To, że oszczędzać trzeba, nie ulega żadnej wątpliwości. Niezależnie od tego czy odkładać pieniądze chcemy na nieoczekiwane wydatki, na tzw. czarną godzinę, na mniejsze lub większe potrzeby czy realizację bardziej lub mniej ambitnych planów – najczęściej nie przychodzi nam to z łatwością. Każdy szuka sposobów, żeby krótkoterminowy zapał, przekuć w wieloletni, konsekwentny i powtarzalny proces. Często bez sukcesów.

Nie ustajemy jednak w poszukiwaniu kolejnych, coraz bardziej wymyślnych strategii oszczędnościowych. Niekiedy zamieniając cały proces w zabawę lub wyzwanie. Brytyjczycy mają swoje 365-dniowy „Money Saving Challenge”, 52-tygodniowe „Money challenge” a nawet „Penny Challenge”. Różnią się one między sobą, ale co do zasady w każdym z nich chodzi o to samo: by na koniec roku odłożyć pewną sumę pieniędzy. Niezależnie od tego czy odkładamy w cyklu tygodniowym, czy każdego dnia niewielkie kwoty – musimy trzymać się wcześniej ustalonych zasad i wytrwać w postanowieniu przez cały okres. W tych wspomnianych przykładach przez jeden rok.

Trochę w tym jest zabawy, trochę rywalizacji i potrzeby sprawdzenia się. Idea stojąca za wyzwaniem jest bardzo prosta. Przenosząc ten model do Polski, pierwszego tygodnia odkładalibyśmy 10 zł. Drugiego – 20 zł, a trzeciego 30 zł. I tak dalej aż do 52 tygodnia, gdy – zgodnie z zasadami – musielibyśmy odłożyć 520 zł. W rok dałoby to blisko 14 tys. zł.

Kijek czy marchewka

Osoby, które mają naprawdę duże problemy, by przekonać się do regularnego odkładania pieniędzy, nawet pomimo tego, że mogłyby to robić cyklicznie, mogą za ich pomocą zmusić się do pewnej systematyczności. Z czasem odłożone tak pieniądze będą dodatkowym czynnikiem motywującym do kontynuacji całego procesu. Już niekoniecznie w formie kolejnego wyzwania.

Sam sposób ma swoje plusy i minusy. Z jednej strony uczy myślenia o oszczędzaniu i zachęca do pewnej regularności. Z każdym tygodniem motywuje do kontynuacji – czym dalej w całej zabawie jesteśmy, tym trudniej będzie nam ją tak po prostu przerwać. Z drugiej strony może być jednak pułapką, która na długi czas zdeterminuje sposób, w jaki podchodzimy do odkładania pieniędzy. Niekoniecznie pozytywny. Zobowiązanie, które sobie postawimy, musi być przemyślane i dobrane do możliwości. Deklaracja odkładania zbyt wysokich kwot najpewniej skończy się szybko porażką i zniechęceniem do kolejnych prób czy w ogóle do gromadzenia pieniędzy z myślą o przyszłości.

Rzecz jasna opisane wyzwania nie wyczerpują tematu oszczędzania. Sposobów na odkładanie pieniędzy jest naprawdę sporo. Może to być model 50/30/20 opracowany i spopularyzowany przez amerykańską senator prof. Elizabeth Warren, który opisaliśmy w pierwszej części cyklu „Rozumiem. Oszczędzam. Inwestuję”. Dla innych, lepszym rozwiązaniem być może okaże się metoda sześciu słoików Harva Ekera. Zasady są bardzo proste. Do pierwszego słoika trafia 55 proc. miesięcznego wynagrodzenia. To pieniądze na wydatki, które musimy ponieść, tj. czynsz, opłaty czy niezbędne zakupy. Kolejne słoiki: na nieoczekiwane wydatki (lub większe zakupy), przyjemności, edukację i inwestycje, to 10 proc. pensji każdy. Inne wydatki, np. na pomoc innym to słoik wielkości 5 proc. wynagrodzenia.

Obie metody uczą zarządzania pieniędzmi, które mamy do dyspozycji w danym miesiącu; przede wszystkim jednak zachęcają do myślenia o domowym budżecie każdego miesiąca. Jednocześnie pokazują, że oszczędzanie nie musi wiązać się z rezygnacją z rozrywki czy samorozwoju. Oszczędzać może praktycznie każdy, najczęściej najtrudniejsze jest po prostu przekonanie samego siebie, że mogę, potrafię. I zrobienie pierwszego kroku.

