Polska Agencja Prasowa: Od 1 kwietnia Komenda Główna Policji odnotowała już blisko 170 utonięć. W całym poprzednim miesiącu zanotowano 87 ofiar, a niedawno - w ubiegły weekend - utonęło 13 osób. Takich wypadków będzie więcej.

Rafał Halik, Narodowy Instytut Zdrowia Publicznego - Państwowy Instytut Badawczy: Policja i tak nie odnotowuje wszystkich wypadków tonięć. Finalnie jeśli weźmiemy pod uwagę wypisywane karty zgonów w Polsce, to okazuje się, że w zależności od roku rejestrowane przez Policję przypadki utonięć to od 70 do 85 proc. faktycznej liczby zgonów w wyniku utonięć. Ogólnie sytuacja, jeśli chodzi o utonięcia od 20 lat, poprawia się. Są lata ze skokami liczby utonięć, ale ogólnie trend jest spadkowy, a dynamika spadku jest lepsza niż w przypadku wypadków drogowych. Jeszcze w połowie lat 90. ubiegłego wieku liczbę osób tonących bywało, że liczyło się w tysiącach. W roku 2015 utopiło się według rejestru zgonów GUS ponad 750, a już 4 lata później w roku 2019 blisko 540.

Reklama

Dopiero lata pandemii przyniosły brak spadku umieralności, choć biorąc pod uwagę mniejszą mobilność ludności powinno być znacznie mniej tych tragicznych zdarzeń. W niektórych krajach Europy wręcz doszło do wzrostów umieralności z omawianej przyczyny, np. w Czechach i Holandii. Tutaj teoretycznie swoją rolę mógł mieć wzrost obserwowanych problemów z używaniem alkoholu i substancji psychoaktywnych w niektórych grupach społecznych.

PAP: I znów, patrząc na policyjne statystyki z ubiegłego roku, z 422 ofiar utonięć 382 to mężczyźni. Dlaczego?

R.H.: Mężczyźni z powodów kulturowych i neuropsychologicznych mają szczególną skłonność do bardziej ryzykownych zachowań włączywszy zachowania związane z bezpieczeństwem nad wodą. To również i mężczyźni znacznie dominują w grupie ofiar wypadków drogowych. Nie jesteśmy krajem, w którym istnieje rozbudowana kultura związana z korzystaniem z akwenów wodnych. Mało jest znana wiedza na temat ocen zagrożeń związanych z wodą, pływaniem, a nawet przebywaniem w pobliżu akwenów wodnych. Nieznajomość realiów i autentycznych zagrożeń, jakie niesie woda, ryzykanckie zachowania oraz wpływ alkoholu i narkotyków, które również są znacznie częściej i nadmiernie używane przez mężczyzn, czynią swoje w statystykach.

Sprawa charakterystyczna - to, że wśród mężczyzn wśród ofiar utonięć istnieje przygniatająca nadreprezentacja osób z wykształceniem zasadniczym zawodowym lub niższym, czyli osób ogólnie o niższych kompetencjach kulturowych i z grup, w których częściej obserwuje się problemy z używaniem substancji psychoaktywnych, w tym alkoholu. Warto tu podkreślić, że tych okoliczności nie powinniśmy odnosić do siebie samych, że np. osiągnięcie matury jest jak gwarancja niezatapialności i nic nam nie grozi, albo na odwrót - marne wykształcenie spowoduje nasze utonięcie. Musimy mieć zawsze w tyle głowy, że jesteśmy organizmami lądowymi. Woda nie jest naszym naturalnym środowiskiem życia. Nasz organizm odmiennie reaguje na różne bodźce w środowisku wodnym i może nas też zaskoczyć. Bardzo dużo utonięć jest wynikiem niespodziewanego ataku paniki w wodzie, kurczów mięśni lub omdleń podczas pływania. Zdarzenia te też mają związek jednak z ryzykanckim podejściem do kąpieli w wodzie - kąpiel w złej dyspozycji zdrowotnej, chęć przepłynięcia dalekiego dystansu na nieznanym akwenie. Nie budujmy jednak w sobie lęku, bo pływanie jest fantastycznym sportem niosącym dużo radości i korzyści zdrowotnych i paradoksalnie niesie mniej niebezpieczeństwa dla nas niż wiele innych popularnych sportów jak np. sporty zimowe, nie wspominając o sportach ekstremalnych.

PAP: Ostatnim razem, kiedy kilka lat temu rozmawialiśmy o utonięciach, mówił pan, że w przeciwdziałaniu takim wypadkom bardzo duże znaczenie ma edukacja dzieci i nauczanie ich oceny ryzyka związanego z wodą, a także eliminacja ryzykownego używania substancji psychoaktywnych, takich jak alkohol. Czy przez te lata udało się coś zmienić, bo wydaje się, że alkohol w dalszym ciągu jest numerem jeden wśród przyczyn utonięć?

