściej używaną walutą jest dolar, za nim euro, jen, funt i frank szwajcarski. Polski złoty to zaledwie 0,8 proc. obrotów. Jednak ruch na foreksowym rynku odbywa się na tzw. parach, przy czym absolutny prym wiedzie euro z dolarem. Dalej w rankingu popularności idzie dolar z jenem, a zaraz po nim funt z dolarem.
Jak to działa? Dość prosto. Weźmy eurodolara jako sztandarowy przykład: zakładamy, że w najbliższym czasie kurs euro w stosunku do dolara będzie spadał. I z takim założeniem otwieramy transakcję: kupujemy dolary, sprzedajemy euro (wirtualnie) i śledzimy, co się dzieje z kursem. Jeśli faktycznie dolar rośnie – hurra! Wybieramy moment, kiedy wzrost kursu nas satysfakcjonuje, i sprzedajemy. Wyszliśmy na swoje. Tym bardziej że robiąc transakcje, możemy lewarować, czyli zastosować dźwignię finansową: system pozwala nam dokonywać transakcji 100, czasem 200 razy większej wartości (albo nawet 500 – na polskich platformach nie ma takich możliwości) niż kwota, którą faktycznie zainwestowaliśmy. To zwiększa naszą wygraną. Ale w razie pomyłki – np. euro nieoczekiwanie drożeje – możemy w mgnieniu oka stracić wszystko, co włożyliśmy w transakcję.
– Bo forex jest dla inteligentnych i opanowanych ludzi – ocenia Piotr Żuk, także wrocławianin, rocznik 1973, laureat drugiego miejsca w konkursie GO4Challenge (880 proc. stopy zwrotu w 4 tygodnie). Właściciel firmy, ojciec dzieciom, mąż żonie. Choć rynek daje możliwości korzystania z różnych sposobów inwestowania – w surowce, akcje czy indeksy giełdowe – Żuk wierny jest rynkowi walutowemu. Obstawia 7 par (m.in. euro – dolar, funt – dolar, dolar – dolar kanadyjski oraz dolar – kiwi, (jak

Czasem dobrze odejść

– Zawsze ma pan taki zwrot? – pytam, a on tylko się śmieje. Wreszcie tłumaczy, że te 880 proc. to konkursowy wynik, tam w określonym czasie i na określonej kwocie można ryzykować i śrubować transakcje. – W normalnym życiu nigdy bym sobie na taki hazard nie pozwolił – mówi. Jeśli ma zwrot na poziomie 30 – 40 proc., jest zadowolony. – Co najważniejsze, forex nie jest moim głównym źródłem utrzymania – zaznacza Żuk.
Jego firma prosperuje na dobrym poziomie, więc byt rodzina ma zapewniony. Ale dodatkowa gotówka zawsze się przyda. Dlatego założył sobie, że będzie obracał kwotą ok. 20 – 25 tys. zł. A nadwyżki wypłacał i inwestował w realnym świecie – w dzieci, w siebie, w podróże. Ale do tego dochodzi się po dłuższej nauce, często kosztownej i bolesnej. – Nie znam nikogo z graczy na foreksie, kto by nie wtopił przynajmniej kilka razy i nie zbankrutował – mówi. On dobrze zapamiętał nauczkę, jaką dostał w 2001 r.: na kontraktach terminowych z 10 tys. zł udało mu się w krótkim czasie zrobić 140 tys. Ale zamiast wypłacić sobie premię, grał dalej. I jeszcze szybciej, niż zarobił – stracił. Wprawdzie nie wszystko, „tylko” 80 tys., więc de facto był na plusie. Jednak ta strata do tej pory boli.



– Wtedy na dłuższy czas dałem sobie spokój z graniem – przyznaje. Na szczęście udało mu się odzyskać spokój. Teraz wie jedno: jeśli człowiek za bardzo chce wygrać, wszystko psuje. Ta presja, niesamowite wręcz ciśnienie powoduje, że musisz popełnić błąd. Dlatego obecnie, kiedy ma dobrą passę, na parę dni wychodzi z gry, by ochłonąć. To wygląda jak zaklinanie rzeczywistości, ale działa. – Bo jak za długo dobrze idzie, wpadka gwarantowana – ocenia. Nigdy, jak w przeszłości, już nie angażuje wszystkich pieniędzy w jedną transakcję, no i ustawia stop-lossy na wysokości – góra! – 20 proc. straty.
