statystyki

Neoliberalizm wprowadził zachodnie gospodarki na ścieżkę samozniszczenia

31 stycznia 2014, 06:20 | Aktualizacja: 20.08.2015, 11:54
Źródło:Dziennik Gazeta Prawna

Korporacje w majestacie prawa mogą kupować sobie wybory oraz rządy. Mówię to poważnie jako emerytowany waszyngtoński insider - ostrzega Paul Craig Roberts, amerykański ekonomista uważany za jednego z architektów reaganomiki.

Reklama

Reklama

Nowy Jork - Brooklyn Bridge o zachodzie słońca

Nowy Jork - Brooklyn Bridge o zachodzie słońca

źródło: Bloomberg / Ron Antonelli

Będzie pan przepraszał za Ronalda Reagana i jego reaganomikę?

Nie. Ale jest mi bardzo wstyd z powodu tego, co wydarzyło się potem.

To znaczy?

Wstyd mi za neoliberalizm. Ten niewiarygodnie patologiczny kult wolnego rynku, który wprowadził zachodnie gospodarki, w tym USA, na ścieżkę samozniszczenia.

Chwileczkę! Przecież to nie kto inny, tylko Ronald Reagan był ojcem neoliberalizmu! Pan jako jeden z jego najbliższych współpracowników powinien to chyba wiedzieć najlepiej.

Ronald Reagan był ojcem reaganomiki. Była ona dokładnym przeciwieństwem reform neoliberalnych.

To musi pan sam wyjaśnić, bo nikt mi nie uwierzy, jak zacznę opowiadać, co usłyszałem z ust architekta reaganomiki.

My, reaganowcy, przejmowaliśmy władzę na przełomie lat 70. i 80. Był to moment, w którym przestała działać stosowana od lat 30. keynesowska polityka pobudzania popytu. Ekonomiści i politycy działali dotąd według bardzo prostego schematu: gdy gospodarka zwalniała i pojawiały się problemy z bezrobociem, to oni zajmowali się pobudzaniem popytu. Starali się na przykład, by konsumenci znowu mieli trochę więcej pieniędzy i stymulowali gospodarkę swoimi wydatkami. A gdy gospodarka przyspieszała, powodując ryzyko inflacji, ograniczali popyt.

Aż do momentu, gdy pojawiła się stagflacja. Czyli zabójcza mieszanka recesji, bezrobocia i wysokiej inflacji.

Ten problem trawił Amerykę i Europę przez całe lata 70. Nawet najbardziej zatwardziali keynesiści czuli, że walą głową w mur. Coś musiało się zmienić. A my wymyśliliśmy, na czym ta zmiana ma polegać. To była tzw. rewolucja podażowa.

Czyli?

Już w czasie kampanii wyborczej Reagan powiedział, że problem polega po prostu na tym, iż zbyt wiele dolarów goni za zbyt małą ilością dóbr. I to było bardzo celne stwierdzenie. Bo pokazywało nasz główny cel. To znaczy: dość manipulowania przy popycie. Czas zająć się zwiększaniem podaży.

Co konkretnie zrobiliście?

Zaczęliśmy od podatków osobistych oraz od zysków kapitałowych. Obniżyliśmy wszystkie stawki. Tu nie chodzi tylko o to, by ludzie w sumie płacili mniej. Naszym celem było stworzenie takiej sytuacji, w której opłaca się pracować i produkować więcej niż dotychczas. Bo dotąd każdy dodatkowy dolar był opodatkowany na tyle wysoko, że nie warto było pracować więcej. A jak nie pracowano więcej, to było mniej oszczędności i mniej pieniędzy na inwestycje. Logiczny wniosek, że taki system promował bierność zamiast pracy i konsumpcję zamiast inwestycji. Więc myśmy tę sytuację odwrócili. Niższe podatki od wyższych dochodów sprawiały, że brak pracy i konsumpcja stały się nagle bardziej kosztowne. A inwestycje bardziej opłacalne. Keynesistom się to nie podobało, ale gdy zobaczyli, że nasza recepta działa, musieli złożyć broń. Bo nagle amerykańska gospodarka ruszyła z miejsca. Pojawiła się też praca. Dobra, solidna praca dla zwyczajnych Amerykanów. A stagflację udało się w końcu przełamać. I to było nasze wielkie zwycięstwo.

Jak dotąd wszystko było, jak rozumiem, w porządku. A czy pamięta pan moment, w którym zauważył pan, że rewolucja podażowa, którą rozpoczęliście w czasach Reagana, skręca w niewłaściwym kierunku?

Kłopoty zaczęły się w momencie upadku Związku Radzieckiego. To była kompletna katastrofa dla amerykańskiej gospodarki.

Nie wierzę. Reaganowiec żałuje zwycięstwa w zimnej wojnie.

Kiedy to prawda! Wraz z upadkiem ZSRR dotychczasowe reguły gry wywróciły się do góry nogami. I nie mówię tu tylko o sytuacji geopolitycznej. Chodzi przede wszystkim o gospodarkę. Chcąc nie chcąc, reszta świata musiała bowiem ugiąć kark przed zwycięzcą. I otworzyć się na zachodni kapitał, udostępniając mu ogromne zasoby swojej niesamowicie taniej siły roboczej. Choćby w komunistycznych Chinach czy socjalistycznych Indiach. Towarzyszyło temu powtarzane jak mantra przekonanie, że nie ma alternatywy dla zachodniego kapitalizmu. Amerykańskie korporacje musiały z tej okazji skorzystać. Szybko zauważyły, że neoliberalizm daje im niesamowite możliwości maksymalizacji zysków. Czyli również maksymalizacji premii dla najwyższej kadry menedżerskiej. To był bezlitosny proces, bo nawet gdyby amerykański biznes nie chciał uciekać z kraju, to i tak zostałby do tego... zmuszony.

Zmuszony? Przez kogo?

