Co ciągnie złotego w górę? Znów winna głównie Ameryka. Perspektywa podwyżek stóp w USA odsunęła się w czasie. A przynajmniej tak zinterpretowano ostatni komunikat Fed z poprzedniego tygodnia, w tym prognozę niższego poziomu stóp w porównaniu z poprzednimi publikacjami. Według komentatorów oznacza to odłożenie na jesień decyzji o podwyżkach, których spodziewano się już w połowie roku. Dlatego dolar zaczął tracić, za to zyskiwać zaczęły waluty rynków wschodzących. W tym złoty. – To odegrało kluczową rolę. Odpływ kapitału z rynków wschodzących związany z umocnieniem dolara został zatrzymany – mówi Przemysław Kwiecień, analityk X-Trade Brokers.

Grzegorz Maliszewski, główny ekonomista Banku Millennium, dodaje, że dodatkowym elementem jest tzw. luzowanie ilościowe w Europejskim Banku Centralnym. EBC od marca skupuje aktywa, miesięcznie przeznaczając na ten cel 60 mld nowo wydrukowanych euro.
Ekonomiści uspokajają, że choć skala ostatniej zmiany kursu jest duża – złoty zyskał ponad 1 proc. w ciągu ostatnich trzech dni, a od początku roku ponad 5 proc. – to jednak nie stanowi to zagrożenia dla gospodarki. Obecny kurs jest daleko od pułapu opłacalności dla polskiego eksportu – według ostatnich badań NBP eksporterzy uważają, że dopiero przy cenie 3,90 zł za euro handel z zagranicą przestałby się im opłacać. – Obecny kurs oznacza mniejsze przychody eksporterów, ale ciągle są one satysfakcjonujące. Zakładając, że nie nastąpią jakieś inne okoliczności na samej zmianie notowań wynik na sprzedaży spadnie o ok. 5 proc. w porównaniu z początkiem roku. Ale po drugiej stronie bilansu mamy dużo niższe koszty, choćby przez niższe ceny ropy na światowych rynkach. Ta skala umocnienia złotego, z którą mieliśmy do czynienia ostatnio, to jeszcze nie jest poziom niepokojący dla gospodarki – mówi Maliszewski. Ale zaraz dodaje: problemem byłoby utrzymanie tempa umocnienia w kolejnych tygodniach.

Teoretycznie to realne ryzyko, bo nasi rozmówcy uważają, że nie można wykluczyć, iż złoty umocni się nawet do 4 zł za euro. Zwracają uwagę, że stosunkowo szybko kurs spadł o 6 gr, a do bariery 4 zł zostało raptem 8 gr. Ekonomiści jednak uspokajają – żeby mocny złoty stal się realną barierą dla obrotów z zagranicą, musiałoby to trwać dostatecznie długo. Tymczasem obecny rajd ich zdaniem jest przejściowy.

– Nie przywiązywałbym większej wagi do ostatnich wahań – uważa. A Michał Burek, ekonomista Raiffeisen Polbanku, zwraca uwagę, że powód, dla którego złoty teraz zyskuje – czyli odsunięcie w czasie podwyżek stóp w USA – też nie jest trwały w tym sensie, że prędzej czy później do tych podwyżek dojdzie. – Teraz widzimy pozytywny nastrój na rynkach wschodzących, dodatkowo wspierany słabszymi danymi z USA. Kiedy jednak na rynek wróci temat pomocy dla Grecji – a to się stanie pewnie juz w kwietniu – albo dostaniemy lepsze dane z USA, to znów cała uwaga inwestorów może skupić się na dolarze – mówi.

Jest jeszcze jeden aspekt: kurs walutowy właściwie nigdy nie był poważną przeszkodą dla eksportu. Przynajmniej od czasu przystąpienia Polski do Unii Europejskiej. W ciągu ostatnich dziesięciu lat tylko raz rzeczywista wycena euro zbliżyła się do bariery opłacalności eksportu – było to w III kw. 2008 r., gdy złoty umacniał się na fali rosnących oczekiwań rychłego członkostwa Polski w strefie euro. Za euro średnio płacono wówczas 3,31 zł. Przedsiębiorcy wskazywali natomiast, że eksport przestałby być opłacalny, gdyby europejska waluta kosztowała 3,29 zł. Od czasu wybuchu kryzysu pod koniec 2008 r. złoty wobec euro trzyma się z daleka od bariery opłacalności. Ta tendencja wygląda na trwałą, a wspierają ją jasne polityczne deklaracje, że Polsce nie spieszy się z przyjmowaniem wspólnej europejskiej waluty.
Sprawa euro stała się najgorętszym tematem kampanii wyborczej dlatego, że Bronisław Komorowski był do niedawna jedynym politykiem koalicji podtrzymującym w debacie publicznej temat przyjęcia przez Polskę euro. Jego najsilniejszy rywal Andrzej Duda wraz z politykami z PiS punktuje go, bo większość opinii publicznej jest wspólnej walucie przeciwna. PO argumentuje, że wywołanie dyskusji na temat euro to sposób na odwrócenie uwagi od tematów dla Dudy niewygodnych.

– Jak mówi prezydent, początek kadencji to dobry moment do rozpoczęcia dyskusji o tym, kiedy i jak musimy się do euro przygotować, aby przystąpienie było bezpieczne i korzystne dla Polski. Zdaniem rządu możemy przystąpić, gdy sama strefa upora się z problemami i stanie się bezpieczna oraz gdy Polska odrobi własną lekcję – podkreśla Jacek Rostowski, szef doradców premier Ewy Kopacz. Jego zdaniem będzie to możliwe najwcześniej po roku 2020 r.

Teoretycznie, gdyby Komisja Europejska zdjęła z nas procedurę nadmiernego deficytu, w przyszłym roku możliwe jest wejście do dwuletniego korytarza walutowego ERM 2 i gdyby wszystko poszło dobrze, wejście do euro w 2019 r.

>>> Czytaj też: Ponad połowa Polaków uważa, że pomoc frankowiczom nie jest uzasadniona