Ze względu na fakt, że wiele planów wojennych nie wytrzymało konfrontacji z rzeczywistością wojny, każda wojna stanowi odrębne uniwersum. Porównania z poprzednimi wojnami, choć mogą być pomocne, to równie dobrze mogą być złudne.

Jednym z wielu mylnych i błędnych założeń na temat II wojny w Zatoce Perskiej (która rozpoczęła się 20.03.2003 – przyp. tłum.) było to, że spodziewano się równie łatwego zwycięstwa tak jak w przypadku I wojny w Zatoce Perskiej (która rozpoczęła się 2.08.1990 – przyp. tlum.). Rzeczywistość jednak przyznała rację pesymistom, a wojna z Irakiem w 2003 roku przebiegała pod wieloma względami w zupełnie inny sposób niż wojna z 1990 roku. Właśnie dlatego martwią mnie medialne porównania potencjalnej interwencji w Syrii do sytuacji w Kosowie z 1999 roku.

Poważne różnice

Populacja Syrii jest dziesięć razy większa niż populacja Kosowa w 1999 roku. Wszystko w Syrii w porównaniu z Kosowem pod względem skali jest znacznie większe.

W Kosowie przemoc i ostre represje były w rękach serbskiego przywódcy Slobodana Milosevica, co spotkało się ze stosunkowo niewielką reakcją ze strony Armii Wyzwolenia Kosowa. Przemoc co prawda była rozpowszechniona, ale nie na taką skalę jak jest dziś w Syrii. Syria znajduje się obecnie w samym środku pełnowymiarowej wojny domowej.

Obalenie Slobodana Milosevica niosło za sobą mniejsze ryzyko anarchii niż w przypadku potencjalnego obalenia syryjskiego dyktatora Baszara al-Asada.
Ryzyko rozprzestrzenienia się konfliktu z Kosowa na sąsiednie kraje było ograniczone, w przypadku Syrii zagrożenie destabilizacją grozi już całemu regionowi. 

>>> Czytaj również: Coraz bardziej nerwowo w Libanie. Syryjskie niepokoje rozleją się na region?

Armia Wyzwolenia Kosowa pod wieloma względami mogła być niebezpieczną grupą z wieloma elementami kryminalnymi. Nie była ona jednak tak dużym zagrożeniem dla USA jak transnarodowe sieci dżihadystów, z którymi mamy do czynienia w Syrii.

Dla prezydenta Billa Clintona pomoc w zdobyciu władzy Armii Wyzwolenia Kosowa przed interwencją w Kosowie była w znacznie mniejszym stopniu powodem do obaw niż dziś dla Baracka Obamy jest pomoc sunnickiemu reżimowi dżihadystów.

Kosowo w przeciwieństwie do Syrii nie miało rozmieszonej na swoim terytorium broni chemicznej.

Wojna w Kosowie nie budziła oporu silnej i zadziornej Rosji, która w tamtym czasie znajdowała się pod rządami niekompetentnego Borysa Jelcyna. Władimir Putin, którego interesy są powiązane z reżimem Baszara al-Asada, może robić wszystko, aby nie dopuścić do amerykańskiego ataku na Syrię. Co prawda możliwości działania Rosji w samej Syrii są ograniczone, ale Putin może za to zbliżyć się do Iranu poprzez odejście od sankcji wobec Teheranu. Moskwa ponadto może uruchomić antyamerykańską dyplomację na całym świecie w sposób o wiele bardziej efektywny niż kiedykolwiek chciał i potrafił to zrobić Borys Jelcyn. 

>>> Zobacz również: Interwencja w Syrii: Rosja wysyła okręty na Morze Śródziemne

W przypadku Kosowa Iran nie musiał angażować się w wydarzenia, w Syrii jest to niemożliwe. Przy wszystkich rakietach, które mogą odpalić USA, Waszyngton nie ma takich wojsk lądowych w tym regionie, jakimi dysponuje Iran. USA nie będą miały ani cierpliwości ani hartu ducha, aby zabezpieczyć prowadzenie długich i tajnych operacji lądowych w tym regionie – w przeciwieństwie do Iranu. Oczywiście osłabiony lub nawet obalony Baszar al-Assad to kiepska wiadomość Iranu, ale nie oznacza to również, że rezultat potencjalnej interwencji USA w Syrii będzie dobry. Osłabiony Iran może w tej sytuacji jeszcze szybciej dążyć do opcji nuklearnej. To skalkulowane ryzyko.

Naloty na Kosowo podczas wojny na Bałkanach były przyczyną cierpień wielu serbskich cywilów, ale mieszkańcy Syrii doświadczają rzeczywistości brutalnej wojny już od dwóch lat. Wątpliwe jest, aby naloty wojsk sprzymierzonych mogły spowodować jeszcze większy ból psychiczny i tak już doświadczonym Syryjczykom.

Celem operacji w Kosowie było ograniczenie wpływów Serbii w sensie geograficznym oraz uruchomienie łańcucha wydarzeń, które doprowadzą do odsunięcia Slobodana Milosevica. Cele te udało się osiągnąć: Milosevic został odsunięty od władzy na jesieni 2000 roku, w dużej mierze ze względu na konsekwencje wydarzeń zaistniałych po wojnie. Jego śmierć, jak pisałem 6 października 2000 na łamach „The New York Times”, oznaczała de facto śmierć ostatniej rządzącej partii komunistycznej w Europie – pomimo, że partia ta w swoich ostatnich latach zastosowała taktykę narodowo-faszystowską.