Przez Wall Street. Bo inwestorzy powiedzieli do firm: zobaczcie, tam są niesamowite szanse na krociowe zyski. Nadal ich nie widzicie? To my zaraz pójdziemy do waszych konkurentów i sfinansujemy im przejęcia waszego biznesu. Więc i tak wasze firmy trafią do Chin. Ale już niestety bez was na pokładzie. Więc lepiej zróbcie to, co wam mówimy! Ta presja działała również w branżach, które z pozoru nie podlegają outsourcingowi. Weźmy sieci handlowe takie jak Wall Mart. One mogły postawić swoich dostawców przed dosadnym ultimatum. Stawki w Chinach są takie i takie. Chcecie, żebyśmy zostali z wami? To zbliżcie się do ich poziomu! W ten sposób nakręcał się ten piekielny wyścig do samego dna.

>>> Nowy Pragmatyzm ostatnim gwoździem do trumny neoliberalizmu. Czytaj wywiad z prof. Grzegorzem Kołodko

Zaraz, przecież to powinno pana cieszyć! Czy reaganowcy nie twierdzili, że rynek najlepiej alokuje zasoby?

To nie tak. Dla nas rynek nigdy nie był celem samym w sobie. On miał być drogą do osiągnięcia pewnych celów. Już panu mówiłem, że w naszym wypadku tym celem było odtworzenie amerykańskich miejsc pracy, które zabijała stagflacja. Chcieliśmy wprowadzić do gospodarki zasadę, że firmy walczą o uzyskanie przewagi konkurencyjnej. A nie przewagi absolutnej. Powtarzam, to nie miał być wyścig do samego dna!

Jaki był skutek tego wyścigu?

Pamiętam, że przyglądałem się wtedy regularnie miesięcznym statystykom dotyczącym amerykańskiego rynku pracy. I patrzyłem ze zgrozą, jak na moich oczach znikają solidne miejsca pracy w sektorze produkcji, potem w usługach biznesowych, projektowaniu, logistyce, badaniach. Czyli wszystkich tych dziedzinach, w których pracę znajdowali kiedyś absolwenci amerykańskiego systemu edukacyjnego. To przecież były dokładnie te miejsca pracy, o których stworzenie walczyła reaganomika! I to przez nie wiodły tradycyjne ścieżki awansu społecznego w amerykańskim społeczeństwie. A więc to, z czego Ameryka była przez dziesiątki lat taka dumna i na czym opierał się ten słynny „amerykański sen”. Bez nich USA nie są już krajem obietnicy wielkich nieograniczonych możliwości. To się skończyło. Globalizacja i niczym nieograniczona swoboda kapitału prowadzą więc w prostej konsekwencji do skostnienia relacji społecznych. W praktyce dobrą pracę mogą więc dostać tylko ci, którzy wywodzą się z dobrych rodzin. Natomiast ci na dole z coraz większym prawdopodobieństwem na tym dole pozostaną. Podobnie jak ich potomkowie. Smutne, ale prawdziwe.

A nie jest tak, jak przekonują zwolennicy wolnego rynku? Że globalizacja, owszem, niszczy stary porządek, ale w jego miejsce buduje nowy i lepszy.

Bzdura. Wystarczy rzut oka na statystyki. Owszem, w ciągu ostatnich dwudziestu lat w USA pojawiły się nowe stanowiska pracy. Ale głównie w najsłabiej płatnym segmencie usług. Wśród kelnerów, sprzedawców, barmanów albo sprzątaczek. I owszem, profity z globalizacji też się pojawiły. Ale zgarnął je wyłącznie wielki biznes. A rachunek został wystawiony i przesłany rodzimej sile roboczej. I dlatego wszędzie zasada jest taka sama. Im bardziej neoliberalna gospodarka, tym wyższy poziom bezrobocia. Według najnowszych statystyk 40 proc. amerykańskiej populacji zarabia mniej niż 40 tys. dol. rocznie. A granica biedy w tym kraju to jakieś 24 tys. 3 proc. populacji w ogóle nie ma pieniędzy na żadne wydatki prócz pokrycia najbardziej podstawowych potrzeb. Oni właściwie nie uczestniczą w obrocie gospodarczym i są na dodatek potężnie zadłużeni. Rosną tylko dochody absolutnie najbogatszych. Tego symbolicznego już jednego procenta. Tylko czy to jest powód do radości w rzekomo najbogatszym i najpotężniejszym gospodarczo kraju na ziemi? Przecież w tej sytuacji nie ma absolutnie żadnych szans na ożywienie gospodarcze. Bo skąd ono ma się wziąć?

>>> Polecamy: Amerykańska klasa średnia umiera. To poważne zagrożenie dla geopolitycznej potęgi USA

Ale tak z ręką na sercu. Kiedy zaczął pan dostrzegać te wszystkie procesy, o których mówimy? Jeszcze przed wybuchem obecnego kryzysu czy już po nim?

Pisałem o tym już w latach 90. Kiedy zacząłem dowodzić, że outsourcing to przekleństwo, pierwszą reakcją były zaprzeczenia. Mówiono, że tak wygląda przyszłość, że trzeba się dostosować i że nie ma alternatywy. Niestety, obecny kryzys tylko potwierdził te czarne scenariusze. Stany Zjednoczone mają dziś najwyższe od lat bezrobocie. A i tak te statystyki są mylące, ponieważ nie biorą pod uwagę ludzi, którzy porzucili poszukiwanie stałej pracy, chwytając się prac dorywczych, niedających im niestety żadnego bezpieczeństwa.

Pytam o kryzys, bo jak się szuka praprzyczyn jego wybuchu, to można znaleźć wiele tropów prowadzących do was, reaganowców. To wy jako pierwsi rzuciliście przecież hasło, że gospodarkę trzeba deregulować.

