Z Agnieszką Dziemianowicz-Bąk rozmawia Jan Wróbel
Trafiłem? Oddaliście pole rodzinne prawicy?
Najkrócej, jak mogłabym odpowiedzieć na zarzut, że nie walczymy - walczymy.
Aha.
W ubiegły czwartek ruszyliśmy w wakacyjną trasę pod hasłem „Bezpieczna rodzina”. Odwiedzimy dziesiątki małych i średnich miejscowości w każdym województwie i każdym okręgu wyborczym, żeby jak najdalej dotrzeć z programem i przekazem skierowanym wprost do polskich rodzin - z przekazem, który mamy od dawna, tylko…
Tylko przekaz PiS jest silniejszy.
Dla nas, dla lewicy, rodzina to ludzie, dla prawicy - ideologia. Prawicowe mówienie o rodzinie to forma walki politycznej: z jednej strony straszenie, że trzeba jej bronić, bo jest zagrożona, z drugiej tworzenie zideologizowanej wizji rodziny, która, jak słusznie pan redaktor zauważył, dla samych przedstawicieli prawicy jest nieosiągalna. Bo to wizja, która nie ma nic wspólnego z rodzinami z krwi i kości, jakie faktycznie żyją w Polsce. A one mają swoje blaski i cienie, no i, przede wszystkim, są różne - mama samodzielnie wychowująca dziecko, para z dwójką dzieci, rodzina patchworkowa, związek nieformalny, bezdzietne małżeństwo. Ale kiedy prawica mówi o rodzinie, w zasadzie nie wiadomo, do kogo mówi, bo co rusz z tej definicji kogoś wyklucza. I zostaje abstrakcyjna opowieść na potrzeby polityki zamiast odpowiedzi na prawdziwe problemy, z jakimi mierzą się rodziny w codziennym życiu.
Ośmielę się nie zgodzić z panią posłanką - faktycznie ideał rodziny jest nieosiągalny, bo tak to już w ogóle z ideałami bywa. Jednak poczucie zagrożenia jest twardą daną statystyczną i potwierdza się w wynikach wyborów. Genialny myk prawicy: mało mówmy o ideałach życia rodzinnego, bo ludzie mogą poczuć się oceniani, mówmy za to dużo o groźbach - i wygrywamy.
Nie wiem, co to znaczy, kiedy pan redaktor mówi, że „ideał polskiej rodziny jest nieosiągalny”. Jest, tylko może oznaczać odmienne rzeczy dla różnych ludzi. To po prostu dobre życie rodzinne, w którym są miłość, szacunek, bezpieczeństwo, nie zaś życie w modelu narzuconym przez polityków.
Może z 15 proc. jest takich rodzin.
Myślę, że znacznie więcej, bo ludzie różnie układają własne życie i w różnych konfiguracjach starają się znaleźć spełnienie swoich potrzeb, wcale niekoniecznie tkwiąc w narzucanych definicjach. Matka, decydując się na rozwód, może zerwać z przemocowym związkiem - i ta rodzina po rozwodzie jest lepsza niż wtedy, kiedy spełniała definicję pełnej rodziny.
Jak szkoła powinna uczyć o rozwodach? Z troską? Beznamiętnie? Może wcale, aby nikt się nie denerwował?
Szkoła powinna rozwijać umiejętności budowania dojrzałych relacji - opartych na zaufaniu, więzi, bezpieczeństwie, wzajemnym poszanowaniu wolności. I mówić wprost: budowa takich relacji prowadzi często, choć też nie zawsze, do zawarcia małżeństwa czy związku partnerskiego, założenia rodziny. A kiedy takiej dobrej i zdrowej relacji nie da się utrzymać czy naprawić, to ważne, by umieć ją zakończyć. Szkoła nie powinna demonizować faktu, że relacje się rozpadają, także te rodzinne. Bo tak dzieje się w życiu - a szkoła ma do życia przygotowywać, nie nim straszyć.
Nie demonizować, zgoda. Ale „rodzina rozbita” czy po prostu „rodzina w nowym, wzbogacającym doświadczeniu”?
Znowu mamy poszukiwać uniwersalnej definicji, modelu? W rzeczywistym życiu? A po co? Czasem rozwód jest korzystnym wyjściem wzmacniającym byłych partnerów, czasem wręcz rodzinę, a kiedy indziej nie.
Co nie zmienia faktu, że możemy o samym zjawisku mówić jako o niepokojącym albo nie. Wyjątki to wyjątki, nawet zabójstwo bywa usprawiedliwione.
Czy pan właśnie porównał rozwód do zabójstwa? To tak szkoła na pewno nie powinna uczyć o rozwodach…
Zabójstwo Kutschery w 1944 r.? Co w tym złego? Normalna szkoła nie pomija tej prawdy o świecie, że w ekstremalnych sytuacjach mamy prawo zachowywać się ekstremalnie.
Rozwód to rozwód. Jest jakimś - wcale nie ekstremalnym - rozwiązaniem sytuacji, dla której nie ma - w ocenie zainteresowanych - lepszego rozwiązania. Kluczowe jest to, jak uczestniczący w takim procesie ludzie się zachowują, a jeśli proces ten obejmuje inne osoby, np. dzieci, to w jaki sposób pomogą się im w nim odnaleźć. Szkoła nie powinna uczyć o tym, czy się rozwodzić, czy nie - szkoła ma pomóc młodym ludziom rozwinąć kompetencje, które w różnych sytuacjach życiowych pozwolą im zachować się tak, żeby jak najbardziej zadbać o dobrostan swój i innych. Uczyć umiejętności podejmowania decyzji, także tych dotyczących relacji - ale nie instruować, jakie to mają być decyzje.
Tyle że…
Jeśli bardzo chce pan redaktor znaleźć coś, co zagraża polskim rodzinom, to ja chętnie powiem, dlaczego polska rodzina jest zagrożona.
CAŁY TEKST W WEEKENDOWYM WYDANIU DGP I NA E-DGP