Zasady do opanowania

Sam cel oszczędzania i sposób w jaki chcemy zarządzać odkładanymi pieniędzmi są oczywiście ważne. Ale nie można zapominać, że w większości przypadków kluczowe będzie wyeliminowanie błędów, przyzwyczajeń i złych nawyków, które skutecznie do tej pory cały proces odkładania pieniędzy utrudniały, czy wręcz – czyniły go niemożliwym. Czego należy unikać?

Błędem jest nieposiadanie planu i celu. Z oszczędzaniem jest jak z podróżą. Przed wyruszeniem w drogę planujemy kolejne etapy, przygotowujemy się odpowiednio do wyprawy, a przede wszystkim określamy miejsce, do którego chcemy dojechać. Podobnie jest z odkładaniem pieniędzy. Musimy wiedzieć na co i ile chcemy zebrać pieniędzy. Bez konkretnego celu ryzyko, że szybko stracimy zainteresowanie i odłożony już kapitał po prostu wydamy, rośnie.

Brak kontroli wydatków może skutecznie do oszczędzania zniechęcać (wydaje się nam, że nie mamy z czego), ale też – naruszać systematyczność i regularność. Od sytuacji: w tym miesiącu nie odłożę, bo już za dużo wydałem, do całkowitego zerwania z nawykiem i porzucenia planów gromadzenia kapitału, jest naprawdę krótka droga.

Aby plan oszczędzania urealnić wcielając kolejne jego punkty w życie, musimy wiedzieć, ile co miesiąc możemy odłożyć bez rezygnowania ze wszystkich przyjemności czy z dotychczasowego poziomu życia. Najprostsza droga do tego to rozpocząć kontrolę wydatków. Jeśli wydajemy zbyt dużo, by wcielić w życie metodę 50/30/20 czy sześciu słoików, nie pozostaje nic innego jak poszukanie oszczędności w codziennych wydatkach. Drogą do tego jest zapisywanie comiesięcznych „kosztów”, które ponosimy i ich analiza. Można to robić zarówno w sytuacji, gdy płacimy tylko kartą, ale też, gdy to gotówka dominuje u nas na co dzień. W obu przypadkach nie obejdzie się bez analizy paragonów, które dobrze jest zbierać i na spokojnie przejrzeć na koniec miesiąca.

Trzymanie pieniędzy w domu, z perspektywy gospodarowania pieniędzmi, jest mało rozsądnym przyzwyczajeniem. Nie chodzi tu o to, że chcemy mieć pod ręką mniejsze lub większe kwoty, bo dzięki temu czujemy się bezpieczniej. Rzecz w tym, że przechowywanie oszczędności w puszce po kawie czy szkatułce dobrze wygląda w amerykańskich filmach, ale nie ma uzasadnienia ekonomicznego. Nie dość, że pieniądze tracą na wartości ze względu na inflację, to mając je cały czas obok, nic nas nie powstrzyma przed ich wydaniem w chwili słabości. Problem ten dotyczy każdego z opisanych wyżej sposobów na oszczędzanie. Lepiej słoiki zamienić na rachunki oszczędnościowe lub lokaty, za otwieranie których nie ponosimy żadnych opłat. Pieniądze będą bezpieczne, a dostęp do nich przynajmniej częściowo ograniczony. Oczywiście pojawi się argument, że przecież środki na lokatach czy nieoprocentowanych rachunkach też tracą na wartości ze względu na obecny w gospodarce wzrost cen. Są też takie okresy, gdy trudno znaleźć produkty o stopie wolnej od ryzyka przewyższającej inflację. Nie jest to jednak niemożliwe. Z pomocą przychodzą – przykładowo – obligacje skarbowe indeksowane wskaźnikiem inflacji. Pamiętajmy też, że o oszczędzaniu powinniśmy myśleć w perspektywie nie tygodni czy miesięcy, ale lat. Przy czym, do finansów domowych dobrze jest podchodzić całościowo. Jeśli ze względu na niskie stopy procentowe, a jednym z powodów ich obniżki przez RPP w 2020 r. była pomoc kredytobiorcom, płacimy mniejsze raty kredytowe – to pieniądze te w miarę możliwości powinniśmy odłożyć: budując poduszkę bezpieczeństwa lub gromadząc na poczet przyszłych płatności za kredyt.