Interwencja USA w Kosowie była w dużej mierze efektem wysiłków pojedynczego człowieka – amerykańskiej sekretarz stanu Madeleine Albright. Pokazało to, jak zaangażowanie jednego człowieka może mieć wpływ na historyczne zmiany na lepsze.

Kosowo jest symbolem zwycięstwa działań człowieka nad bezosobowymi siłami w imię walki o prawa człowieka. To bardzo popularny powód działań wśród liberalnych, lewicowych dziennikarzy i intelektualistów – chęć zrobienia czegoś, aby ukarać reżim al-Asada za naruszanie praw człowieka. Właśnie z tego wynika porównywanie Syrii do Kosowa.

Porównywanie to jest jednak chybione. Eleganckie obalenie Milosevica nie miało negatywnych efektów ubocznych. Obalenie al-Asada mogłoby doprowadzić do oddania władzy transnarodowym dżihadystom, podobnym do Talibów kontrolujących Afganistan do 2001 roku.

Oczywiście administracja Baracka Obamy będzie starała się tak przygotować swoje działania militarne, aby nie dopuścić do dalszego chaosu dżihadu w Syrii. Ale nawet z tak dużą przewagą wojskową Stany Zjednoczone niekoniecznie będą w stanie utrzymać kontrolę nad sytuacją. Podczas gdy koniec Slobodana Milosevica doprowadził do końca czystek etnicznych na Bałkanach, to w przypadku Syrii wcale nie jest pewne, że koniec reżimu al-Assada będzie oznaczał koniec sekciarskich rzezi. Możliwe, że rzezie przybiorą na sile, gdy Sunnici zechcą odegrać się na osłabionej społeczności Alawitów.

Barack Obama w przypadku Syrii musi zmierzyć się ze znacznie większym dylematem niż prezydent Bill Clinton w Kosowie. Jeśli Obama zdecyduje się na ograniczone uderzenie militarne, aby sprzeciwić się używaniu broni chemicznej, ryzykuje pokazaniem się jako słaby przywódca, szczególnie w świetle agresywnej retoryki sekretarza stanu Johna Kerry’ego. Jeśli Obama zdecyduje się na zmianę reżimu, bez nazywania tego wprost, ryzykuje uwolnienie koszmaru dżihadu. Prezydent USA może również próbować dążyć do opcji pośredniej, tzn. poważnie zaszkodzić władzy al-Assada, wysyłając przy tym komunikat do Iranu i Rosji z prośbą o pomoc w negocjowaniu stabilnego sposobu zmiany władzy w Damaszku. Mogłoby to dodatkowo otworzyć szerszy proces dyplomatyczny wobec Iranu. Jest to oczywiście bardzo trudne . 

>>> Polecamy: Kerry: Są dowody na użycie broni chemicznej przez al-Asada

Warto mieć na uwadze coś jeszcze. Otóż w czasie wojny w Kosowie Stany Zjednoczone od długiego czasu nie znajdowały się w trakcie długotrwałych działań wojennych na lądzie, a zatem Amerykanie nie byli zmęczeni wojną. Nawet w tej sytuacji Bill Clinton we właściwy sposób ocenił, że amerykańska opinia publiczna nie będzie tolerowała potencjalnych amerykańskich ofiar w wojnie lądowej, gdy nie chodzi o realizację interesów USA.

Dziś amerykańska opinia publiczna chwieje się z powodu trwającej ponad dekadę krwawej wojny na lądzie, zatem Barack Obama ma jeszcze mniejsze pole manewru niż miał Bill Clinton – nawet jeśli Syria jest większym wyzwaniem dla USA pod względem militarnym niż było Kosowo.

Jak dotychczas Obama radził sobie względnie dobrze na Bliskim Wschodzie. Zredukował liczbę sił lądowych w Afganistanie i w Iraku, unikając przy tym zamieszania i chaosu w innych regionach. Wpisuje się to w rolę globalnej potęgi morskiej, która jest zaangażowana militarnie w Azji – nawet w sytuacji, gdy zależność energetyczna USA od Bliskiego Wschodu maleje.

Obecnie jednak Barack Obama stoi w obliczu ważnych wydarzeń. Okaże się bowiem, czy będzie w stanie uchronić Amerykę przed ugrzęźnięciem w ruchomych piaskach tego regionu, zachowując jednocześnie znaczną władzę Waszyngtonu na Bliskim Wschodzie.

Jeśli Obama przeprowadzi znaczącą operację militarną, jedno jest pewne: Syria będzie prowadzić swoją własną wojnę o USA, ze swoją własną narracją – bez względu na to, co się stanie. 

Tekst opublikowano za zgodą ośrodka Stratfor.

"Syria and the Limits of Comparison" is republished with permission of Stratfor.

Robert D. Kaplan – szef analiz geopolitycznych w ośrodku Stratfor. Autor poczytnych książek z zakresu stosunków międzynarodowych (m.in. ostania z nich „The Revenge of Geography: What the Map Tells Us about Coming Conflicts and the Battle Against Fate”). Według New York Timesa Robert D. Kaplan jest obok Francisa Fukuyamy, Paula Kennedy’ego i Samuela P. Huntingtona jednym z najczęściej czytanych autorów, piszących na temat świata po Zimnej Wojnie.