To, co mieliśmy na myśli, mówiąc o deregulacji, z dzisiejszej perspektywy wydaje się trudne do uwierzenia. Nam chodziło raczej o eliminację tej całej niepotrzebnej papierkowej roboty dla biznesu. Zwłaszcza dla przedsiębiorców drobnych i średnich. Zapewniam pana, że absolutnie ostatnią rzeczą, jakiej chcieliśmy, była deregulacja systemu finansowego. Nie przypominam sobie ani jednej rozmowy na ten temat z czasów, gdy pracowałem w Departamencie Skarbu. Ani jednej! Owszem, były pewne kosmetyczne zmiany (czasowa zmiana tzw. regulacji Q – red.). Ale jedynie jako reakcja na politykę monetarną szefa Fedu Paula Volckera. Jeśli szukać autorów liberalizacji amerykańskiego sektora finansowego, to trop wiedzie tutaj wprost do dwóch nazwisk.

Po pierwsze, demokrata Bill Clinton.

Tak jest! Weźmy słynną ustawę Glassa-Steagalla z lat 30. którą uchwalono po to, żeby ukrócić poziom spekulacji i pokusę nadużycia na rynkach finansowych. W 1999 r. za czasów Clintona to prawo zostało ostatecznie zmienione. Od tamtej pory każdy bank mógł zacząć działać w branży inwestycyjnej i używać depozytów swoich klientów do finansowania nawet bardzo ryzykownej działalności.

A potem nastał republikanin George W. Bush.

I deregulacyjne szaleństwo ruszyło pełną parą. Już na samym początku jego administracja zniosła regulacje derywatów (czyli instrumentów pochodnych, np. kontraktów terminowych albo swapów – red.) znajdujących się w obrocie pozagiełdowym. Potem bushowcy zdecydowali, że w ogóle nie interesuje ich ograniczanie działalności spekulacyjnej. I tak zmienił się świat finansów. Bo jeszcze w latach 80. operacje o charakterze czysto spekulacyjnym szacowane były na jakieś 15 proc. rynku. A dziś w wielu dziedzinach dominują. Kulminacją tej orgii zniszczenia było zniesienie wszelkich ograniczeń dotyczących relacji długu do kapitału. Banki mogły więc lewarować jeszcze bardziej niż dotychczas.

Trudno mi uwierzyć w to, co słyszę. Głównie dlatego, że bushowcy chętnie i często odwoływali się do dziedzictwa Reagana.

Nazywanie polityki bushowskiej kontynuacją reaganomiki to wielkie i nieuprawnione nadużycie. Po pierwsze, bushowcy dopuścili do tego, że z Ameryki uciekły najlepsze miejsca pracy dla klasy średniej, a wszystkie zyski z tego tytułu trafiły do najbogatszych korporacji. W tej sytuacji nie zadziałają już żadne obniżki podatków czy ułatwienia dla przedsiębiorców. I ta banda chciwych republikanów to wiedziała! Po drugie, nawet ich reformy podatkowe były sprzeczne z duchem reaganomiki. Bo oni podatki obniżyli. Ale tylko dla najbogatszych. Twierdząc na dodatek, że to jest ekonomia strony podażowej. Nonsens! Ale największą zbrodnią tamtej administracji była ich durna imperialna polityka zagraniczna.

Sądziłem, że to by się Reaganowi spodobało. Wojna z terroryzmem jako kontynuacja wojny z radzieckim imperium zła.

Dokładnie odwrotnie! Uważam, że nie tylko w gospodarce upadek ZSRR okazał się dla naszego kraju kompletną katastrofą. Brak przeciwwagi doprowadził do tego, że amerykańskie elity polityczne poczuły się po prostu bezkarne. Zaczął się etap hegemonicznej dominacji Stanów Zjednoczonych. Na jej potrzeby wymyślono sobie papierowego wroga w postaci rzekomego terroryzmu islamskiego. Rozdmuchano jego znaczenie, by uzasadnić wiele haniebnych posunięć. To był dramat nie tylko dla nas, ale i dla całego świata. Również dla kilku dużych krajów muzułmańskich. Taka inwazja na Irak nigdy nie miałaby miejsca, gdyby istniał Związek Radziecki.

Wróćmy do gospodarki. Mówi pan o zwycięstwie ideologii wolnorynkowej. Dlaczego właściwie ona wygrała? Dlaczego amerykańskie elity i społeczeństwo uwierzyły, że rynki same się uregulują?

Przyczyna jest prozaiczna. Wielki kapitał, a zwłaszcza sektor finansowy, zainwestował wiele w to, by do globalizacji dorobić opowieść pod tytułem „To jest w interesie każdego z nas. Nikt na niej nie straci, a wszyscy zyskają”.

Jak to zrobili?

Pieniędzmi. Wielki kapitał po prostu kupił sobie amerykańską klasę ekonomiczną. Uczynił z niej swoich lobbystów. Stworzył sieć grantów badawczych, think tanków. Niektórzy ekonomiści przechodzili wręcz do biznesu, zasiadając w zarządach spółek finansowych. Ekonomia w latach 90. i na początku XXI wieku przestała być nauką. Stała się propagandą.

Brzmi to jak jakaś teoria spiskowa.

To nie ma nic wspólnego ze spiskiem. To przejaw degeneracji amerykańskiego życia publicznego. Ameryka stała się państwem lobbingowym.

Lobbing to część demokracji.

Tak. Ale może też przemienić się w jej śmiertelne zagrożenie. W USA kampanie wyborcze są finansowane z datków prywatnych. Kilka lat temu Sąd Najwyższy tylko to utwierdził, uznając, że prawo do wspierania kampanii wyborczych przez korporacje nie może być ograniczone. Bo byłoby to – uwaga, uwaga – naruszenie ich „prawa do wolności wypowiedzi”. W efekcie nie mamy więc dziś żadnych ograniczeń na tym polu. I efekt jest taki, że korporacje w majestacie prawa mogą kupować sobie wybory oraz rządy.

Bez przesady.