R.H.: Nadal podkreślam, że włączenie do powszechnych obecnie zajęć na basenie elementów ratownictwa wodnego znacznie by polepszyło nie tylko bezpieczeństwo nad wodą, ale i również wpłynęło nad ogólną budowę szeroko pojętej kultury bezpieczeństwa w Polsce i ograniczenie wypadkowości w innych sferach życia, np. wypadków drogowych, czy w pracy. Budowanie świadomości w zakresie bezpiecznych zachowań wśród dzieci i młodzieży i że nie są one "obciachowe" tylko świadczą o doświadczeniu, mądrości, umiejętności powinno być jednym z celów wychowawczych naszego systemu oświatowego.

Znacznie większym wyzwaniem jest za to walka z problemami związanymi z uzależnieniami od różnych substancji psychoaktywnych, które coraz bardziej się zaznaczają. Są one sprzężone zwrotnie z pogarszającą się kondycją zdrowia psychicznego społeczeństw na całym świecie i tu jest znacznie większa praca do zrobienia przez kompleksową politykę państwa niż tylko decyzje nakazowe lub ograniczenia. Warto przy tym wspomnieć, że wielu utonięć można uniknąć przez inwestycje w infrastrukturę, zabezpieczenia niebezpiecznych akwenów, odseparowywanie basenów, oczek wodnych, zbiorników przeciwpożarowych etc. Kilkadziesiąt procent przypadków utonięć to właśnie niezamierzone wpadnięcia do wody.

PAP: Kto jest najbardziej narażony na utonięcie, i gdzie do takich wypadków dochodzi najczęściej?

R.H.: Jak już pan wspomniał, grupą o zdecydowanie najwyższym ryzyku utonięcia są mężczyźni. Jednak warto wytłumaczyć szereg stereotypów. Wśród ofiar utonięć zdecydowanie dominują mężczyźni w średniej i w starszej grupie wiekowej, a nie dzieci lub młodzież do 18. roku życia, jak to często jest w wielu utrwalonych opiniach. Do tonięcia też najczęściej dochodzi w regionie zamieszkania ofiary, a nie na wyjazdach wypoczynkowych. Najczęstszymi rodzajami akwenów, gdzie dochodzi do tragicznych wypadków są w równym stopniu rzeki i jeziora, a nie Bałtyk. Tutaj trzeba wspomnieć, że ludzie boją się morza i dlatego do zaledwie kilkunastu procent wypadków utonięcia dochodzi nad morzem. Również nad morzem ludzie głównie korzystają z plaż z nadzorem ratowniczym. Bardzo rzadko też dochodzi do utonięć na pływalniach.

Nie doceniamy za to skali utonięć wywołanych wpadnięciem do wody, a nie kąpielą, które przyczyniają się do kilkudziesięciu procent wszystkich utonięć w Polsce. Do takich sytuacji może dojść nie tylko w przypadku bycia pod wpływem alkoholu, co jest okolicznością najbardziej stereotypową, ale i również w wyniku upadków, które są szczególnie częste wśród osób starszych. Do wpadnięcia może dojść też w wyniku też i innej nieostrożności w przebywania nad wodą - wypadnięcie z jachtu, łódki, kajaka. W przypadku takich nagłych zaskakujących zdarzeń ważna jest nie tylko umiejętność pływania, ale i dodatkowe umiejętności i podstawowa wiedza z ratownictwa wodnego. Są to zupełnie inne realia sytuacyjne niż zwykła kąpiel. Na samym końcu trzeba wymienić, że według badań przeprowadzonych w Europie ponad połowa osób, która utonęła miała obecność alkoholu we krwi. Nie oznacza to jednak, że topią się tylko pijane osoby.

PAP: W ostatnim czasie coraz częściej mówi się o tzw. wtórnym utonięciu. Czy istnieją jakieś statystyki mówiące o tym zjawisku? Co jest jego powodem?

R.H.: To proces polegający na pojawieniu się śmiertelnego obrzęku płuc kilkadziesiąt godzin po zachłyśnięciu się wodą lub innym płynem lub podtopieniu. Do takiego "wtórnego utonięcia" może nawet dojść po zachłyśnięciu się napojem. Nie zawsze takie zachłyśnięcie jednak musi prowadzić do obrzęku płuc i jego konsekwencji.

Niestety z obecnych statystyk medycznych w Polsce stosujących kryteria ICD-10 trudno oszacować skalę tego zjawiska. Warto przy tym nadmienić, że niezwykle poważne skutki zdrowotne niesie za sobą samo podtopienie, które może skutkować niedotlenieniem mózgu i poważnymi okaleczającymi człowieka deficytami ośrodkowego układu nerwowego, które są niemożliwe do wyleczenia. Na podstawie danych z Badania Chorobowości Szpitalnej Ogólnej szacuję, że takich podtopień jest niemal ponad 100 rocznie w całej Polsce – znacznie mniej niż samych śmiertelnych utonięć.

Rozmawiał: Marcin Chomiuk (PAP)

Rafał Halik jest pracownikiem Zakładu Monitorowania i Analiz Stanu Zdrowia Ludności, Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego - Państwowego Zakładu Higieny w Warszawie

autor: Marcin Chomiuk