Dlatego on śpi spokojnie. Biorąc rzecz statystycznie – jakieś 70 proc. początkujących graczy traci. Ponad połowa doświadczonych może liczyć zyski. Z ankiety przeprowadzonej przez Urząd Komisji Nadzoru Finansowego (UKNF) wśród krajowych domów maklerskich oferujących klientom możliwość inwestowania na rynku forex w ramach internetowych platform transakcyjnych wynika, że w okresie od 1 stycznia 2011 r. do 31 grudnia 2011 r. około 82 proc. aktywnych klientów poniosło stratę, a jedynie 18 proc. osiągnęło zysk.
Gra na foreksie ma tę zaletę, że jest zautomatyzowana. Inwestor, zawierając transakcję, z góry może założyć, przy jakim procencie straty włożonej kwoty system ma przerwać operację – można w ten sposób zminimalizować koszty przegranej. Ot, po prostu: jeśli stracę więcej niż 20 proc. wkładu, przestaję ryzykować i dziękuję za dalszą grę.
– Ja ustawiam stop-lossy na wysokości 5 proc. – mówi Arkadiusz Stawowczyk, 27-latek z Kęt, zwycięzca konkursu GO4Challenge (ok. 1100 proc. stopy zwrotu w 2 tygodnie). – I ustawiam też górną granicę zysku – dodaje. Np. wkłada 10 tys. zł w inwestycję (on też preferuje euro – dolara) i robi w systemie zastrzeżenie, żeby przerwał transakcję, gdy kwota bazowa spadnie do 9,5 tys. zł lub wzrośnie do 12 tys. zł. – Żeby mnie nie kusiło – wyjaśnia. Ludzi gubi chciwość. Im więcej ktoś chce, tym więcej traci.
Dziwnie brzmią te słowa w ustach człowieka, który w 2 tygodnie osiągnął 1100 proc. zwrotu. Ale i Stawowczyk tłumaczy, że konkurs to jedna sprawa, a codzienna gra całkiem inna. Tu mocno trzyma się kilku zasad. Pierwsza: na foreksie stawia tylko pieniądze dodatkowe, nadwyżkę. Nigdy nie wziąłby tych, które ma na życie czy bieżące opłaty. Druga: do transakcji bardzo starannie się przygotowuje. Bo choć niektórzy twierdzą, że forex to gigantyczne kasyno, wielki hazard, gdzie szczęście jest ważniejsze od rozumu, a intuicja od wiedzy, on się z taką tezą nie zgadza.
W świecie biznesu do dziś powtarza się opowieść o pewnym eksperymencie z 1988 r., kiedy to „The Wall Street” poprosił wybitnych specjalistów analityków z funduszy inwestycyjnych, aby wybrali spółki, w które warto zainwestować na kolejne pół roku. O to samo poprosili „małpę” – był nią pracownik gazety – który dokonywał wyboru losowo, rzucając lotką do tarczy, na której wypisane zostały nazwy spółek z indeksu Down Jones. Ten eksperyment powtarzano co miesiąc. I po 100 losowaniach okazało się, że specjaliści wygrali tylko 61 razy, w pozostałych przypadkach triumfowała „małpa”. Podobne doświadczenie – tyle że z prawdziwą małpką w roli głównej – przeprowadziła w 1996 r. „Gazeta Wyborcza”. Karolina, szympansica, zarobiła wprawdzie na giełdzie tylko 10 proc. (indeks giełdowy 19 proc.), jednak niektórzy analitycy i gracze mieli gorszy wynik.
Ale zdaniem mistrzów foreksowych te eksperymenty niewiele mówią o foreksie. Bo nie wystarczy dobrze wytypować, na co postawić – na wybraną walutę czy akcje. Trzeba jeszcze wiedzieć, w jaki sposób zarządzać ryzykiem, kiedy uciec z transakcji, a kiedy zostawić.