Mówię to poważnie jako emerytowany waszyngtoński insider. W Stanach niezależnie od politycznego rozdania rządzi więc kilka potężnych organizacji lobbystycznych. Najważniejsza z nich to Wall Street, a więc banki i instytucje finansowe. Drugą jest sektor militarny oraz bezpieczeństwa. Wyjątkowo groźny dla reszty świata, co pokazały wypadki sprzed dekady. Trzeci blok to potężne lobby izraelskie. Potem jeszcze lobby górniczo-naftowe. Szczególnie wpływowe od czasów George’a W. Busha, który postawił wielu nafciarzy na czele powiązanych z rządem ogranizacji zajmujących się środowiskiem. Na tym przykładzie dobrze widać, jak działa ta „neoliberalna deregulacja”. To znaczy nafciarze w imieniu rządu regulują swój własny sektor. I niech pan zgadnie, w którym kierunku to regulują! Oczywiście robią to w taki sposób, żeby większa część kosztów ich działalności została przerzucona na innych. W tym przypadku na środowisko. W ten sposób ich produkty mogą być śmiesznie tanie. A sektor bankowy? Dokładnie ta sama historia. Pozwolono bankom w imię wolności rosnąć do rozmiarów, gdy stały się zbyt duże, by upaść. I teraz rząd musi je ratować za każdym razem, gdy wpadną w kłopoty. I to nie tylko poprzez bailouty. O wiele częściej odbywa się to w sposób dużo bardziej zakamuflowany. Przez dłuższy czas Fed musiał wpuszczać w gospodarkę ciężkie miliardy dodatkowych dolarów. W efekcie na Wall Street panuje niespotykana hossa. A realna gospodarka jak tkwiła, tak tkwi w kłopotach. Na rynek wewnętrzny to się w ogóle nie przekłada. To nie jest żadna deregulacja. To jest samoregulacja.

Gdy się tego słucha, to aż trudno uwierzyć, że Amerykanie nie wyszli jeszcze masowo na ulice.

Szczerze? Bo nie ma w tym kraju żadnych wolnych mediów.

Aż tak?

Rynek medialny to również rynek. I jego nie ominęły wielkie procesy konsolidacji kapitału z ostatnich dwóch dekad. Mieliśmy kiedyś w Ameryce tysiące niezależnych od siebie tytułów. Wzajemnie się uzupełniających i niezależnych. I to był prawdziwy pluralizm. Dziś całe amerykańskie media są skoncentrowane w mniej więcej pięciu kluczowych megakoncernach. Wiem, co mówię, bo współpracowałem kiedyś blisko z „Wall Street Journal”. Dziś ten szacowny tytuł należy do... megakoncernu Ruperta Murdocha. Tymi tytułami nie rządzą już dziennikarze, tylko specjaliści od marketingu i reklamy. Zniknął też słynny mur oddzielający pion biznesowy od merytorycznego. Rząd zaś zabezpiecza się przed nadmierną krytyką ze strony tych tytułów, kontrolując system licencji na nadawanie. Jeśli pan nie wierzy, mogę dać przykład.

Proszę.

Jeszcze w latach 70. media były w stanie zmusić do rezygnacji prezydenta Richarda Nixona. I to za co? Bo kręcił, w którym właściwie momencie dowiedział się o mało istotnym włamaniu do siedziby partii demokratycznej. Z którym – dodajmy – nie miał nic wspólnego. Trzy dekady później prezydent George Bush rozpoczyna wojnę, opierając się na kłamstwie dotyczącym broni masowego rażenia. Dość szybko wszyscy się orientują, że on kłamie. W Iraku nie ma żadnej broni. I co się dzieje? Nic. Absolutnie nic. Podobnie jest teraz. Amerykańskie służby naruszają własne prawa, a nawet łamią konstytucję USA, stosując tortury i podsłuchując całą resztę świata. I znów nikomu nawet włos z głowy nie spada. Przecież Obama powinien być za to wszystko pociągnięty do odpowiedzialności. Jest chyba tylko jedno przestępstwo, które może w tym kraju złamać karierę polityka.

Chyba się domyślam...

Oczywiście skandal seksualny. Jeśli masz żonę i idziesz do łóżka z inną kobietą, to wypadasz z gry. W innym wypadku potężne siły nie dadzą ci zginąć. Oczywiście dopóki robisz to, co ci każą.

Paul Craig Roberts - amerykański ekonomista uważany za jednego z architektów reaganomiki, w latach 1981–1982 zastępca sekretarza skarbu USA. Wykładał później na wielu czołowych amerykańskich uczelniach. Ceniony również jako publicysta i autor kilkunastu książek, m.in. słynnej „The Supply Side Revolution: An Insider’s Account of Policymaking in Washington” („Rewolucja podażowa. Wspomnienia waszyngtońskiego insidera”) z roku 1984. Jego ostatnia książka to „The Failure of Laissez Faire Capitalism and Economic Dissolution of the West” („Upadek kapitalizmu leseferystycznego i ekonomiczna dezintegracja Zachodu”).


Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy INFOR Biznes. Zapoznaj się z regulaminem i kup licencję