Czas nam pomaga

Patrzenie na domowy budżet w długim horyzoncie wiąże się też z mechanizmem tzw. procentu składanego. Jego niedocenienie jest dużym błędem. Przechowywanie pieniędzy w domu żadnego procentu z kapitału nie wygeneruje. Co innego, jeśli są one trzymane w produktach finansowych. Chociaż teraz wydaje się, że nie ma to większego sensu, ze względu na niskie oprocentowanie, to nie zawsze tak będzie. Okresy niskich zysków np. z lokat nie powinny nas zniechęcać do oszczędzania. Wręcz przeciwnie – motywować do szukania bardziej zyskownych produktów na podobnym poziomie ryzyka, jak chociażby obligacje Skarbu Państwa. Niektóre ich rodzaje są indeksowane poziomem inflacji, co pozwala przynajmniej w pewnym stopniu ograniczyć straty.

Czym jest jednak procent składany? To proste. Od kapitału początkowego po jakimś czasie naliczane są odsetki. Jeśli ich nie wydajemy, a dopiszemy do kapitału początkowego (czyli reinwestujemy), to z czasem zaczynają one generować dodatkowe odsetki, które znów mogą być reinwestowane.

Podkreślmy to: oszczędzanie to maraton. Chwilowe niższe oprocentowanie nie powinno być podstawą do tego, by z oszczędzania rezygnować, czy odłożone środki przeznaczyć na bieżącą konsumpcję. Nawet jeśli w danym momencie zyski z kapitału, który mamy, są niesatysfakcjonujące.

Brak inwestowania odłożonych środków – to kolejny problem, z którym musimy się zmierzyć. Ale pamiętajmy: nic na siłę (ani pod presją rodziny czy za namową sprzedawców nie kupujmy produktów, których nie rozumiemy lub do których nie jesteśmy przekonani) i nie od razu. Poczucie, że „pociąg odjeżdża, a my nie zdążyliśmy do niego wsiąść” – może zamiast zysków, przynieść stratę części lub całości kapitału. Pamiętajmy, że inwestowanie wiąże się z ryzykiem. Można je ograniczać, ale nie da się wyeliminować.

Jeśli nie mamy żadnych oszczędności, to w pierwszym kroku należy odłożyć kapitał na nieoczekiwane wydatki. Nazwijmy to poduszką bezpieczeństwa. Gdy coś się wydarzy – nie będziemy musieli zaciągać kredytów, szukać pieniędzy u rodziny czy znajomych. Posiadanie oszczędności, nawet jeśli jesteśmy daleko od celu, już po krótkim czasie daje pozytywne efekty psychologiczne.

Kto nie miał pieniędzy, a musiał ponieść większy wydatek, ten wie, że jest to jedna z najbardziej stresujących i nieprzyjemnych sytuacji związanych z domowymi finansami.

Z najnowszego badania BIG InfoMonitor (z czerwca 2021 r.) wynika, że Polacy głównie odkładają na fundusz awaryjny na nieoczekiwane wydatki (44 proc.), na wypadek utraty pracy (32 proc.) i sytuacje wyjątkowe jak pandemia (24 proc.). Przy czym kryzys gospodarczy zmobilizował do większych starań w oszczędzaniu niemal co piątego Polaka (19 proc.). Pozostali, albo już oszczędzali (35 proc.), albo uważają, że dysponują zbyt niskimi dochodami, by odkładać pieniądze (23 proc.).

Tym samym dochodzimy do podstawowej kwestii: nie mogę oszczędzać, bo nie umiem, nie mam z czego, nie opłaca się lub jeszcze mam czas – to powody, które od lat niezmiennie pojawiają się jako bariery przed oszczędzaniem. Paradoks polega na tym, że dla większości z nas, jest to najczęściej najprostsze wytłumaczenie dla tego, by wcale nie zacząć, nie włożyć odrobinę wysiłku w odpowiednie zaplanowanie strategii czy poszukanie oszczędności w codziennych wydatkach. Przegrywamy z wewnętrznym księgowym: o wiele łatwiej wydaje się pieniądze niż odkłada z myślą o przyszłości. A jednak – nie tędy droga.

jb

Materiały prasowe
Szanowni Czytelnicy,
Powyższy artykuł ukazał się w ramach cyklu edukacyjnego „Rozumiem, Oszczędzam. Inwestuję”, przygotowanego we współpracy z Narodowym Bankiem Polskim. Mamy nadzieję, że informacje w nim zawarte okażą się pomocne – poszerzą Państwa wiedzę na temat oszczędzania oraz inwestycji i ryzyka, które się z nim wiąże.
Gorąco zachęcamy do wypełnienia poniżej krótkiej, anonimowej ankiety, która pozwoli nam udoskonalić nasze materiały edukacyjne w przyszłości.