Japońska świeca

– Do tego służy analiza – wyjaśnia Stawowczyk. Fundamentalna, czyli makroekonomiczna, i techniczna. W tej pierwszej chodzi o to, aby śledzić globalny rynek gospodarczy oraz polityczny. Zaczytuje się więc analizami, śledzi newsy na specjalistycznych portalach. Działa to mniej więcej tak: EBC ma ogłosić kolejną transzę bailoutu dla Grecji, euro powinno się więc nieco umocnić w stosunku do dolara. W Hiszpanii masowe strajki, lokalni politycy dają do zrozumienia, że mogą trochę odpuścić politykę zaciskania pasa – rynek się denerwuje i euro spada. – Śledzę też światowe giełdy – opowiada Stawowczyk. I jeśli np. widzi, że parkiety w Stanach idą ostro w górę, oznacza to, że pieniądze płyną do spółek i dolar może się osłabić, chociaż nie zawsze taka korelacja ma miejsce. Analiza makroekonomiczna jest ważna zwłaszcza przy kontraktach długookresowych (do 3 miesięcy). Odpowiada głównie na pytanie, co kupić lub sprzedać.
Przy szybkich akcjach trzeba się zdać na techniczną. Wiedzieć, jak czytać japońskie świece, rozumieć mowę wstęgi Bollingera, sprawnie poruszać się kanałem Dochiana i jeszcze wiele, wiele więcej. – Ja analizuję tylko wykresy świecowe – mówi z kolei Piotr Żuk. W grę wchodzi jeszcze Fibonacci. Nie zwraca uwagi na makroekonomię. – To, że może przyjść jakiś ważny wskaźnik ekonomiczny, nie powoduje, że zawieszam transakcję – mówi.
Choć te wszystkie nazwy – japońskie świece, kanały i wstęgi – brzmią bardzo romantycznie, w rzeczywistości kryje się za nimi matematyka i podejście statystyczne. Bo historia czasem się powtarza. A ceny – czy to walut, czy akcji – zmieniają się według powtarzających się schematów. Trzeba umieć je wychwycić oraz zanalizować. I mieć refleks, by nie przegapić momentu, w którym należy podjąć decyzję. Najprościej tłumaczy to Paweł Olchawa: – Niektóre przesłanki dają nam minimalną przewagę, która pozwala w dłuższym terminie zarabiać. Ale nic nie jest stałe i sztuka polega na tym, aby ustalić, które przesłanki sprawdzające się w przeszłości nadal będą aktualne.
Ale nawet wiedza to nie wszystko. Kluczowa w inwestowaniu jest właściwie przyjęta strategia. Każdy gracz dobiera ją pod siebie – jedni grają szybko, agresywnie, dużo ryzykują. Inni cierpliwie czekają tygodniami na sprzyjające odwrócenie trendu. Są też tacy, którzy „skalpują” – zawierają szybkie, kilkuminutowe transakcje, zadawalając się zyskiem kilku pipsów (to najmniejsza jednostka transakcji). Chodzi o to, że kursy większości walut wyznaczane są z dokładnością czwartego miejsca po przecinku (w przypadku słabszych walut, choćby jena – do drugiego). Np. w niedzielę notowania euro do dolara wynosiły 1,2375/1,2377 (cena kupna/sprzedaży). Różnica między nimi – zwana spreadem – to zysk brokera. Jeśli więc kupimy euro za dolary, płacąc 1,2377, a kurs wzrośnie – a to często kwestia sekund – do 1,2379/1,2381, możemy je szybko odsprzedać po 1,2379. Efekt – zarobiliśmy po 2 pipsy na sztuce. Czyli po 0,02 centa. Wydaje się niewiele, ale tutaj liczy się efekt skali – podstawową jednostką transakcyjną na foreksie są loty, czyli 100 tys. A inwestuje się jednorazowo dziesiątki, a nawet setki milionów. Jest o co walczyć.



– Ja się nie bawię w skalpowanie – odcina się Piotr Żuk. On preferuje dłuższe transakcje, kilkugodzinne, aby zrobić przynajmniej te 100 pipsów. – A jak trzeba, mogę poczekać nawet parę dni – mówi. Z kolei Arkadiusz Stawowczyk ma zasadę, żeby transakcji nie przetrzymywać. – Kiedy idę spać, muszę mieć wszystkie pozamykane – mówi. Nie ma zamiaru zakłócać sobie snu i zarywać nocy.