Reklama

Reklama

  • lewak666(2014-02-01 01:50) Odpowiedz 30

    Niestety taki jest efekt, kiedy pieniądz nie ma w zasadzie oparcia na niczym. To co dziś na świecie mamy, to nie jest żaden liberalizm, czy nawet neoliberalizm. Mamy po prostu korporacjonizm. Wielkie firmy blokują de facto rynek dla innych podmiotów, które nawet teoretycznie mogłyby im zagrozić. Banki centralne tworzą pieniądze, których nikt nigdy nie zobaczy na oczy i potem sztucznie pompuję je w gospodarkę nie patrząc na realne działanie rynku. Liczą się tylko słupki na Wall Streat. FED mówi o ograniczeniu pompowania o 10mld $ i już jest szaleństwo. Nikt się nie pyta, jakim prawem FED w ogóle pompuje w te banki, jakim prawem tworzy pusty pieniądz. To się oczywiście jeszcze odbije na gospodarce. W czasach liberalnej gospodarki opartej na złocie kraje się rozwijały. Nie był to tak rapidalny rozwój jaki dziś można zaobserwować na świecie, gdyż złoto blokowało zbytni rozwój. Oczywiście były też krachy, ale to normalne. Nigdy nie stworzy się systemu wiecznej prosperity. Niestety z czasem ludzie zaczęli odchodzić od opierania pieniądza o cokolwiek. Dziś 100zł jest warte 100zł nie dlatego, że można za niego kupić np 100 gram złota. Tylko dlatego, że banksterzy (jak mawia prof. Rybiński) wmawiają, że jest tyle wart. W wolnej gospodarce masz prawo się rozwijać, ale też masz prawo upaść. W dzisiejszym korporacjonizmie nie masz ani prawa się rozwijać (w wielu dziedzinach gospodarki), ale wielkie korporacje nie mają też prawa upaść. Trzeba skończyć z wirtualnym pieniądzem (teraz nawet bitcoin ma silniejsze podstawy swej wartości niż dolar) i wrócić do wolnej gospodarki opartej bądź to na złocie, bądź nawet na srebrze. Pieniądz musi mieć swoją realną wartość, a nie tą wymyśloną przez gości z FEDu czy innych banków centralnych.
    Korporacjonizm to nic innego jak kolejne stadium neoliberalizmu, które każde rozumne dziecko niedające się nabrać na bajki o nieomynym wolnym rynku jest w stanie przewidzieć. Totalna deregulacja gospodarki jest jak wpuszczenie krokodyli do basenu pełnego ludzi. Nie powoływałbym się na dr hab. Rybińskiego, bo wyraźnie widać, że krytyką systemu rekompensuje sobie frustracje po wtopie jego funduszu inwestycyjnego.

  • Myślimir(2014-01-31 12:39) Odpowiedz 10

    Najpierw Jeffrey Sachs, teraz Paul Craig Roberts. Ciekawe, czy w Polsce znajdzie się wreszcie mąż stanu, który raz na zawsze rozprawi się z trawiącą ten kraj zarazą liberalizmu.

  • chlopekroztropek(2014-02-03 23:52) Odpowiedz 10

    @Wit Twój super błyskoliwy wywód to jakieś neokorwenomikowskie masło maślane. To ma być niby jakaś argumentacja?? Spróbuję to może jakoś poskładać: "Ci, którzy krytykują neoliberalizm to debile i niedouczone lewaki gdyż nie wiedzą, że istnieje wiele zupełnie różnych, zupełnie sprzecznych wobec siebie odmian neoliberalizmu, co wyjaśniam dopiero kilka postów dalej." Proszę wymień mi te wszystkie odmiany neoliberalizmu jakie znasz.
    To może ty wytłumacz czym się różni "neoliberalizm" od "liberalizmu" i co te pojęcia oznaczają dla ciebie. Trudno dyskutować jeśli nie ma wspólnego języka. Korwinomikowski argumenty są dość konkretne, z resztą nie on je wymyślił.

  • lewak666(2014-01-31 17:43) Odpowiedz 10

    To nie liberalizm jest zarazą, o której mówi indagowany - tylko coś, co precyzyjniej nazywa się "crony capitalism", a u nas Stanisław Michalkiewicz określa mianem "kapitalizmu kompradorskiego", który nic z liberalnym kapitalizmem wspólnego nie ma.
    Kielkuc idź nasmarować tyłek wazeliną, bo po wyroku może być za późno. Dzięki chapania knagi w więźniu coraz bliższy. Jak zwykle nie masz argumentów i starasz się na siłę wybielać tych, co naprawdę dokonali deregulacji (a nie jęczeli o nie tak jak ty w necie) i w ten sposób spowodowali więcej złego niż dobrego.

  • Rand 40(2014-01-31 15:50) Odpowiedz 10

    Jak mawiał Hegel: " Jeśli fakty nie pasują do teorii tym gorzej dla faktów". Niestety cywilizowanie liberalizmu gospodarczego trwało ponad 100 lat. Jeszcze na początku XIX wieku w ramach wolnego rynku zatrudniane były w Europie 4- 5-letnie dzieci, po 12 godzin na dobę. Wówczas niestety trwała ta piękna " klasyczna ekonomia". Neoliberalizm jest niczym innym, tylko próbą powrotu do tamtego modelu, poszerzając go o globalizację. Wydaje się, że kapitalizm jest efektywny i efektowny pod warunkiem, że mocno jest ujęty w ryzy. Trzymany za twarz. Kiedyś tym straszakiem był model socjalistyczny- o czym mówi Roberts- obecnie nie ma "bata", a tak zwany główny nurt w ekonomii, który wśród ekonomistów stanowi wyraźną mniejszość liczebną i intelektualną, zdominował przestrzeń publiczną za pomocą mediów. O czym też wspomina Roberts. Nie ma sensu zaklinać rzeczywistości, że model jest dobry, tylko się wypaczył. Podobnie jak to było z socjalizmem: " socjalizm tak, tylko wypaczenia nie". Nie ma sensu zaklinać, że za mało jest liberalizmu w neoliberalizmie. Podatki ulegają ustawicznemu obniżanui od 30 lat na całym ( prawie) świecie, deregulacja, prywatyzacja wszystkiego, kapitał dzięki lewarowaniu i globalizacji jest dostępny jak nigdy wcześniej. O cenach administracyjnych to świat prawie zapomniał. A to działa coraz gorzej. Na tym pokładzie trochę apostołów wolego rynku i multum zaczadzonych. Po prostu gospodarczy model neoliberalny trzeba zastąpić innym modelem gospodarczym. To normalne w historii świata.

  • rabesandratana(2014-02-01 01:40) Odpowiedz 10

    Problemem jest demokracja, a nie kapitalizm. Demokracja i wyborcy-idioci to jak małpa z brzytwą. Facet dobrze opisał jak USA rządzą grupy interesu, manipulujące ciemną masą wyborczą za pomocą dużych pieniędzy.
    Jesteś tak naiwny, że myślisz, iż dyktatury, monarchii, czy innego niedemokratycznego ustroju nie da się przekupić? Winny jest liberalizm, bo brak regulacji powoduje nadmierne nierówności społeczne, co otwiera na oścież furtkę najbogatszym do bycia silniejszym niż państwo poprzez różne kartele i konglomeraty biznesowo-medialne.

  • P(2014-01-31 11:31) Odpowiedz 10

    Przypomina mi się trylogia Marie Lu. Wiele już nie brakuje do takiego świata.

  • Johan(2014-02-01 07:05) Odpowiedz 10

    Mylisz skutek z przyczyna. Wojny? Lobbing pcha rzad do tego. Tak bylo zawsze. Urzednicy vs oligarchowie? Urzednikow mozesz kontrolowac, masz NIK, masz sprawozdania, ktore sa publiczne, masz budzet. Generalnie nie tak latwo krasc na stopniu centralnym (Nowak, Chlebowski, Miller). A jak wyjdzie oszustwo urzednika to idziesz na wybory i wybierasz Korwina albo innego radykala. Jak Krauze pompuje kase na Bahama albo Cyprze to mozesz mu pomachać. Widzisz roznice? Na jakiej podstawie biurokraci nie sa krwiopijcami? Bo sa biurokratami, a nie siedza w biznesie. Tam jest miejsce tzw. "rekinow" albo ja mowie "hien". Dales sie omamic propagandzie mainstreamu. Dziw bierze, ze najwiecej zwolennikow (poza 1%) neoliberalowie maja wsrod szarej i biednej masy robotniczej. Moze mentalnosc podobna?

    No dobrze. Załóżmy, że wszyscy ludzie, a w szczególności kapitaliści, są chciwymi draniami. Skoro tak, to czemu mielibyśmy zaufać biurokratom? Na jakiej podstawie twierdzić, że biurokraci nie są chciwymi draniami, że są jacyś lepsi? Takie twierdzenie to logiczny niedorozwój. Jedynym rozwiązaniem jest napuścić jednych krwiopijczych kapitalistów na drugich. To się nazywa konkurencja. Muszą się nawzajem szachować. Nie ma innego wyjścia. Wołanie o więcej urzędników, regulacji i wołanie o państwo aby zajęło się gospodarką to wołanie o zagładę. Otóż autor wspomina o rynkach finansowych. Przecież ich gra jest pochodną decyzji biurokratów i pieniądza centralnie zarządzanego! Kiedy rząd wykupuje banki z opresji, co to ma wspólnego z wolnym rynkiem? Lobbing setora militarnego? To rząd wywołuje wojny! To przecież decyzje biurokratów! Nie można im ufać!

  • joo(2014-01-31 15:23) Odpowiedz 12

    Najpierw Jeffrey Sachs, teraz Paul Craig Roberts. Ciekawe, czy w Polsce znajdzie się wreszcie mąż stanu, który raz na zawsze rozprawi się z trawiącą ten kraj zarazą liberalizmu.
    Wybacz, ale w Polsce nie mamy liberalizmu, więc z czym Ty chcesz się rozprawiać? Mamy wysokie, nierówne i skomplikowane podatki, przeregulowaną gospodarkę, ograniczenia branżowe, licencjonowane zawody, ograniczony dostęp do kapitału, administracyjne ceny, nieokiełznaną liczbę urzędów i urzędników. O jakim liberalizmie Ty mówisz?

  • ejd(2014-01-31 10:23) Odpowiedz 10

    TOWARY RZĄDZĄ ŚWIATEM, A NIE PIENIĄDZE. To w fabrykach pieniądz nabiera swoją wartość, a nie w bankach! Dzięki powyższej tezie: Chiny, które wytwarzają 50 procent światowej produkcji, a w elektronice 70 procent – wprowadzą światowy pieniądz – chiński juan. Zachodnia ekonomia głosi przeciwną tezę: PIENIĄDZE RZĄDZĄ ŚWIATEM. Wystarczy cudowny stoliczek nakryj się. Na cudownym stoliczku generujemy pieniądze, wypowiadamy życzenia i z Chin płyną towary. Taka, w uproszczeniu, jest rzeczywistość.

  • chupacabra(2014-02-01 09:17) Odpowiedz 00

    Wojny wybuchają na najrozmaitszym tle - od roszczeń terytorialnych, po różnice polityczne, etniczne i religijne. Zawężanie ich powodów do pieniędzy odkrywa tylko skrajną prostotę konstrukcji twojego umysłu. Lobbyści to też związki zawodowe, samotne matki, renciści, emeryci i bezrobotni. A oni z kolei "paradoksalnie" wybierają swoich przedstawicieli najbardziej skłonnych do ulegania pokusom lobbystów korporacyjnych, bo z biedy wyszli i chcą się szybko odkuć, nieważne czyim kosztem. Np. wnuczka robociarza dobrej roboty Leszka Millera chodziła do prywatnego przedszkola z czesnym 30k za semstr! Można sobie poszukać w prasie notki na ten temat. Jeśli lubisz sytuację, w której twoim losem decydują właśnie tacy biurokraci, to ją przecież masz i pozostaje ci jedynie głosowanie na radykałów i ekstremistów. Życzę więc powodzenia w przebieraniu w szerokiej ich palecie.

    Mylisz skutek z przyczyna. Wojny? Lobbing pcha rzad do tego. Tak bylo zawsze. Urzednicy vs oligarchowie? Urzednikow mozesz kontrolowac, masz NIK, masz sprawozdania, ktore sa publiczne, masz budzet. Generalnie nie tak latwo krasc na stopniu centralnym (Nowak, Chlebowski, Miller). A jak wyjdzie oszustwo urzednika to idziesz na wybory i wybierasz Korwina albo innego radykala. Jak Krauze pompuje kase na Bahama albo Cyprze to mozesz mu pomachać. Widzisz roznice? Na jakiej podstawie biurokraci nie sa krwiopijcami? Bo sa biurokratami, a nie siedza w biznesie. Tam jest miejsce tzw. "rekinow" albo ja mowie "hien". Dales sie omamic propagandzie mainstreamu. Dziw bierze, ze najwiecej zwolennikow (poza 1%) neoliberalowie maja wsrod szarej i biednej masy robotniczej. Moze mentalnosc podobna?