Strategia Pawła Olchawy jest natomiast taka, żeby – jak mówi – szukać obszarów podwyższonej zmienności. Inaczej mówiąc, wykorzystywać trendy boczne. Mówiąc jeszcze prostszym językiem – wybiera pary walutowe, gdzie kurs najbardziej się zmienia i chwieje. Na takich wahaniach jest możliwość szybkiego zarobku. Ale unika otwierania transakcji w sytuacji, kiedy kurs jest bliski konkretnego, wykazanego przez analizę techniczną, poziomu. – Nie będę tego bliżej tłumaczył – zastrzega. To jego tajemnica, know-how, do którego doszedł długą i cierniową drogą. Na tym zarabia. A za naukę, no cóż, trzeba płacić.
Teoretycznie inwestowania na rynku forex może się nauczyć każdy. Na naszym rynku działa kilkunastu polskich brokerów, którzy udostępniają inwestorom platformy internetowe do inwestowania. Zagranicznych trudno policzyć. Wejście zaczyna się od 1 dolara, ale większość firm wymaga wpłacenia ok. 1 tys. złotych jako minimalną kwotę uprawniającą do inwestowania. Oferują porady swoich fachowców, dają analizę techniczną. Każdy początkujący, zanim zaryzykuje własne pieniądze, może przejść kurs i popróbować gry na sucho za pomocą jednego z licznych programów demo: inwestuje się na niby, zyski są też na niby, ale dzięki temu można sprawdzić stopień swojego przygotowania i trafność podejmowanych decyzji.
– Dla mnie taka zabawa na demach nie ma większego sensu – Arkadiusz Stawowczyk ma na ten temat wyrobione zdanie. On sam zaczynał na rynku finansowym jako dzieciak. Patrzył na ojca, który w latach 90. ubiegłego wieku stał w kolejkach po akcje prywatyzowanych przedsiębiorstw, sam zaczął po trochu inwestować. – A jak tylko była okazja, przeniosłem się na forex, to wyższa półka – mówi. Jest bardziej wymagający, gracz musi mieć większą wiedzę, ale daje dużo większe możliwości. Sam zaczynał na wirtualnych rachunkach. Jednak jest zdania, że niczego się człowiek nie nauczy, jeśli nie zainwestuje prawdziwej gotówki. – Na tej wirtualnej nie ma prawdziwego ryzyka, a więc i prawdziwej odpowiedzialności – tłumaczy. Jego zdaniem lepiej jest zainwestować nawet małą kwotę, ale swoją, całkiem realną. Żeby wiedzieć, jak smakuje wygrana i jak boli porażka. Emocje? Trzeba nauczyć się je poskramiać.
Choć trudno zachować zdrowy rozsądek, kiedy w grę wchodzą tak wielkie kwoty. Arkadiusz Stawowczyk opowiada, że cienka czerwona linia oddziela rozsądnego inwestora od furiata. – Wstaję o 7 rano i pierwsze, co robię, to włączam komputer, żeby sprawdzić dane: jak się ma moja ulubiona para, czyli eurodolar. Co się z nim działo, jak spałem, bo rynek foreksu działa praktycznie 24 godziny na dobę – opowiada.
Potem jest czas na analizy wykresu, trzeba ogarnąć, jakie dane makroekonomiczne będą aktualizowane w Europie i Stanach, około godz. 9 giełdy w UE zaczynają działać, więc należy się im dobrze przyjrzeć. Czas mija, włącza się giełda w USA. – A tu jeszcze człowiek musi pracować – ubolewa Stawowczyk. Dlatego zmienia robotę, żeby móc robić to, co potrafi, lubi i żeby mu jeszcze za to płacili. Prawda jest taka, że jego narzeczona ma już dość chłopaka zombi.