  • Rototo(2014-01-31 10:08) Odpowiedz 00

    Pieniądza jest mniej w obiegu niż łączna suma długów, nie dlatego, że banki tworzą pieniądz na pożyczki, ale nie tworzą na odsetki - jak piszesz, tylko właśnie dlatego, że banki tworzą pieniądze na pożyczki nie mając pokrycia na depozyty w 100%-owej rezerwie, dlatego długów jest więcej niż gotówki, tak samo więcej niż gotówki jest pustych depozytów. Za pomocą depozytów tworzy się kredyt. Pomysł tworzenia pieniędzy na odsetki to bzdura, co mają stworzyć kolejne puste pieniądze , bez pokrycia ? Lichwa to nie odsetki, tylko tworzenie pustych kredytów i depozytów w nieskończoność i drukowanie przez banki centralne kolejnych transz banknotów. Aby zrozumieć ten mechanizm, trzeba znać odrobinę rachunkowość i patrzyć na to od strony bilansu banku, czyli jego aktywów i pasywów, tam widać wyraźnie , co to jest M0,M1,M2 i gdzie lokuje się w bilansie banku .

    Gospodarka światowa w której pieniądz jest emitowany w formie czyjegoś długu przez prywatne banki dotarła do kresu swoich możliwości! Poczytajcie o agreagtach pieniężnych M0, M1, M2 i M3. Gotówka w obiegu to M0 i stanowi ona około 5-10% pieniądza w zależności od kraju, "gotówka" to "prawdziwy pieniądz" bo nie obciażony długiem. reszta pieniądza w obiegu czyli 90-95% to tzw."pieniądz dłużny" który tworzą prywatne banki w oparciu o system rezerwy częściowej (fractional reserve banking) i jest on obciążany przez te banki odsetkami czyli lichwą. Dlatego w obiegu jest mniej pieniądza niż łączna suma długów bo banki tworzą pieniądz na pożyczki ale nie tworzą go na odsetki od nich. Trzeba skończyć z tym chorym,lichwiarskim systemem i przywrócić suwerennym narodom prawo do emisji pieniądza, w Polsce np. zlikwidować art 220 konstytucji zabraniający rządowi emisji własnego pieniądza. niestety grożą za to poważne konsekwencje ze strony miedzynarodowych lichwiarzy i gdy w usa JFK próbował emitować dolary przy pomocy executive order 1110 został publicznie zamordowany. To samo spotkało Kadafiego w Libii jak zaczął myśleć o wprowadzeniu złotego dinara. Polecam - www.doscniewoli.pl

  • karol(2014-01-31 10:14) Odpowiedz 00

    jest jedno wyjscie: wyzsze opodatkowanie wysokich dochodow, skoro zmniejszanie opodatkowania nie przeklada sie na wzrost popytu, bo dla zbyt wielu nic by nie znaczylo. Po prostu za duzo spekulacyjnego pieniadza i moralnego hazardu kosztem ogolu.

  • miii(2014-01-31 16:05) Odpowiedz 01

    Facet wytłumaczył że liberalizm ma dwie twarze, dobrą która daje wolność przedsiębiorstwom oraz złą która pozwala bankom na tworzenie baniek spekulacyjnych które prowadzą do kryzysu. Kolejną wadą liberalizmu jest wolny handel z oszustami zaniżającymi kurs własnej waluty żeby zniszczyć przemysł innych krajów dzięki czemu rozwijają się kosztem pozostałych narodów. Jest kilka takich krajów Japonia, Chiny ,Niemcy, Korea Południowa, wszystkie wymienione kraje wyniszczają przemysł innych krajów a liberalizm im na to pozwala.

  • Rototo(2014-01-31 17:17) Odpowiedz 00

    :D miło mi, że na coś mógł się przydać panu mój komentarz. Pozdrawiam serdecznie ! :D

  • janusz(2014-01-31 22:47) Odpowiedz 01

    Niestety taki jest efekt, kiedy pieniądz nie ma w zasadzie oparcia na niczym. To co dziś na świecie mamy, to nie jest żaden liberalizm, czy nawet neoliberalizm. Mamy po prostu korporacjonizm. Wielkie firmy blokują de facto rynek dla innych podmiotów, które nawet teoretycznie mogłyby im zagrozić. Banki centralne tworzą pieniądze, których nikt nigdy nie zobaczy na oczy i potem sztucznie pompuję je w gospodarkę nie patrząc na realne działanie rynku. Liczą się tylko słupki na Wall Streat. FED mówi o ograniczeniu pompowania o 10mld $ i już jest szaleństwo. Nikt się nie pyta, jakim prawem FED w ogóle pompuje w te banki, jakim prawem tworzy pusty pieniądz. To się oczywiście jeszcze odbije na gospodarce. W czasach liberalnej gospodarki opartej na złocie kraje się rozwijały. Nie był to tak rapidalny rozwój jaki dziś można zaobserwować na świecie, gdyż złoto blokowało zbytni rozwój. Oczywiście były też krachy, ale to normalne. Nigdy nie stworzy się systemu wiecznej prosperity. Niestety z czasem ludzie zaczęli odchodzić od opierania pieniądza o cokolwiek. Dziś 100zł jest warte 100zł nie dlatego, że można za niego kupić np 100 gram złota. Tylko dlatego, że banksterzy (jak mawia prof. Rybiński) wmawiają, że jest tyle wart. W wolnej gospodarce masz prawo się rozwijać, ale też masz prawo upaść. W dzisiejszym korporacjonizmie nie masz ani prawa się rozwijać (w wielu dziedzinach gospodarki), ale wielkie korporacje nie mają też prawa upaść. Trzeba skończyć z wirtualnym pieniądzem (teraz nawet bitcoin ma silniejsze podstawy swej wartości niż dolar) i wrócić do wolnej gospodarki opartej bądź to na złocie, bądź nawet na srebrze. Pieniądz musi mieć swoją realną wartość, a nie tą wymyśloną przez gości z FEDu czy innych banków centralnych.

  • maciek(2014-02-01 04:20) Odpowiedz 01

    No dobrze. Załóżmy, że wszyscy ludzie, a w szczególności kapitaliści, są chciwymi draniami. Skoro tak, to czemu mielibyśmy zaufać biurokratom? Na jakiej podstawie twierdzić, że biurokraci nie są chciwymi draniami, że są jacyś lepsi? Takie twierdzenie to logiczny niedorozwój. Jedynym rozwiązaniem jest napuścić jednych krwiopijczych kapitalistów na drugich. To się nazywa konkurencja. Muszą się nawzajem szachować. Nie ma innego wyjścia. Wołanie o więcej urzędników, regulacji i wołanie o państwo aby zajęło się gospodarką to wołanie o zagładę. Otóż autor wspomina o rynkach finansowych. Przecież ich gra jest pochodną decyzji biurokratów i pieniądza centralnie zarządzanego! Kiedy rząd wykupuje banki z opresji, co to ma wspólnego z wolnym rynkiem? Lobbing setora militarnego? To rząd wywołuje wojny! To przecież decyzje biurokratów! Nie można im ufać!

  • polac(2014-02-01 08:00) Odpowiedz 00

    Najpierw Jeffrey Sachs, teraz Paul Craig Roberts. Ciekawe, czy w Polsce znajdzie się wreszcie mąż stanu, który raz na zawsze rozprawi się z trawiącą ten kraj zarazą liberalizmu.
    Od wielu lat robi to radio Maryja gdzie największym wrogiem są liberały i Balcerowicz, drugim przeciwnikiem liberałów i Balcerowicza jest oczywiście Kołodko wystarczy wejść na jego fejsa.

  • Rand 40(2014-02-01 08:12) Odpowiedz 00

    Panie "Johan": "Dziw bierze, ze najwiecej zwolennikow (poza 1%) neoliberalowie maja wsrod szarej i biednej masy robotniczej. Moze mentalnosc podobna?"- 100 na 100 racji, tylko dodałbym do tego bezrobotnych oraz tzw. prekariat polski. Z moich obserwacji/ doświadczeń wynika, że jest duża wiara- jak nastanie już ten doskonały w formie neoliberalizm (utopijny)to przed nimi otworzą się nieograniczone perspektywy. Doskonale spełniają rolę leninowskich "pożytecznych idiotów".

  • chupacabra(2014-02-01 08:19) Odpowiedz 00

    Wszystko zależy od konkretnego przypadku. Można znaleźć przykłady monarchii, czy dyktatur które funkcjonują lepiej niż większość demokracji, no i odwrotnie. Jestem daleki od tępego potępiania w czambuł demokracji. Ma swoje plusy i jeśli demokracja jest odpowiednio skonstruowana, a społeczeństwo na to gotowe, to w takich krajach żyje się dobrze (UK, Irlandia, Islandia, Szwajcaria, Kanada, Nowa Zelandia, Australia...) Z drugiej strony mamy demokratyczną Ukrainę, Polskę i inne bantustany. A gdzie ty w PL widzisz liberalizm (rozumiem, że gospodarczy) to już w ogóle nie wiem. W Polsce jest przymus odkładania na emeryturę w państwowym ZUS, wysokie podatki nakładane na pracę, związki zawodowe piszące ustawy, przymus ubezpieczeń zdrowotnych w państwowym dziadostwie, działalność gospodarcza dławiona jest przez wysokie podatki, masz zysk czy nie - 800 zł co miesiąc haraczu musisz płacić... to tylko kilka najbardziej jaskrawych przykładów, że liberalizmu (wolności) żadnej w Polsce nie ma. Jest szalejący fiskalizm (efekt zadłużania państwa pod "robienie dobrze" niektórym wyborcom), monstrualny rozrost biurokracji i postkomunistyczny zamordyzm. Co do braku regulacji, to się ośmieszasz. W krajach kapitalistycznych szczegółowo reguluje się takie sprawy, o których w Polsce się nie śniło, jak choćby wspomniany wyżej Glass Steagall Act. W Polsce nie ma nawet jednego banku inwestycyjnego i pewnie w perspektywie następnych dziesięcioleci nadal nie będzie. Jak na Białorusi zresztą. Polskie prawo jest też w dużej mierze fikcją, bo sądy są kompletnie niewydolne, niedostępne, skorumpowane i niekompetentne. Sam przegrałem ostatnio sprawę, w której koleś bez jakiegokolwiek podpisu zgody z mojej strony zaciągnął na moje konto 20-letni kredyt i zgodnie z prawem mam to spłacać. Urząd miasta przyklepał, sądy apelacyjne też i mogę dalej bujać się tak jeszcze z 10 lat zanim doszedłbym sprawiedliwości gdzieś w Strassburgu. Żeby było śmieszniej, to wspomnę jeszcze że dwa razy byłem wzywany na rozprawy 100 km poza miejscem zamieszkania, na ktore sędzia nie raczył się nawet stawić.

    Jesteś tak naiwny, że myślisz, iż dyktatury, monarchii, czy innego niedemokratycznego ustroju nie da się przekupić? Winny jest liberalizm, bo brak regulacji powoduje nadmierne nierówności społeczne, co otwiera na oścież furtkę najbogatszym do bycia silniejszym niż państwo poprzez różne kartele i konglomeraty biznesowo-medialne.

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Polecamy

Tylko na Forsal.pl

Infografiki, wykresy, mapy

Opinie

Najnowsze galerie>>

wszystkie »

Finansopedia forsal.pl

popularnenajnowsze