– Jeszcze raz powtarzam: zrobię wszystko, żeby nie zarywać nocy – Piotr Żuk też ma w tej sprawie jednoznaczne zdanie. Co innego konkurs, to wielki wysiłek, siedzenie przed kompem niemal przez całą dobę. Ale teraz przecież tego robić nie musi. Ale Olchawa ma na ten temat najlepszy pomysł. – Nie wyobrażam sobie życia, które polegałoby na wiecznej warcie przed komputerem – mówi. Bo jak nie wyjść z kolegami na piwo, nie wyjechać na wakacje, bać się przejechać rowerem, bo może jakiś kurs się zmieni? – Nie chcę tak żyć – zaznacza. Znów zebrał kilku kumpli, w sześciu pracują nad nową aplikacją. Takim automatem, jakiego jeszcze na foreksowskim rynku nie ma: będzie gromadził i analizował dane, tworzył wykresy techniczne, a potem wytyczy inwestorowi drogę: nie tylko podpowie, jak grać, ale sam podejmie decyzje. Kiedy i co kupić, kiedy sprzedać. – A ja będę mógł robić to, co naprawdę lubię – tłumaczy Olchawa. – Zająć się programowaniem, które jest moim hobby już od podstawówki. I zamiast śledzić kursy walut, zająć się rozwijaniem automatu.
Na ile mu się to uda, na ile sprawdzi – nie wiadomo. Na razie będzie sprawdzać jego działanie na wirtualnym rachunku. Ma nadzieję, że już niedługo jego platforma pomoże planować strategię i grać na foreksie także tym osobom, które same nie potrafią programować.

Uwaga na księżyc

Czy za pomocą takiego narzędzia inwestorzy będą w stanie rozbić bank foreksowego skarbca?
Marek Wołos z jednego z największych domów maklerskich operujących na rynku foreks – TMS Brokers – zapewnia, że z tym rozbiciem banku to przesada – mechanizmy zabezpieczające system przed upadkiem są jego zdaniem murowane, ale nigdy nic nie wiadomo. Jak w każdej grze – żeby ktoś mógł zyskać, ktoś musi stracić. Połowa graczy kupuje, połowa sprzedaje, gra się zeruje. Przykład maklerów Lehman Brothers, którzy napędzili światowy kryzys w 2008 r., nie napawa optymizmem, ale systemy kontroli ryzyka oraz KNF czuwają i jak dotąd wszystko się jakoś równoważy. – To nie jest giełda, gdzie wszystko kumuluje się w jednym miejscu. Tutaj miliony inwestorów handlują w przestrzeni globalnego internetu, pozostając całkowicie anonimowymi – tłumaczy. A jak przyjdzie wielka smuta (niewypłacalność), osoby inwestujące u licencjonowanych brokerów mają w razie wpadki gwarantowane zwroty: od 1 stycznia 2008 r. maksymalna rekompensata dla jednego inwestora wynosi równowartość 20,1 tys. euro.
Ale niepewność pozostaje. – I jeśli jest ryzyko, jest także wizja dużego zysku – kwituje Wołos. Zwłaszcza dziś, w czasach niepewnych, kiedy kursy są zwariowane. Kto nie ryzykuje, ten w kozie nie siedzi – wahania kursów można wykorzystać dla siebie. Marzeniem Wołosa jest to, by w szkole podstawowej uczyć dzieci podstaw ekonomii: nie tylko tego, że trzeba oszczędzać, ale co zrobić z oszczędnościami, jak je inwestować. Arkadiuszowi Stawowczykowi się marzy, że w niedalekiej przyszłości będzie mógł rzucić pracę i zarabiać tylko na wahaniach kursów walutowych. Piotr Żuk się dystansuje – jemu wciąż wystarczy, że może sobie dorobić. Olchawa pisze program, żeby wszystko się samo działo.
Może wszystko jest gdzieś tam zapisane, policzone, a algorytmy już wkrótce zapanują nad każdym momentem naszego życia. Kij w szprychy wkłada na koniec Piotr Żuk. – Duży wpływ na rynek foreksu ma kwestia nowiu albo pełni księżyca – mówi. Po prostu w tych dniach ludzie są bardziej nerwowi, pobudzeni i podejmują często nieracjonalne decyzje. Dlatego lepiej sobie odpuścić w tym czasie, nie inwestować. Poczekać na skonkretyzowanie się trendu. Albo zagrać w lotto. Albo pójść do wróżki.