Czy kryzys zadłużeniowy w strefie euro świadczy o tym, że przyjęcie wspólnej waluty było źle przygotowane?

Hans-Werner Sinn: Tak, bo wprowadzeniu wspólnej waluty nie towarzyszyło stworzenie jednego państwa. Jego efektem stało się uwspólnotowienie długów, na dodatek słabsze gospodarczo państwa poczuły, że mogą w tej sytuacji więcej pożyczać, bo te długi i tak mogą pójść do wspólnego worka. Do nadmiernego pożyczania skłaniają też stopy procentowe, które są takie same w całej strefie euro, niezależnie od sytuacji gospodarczej poszczególnych państw. Inwestorzy kupując obligacje jednego państwa nie muszą się obawiać, że nie odzyskają swoich pieniędzy, bo wszyscy inni gwarantują zwrot. Fakt, że w efekcie nadmiernego pożyczania nie zaczęły rosnąć stopy procentowe, doprowadził do „przepożyczkowienia”. W efekcie od powołania strefy euro poziom zadłużenia szybko zaczął rosnąć. W unijnych traktatach jest wyraźnie napisane, że państwa mogą bankrutować i zabronione jest ich ratowanie poprzez bailouty. Jednak gdy pojawił się kryzys zadłużeniowy, to pierwszą rzeczą, którą zrobili unijni przywódcy, było ratowanie państw i ich wierzycieli przed bankructwem przy pomocy bailoutów.

>>> Czytaj też: Obietnice Syrizy były "kłamstwami". 85 proc. Greków niezadowolonych z partii

Jeśli moglibyśmy cofnąć czas do początku kryzysu zadłużeniowego, co należało zrobić inaczej?

Trzeba było pozwolić Grecji zbankrutować. Wtedy byłaby to tylko sprawa między rządem Grecji a jej wierzycielami, czyli bankami – francuskimi, niemieckimi czy innymi. Tymczasem plan ratunkowy zmienił sytuację jedynie o tyle, że teraz wierzycielami są pani Merkel, pan Hollande i inni, czyli de facto europejscy podatnicy. Jest w Niemczech takie powiedzenie: „Nie pożyczaj przyjacielowi, bo przestanie być przyjacielem”. To znaczy, jeśli twój sąsiad jest w kłopotach, to daj mu coś, ale nie pożyczaj. Tak samo trzeba było zrobić z Grecją. Dać jej jakąś pomoc, ale niech dalej idzie swoją drogą. Mogłaby z tym zrobić, co zechce, ale już poza strefą euro.

Dlaczego bankructwo Grecji byłoby lepszym rozwiązaniem niż jej ratowanie?

Korzyścią z bankructwa byłoby to, że Grecja miałaby umorzone długi. To nie byłaby dla niej żadna katastrofa – przeciwnie, uwolniłoby to ją od ciężaru zatrudnienia. Przegranym byliby wierzyciele, a nie dłużnik. Druga sprawa - gdy zbankrutowany kraj wychodzi ze strefy euro, to odzyskuje konkurencyjność poprzez dewaluowanie własnej waluty. Ale Grecja tego nie chciała, bo pozostając w strefie euro mogła nadal wymuszać transfery pieniędzy od pozostałych państw. Dlaczego inne europejskie państwa, mimo kosztów, chciały, żeby Grecja pozostała? Dlatego, że dominujący głos mieli inwestorzy, dla których utrzymanie Grecji było gwarancją nieograniczonych programów ratunkowych, jeśliby doszło do problemów w kolejnych krajach, a dzięki nim, nie ponoszą oni strat. Minusem pozostawienia Grecji jest jednak utrata wszelkiej wiarygodności fiskalnej Europy.

Unijni politycy się jednak na to nie zdecydowali. Jaka zatem będzie przyszłość Grecji? Czy kiedykolwiek spłaci ona wszystkie długi?

Nie, na to, by spłaciła długi nie ma żadnych szans. Natomiast jeśli chodzi o przyszłość, to problem powróci. To jest tak, jak z notorycznym dłużnikiem, który przychodzi do banku w małym miasteczku. Wiadomo, że będzie miał problem ze spłatą kolejnej pożyczki, ale dyrektor banku – biorąc pod uwagę, że wszyscy się tam znają, że bankructwo klienta to także problem dla niego, a on niedługo przechodzi na emeryturę – dalej mu pożycza pieniądze. Wie, że klient może nie być w stanie ich oddać, ale w ten sposób odsuwa problem tak, że będzie się tym zajmował już jego następca. Tak samo było z Grecją. Politycy myślą tylko o najbliższych wyborach, więc woleli jej pożyczyć i odsunąć problem na czas, kiedy to już nie oni będą u władzy. Tymczasem on narasta jak kula śniegowa. Porozumienie o dalszej pomocy zostało zawarte na trzy lata, z czego pół roku już minęło, na pół roku przed jego upływem przypomną sobie o Grecji, zatem za dwa lata znów będziemy mieć problem z tym, że zaraz skończą się jej pieniądze.

>>> Czytaj też: Nobliści apelują o wsparcie Grecji. "Warunki narzucone Atenom są zbyt ostre i niesprawiedliwe"

Dlaczego polityka oszczędności w niektórych krajach – jak Irlandia, Wielka Brytania czy nawet Portugalia – zadziałała, zaś w Grecji nie?

Bo w Grecji nie było żadnej polityki oszczędnościowej. Najlepszym dowodem tego jest fakt, że dziś wydatki publiczne i państwowe w tym kraju stanowią prawie 114 proc. jego dochodu narodowego netto. Skoro kraj zdecydowanie żyje ponad stan, to na pewno nie oszczędza. Udzielanie pomocy Grecji pomaga jej przezwyciężyć oszczędności, które narzucił rynek, zatem całe ratowanie jej przed bankructwem sprowadzało się do tego, by Grecy mogli utrzymać dotychczasowy poziom życia. Natomiast w Irlandii to zadziałało, bo ona wpadła w problemy dwa lata wcześniej, jeszcze przed upadkiem Lehman Brothers i początkiem światowego kryzysu. Nie było żadnych programów ratunkowych, Irlandia musiała sobie radzić sama, tnąc wynagrodzenia, dzięki czemu odzyskała konkurencyjność. Gdy inne kraje wpadły w kłopoty, nie były odosobnione, zatem zmieniono zasady, tak aby drukować pieniądze, których nie mogły pożyczyć na rynku. Nie było zatem potrzeby, by przeszły przez te oszczędności, przez które przeszła Irlandia. To pomogło, ale tylko na jakiś czas i teraz, z kilkuletnim opóźnieniem, robią mniej więcej to, co Irlandia. Co do Portugalii, to nie widzę wielkich postępów, a w kontekście nowego rządu, myślę, że czekają nas nowe problemy.

Co zrobić, by nowy kryzys się nie powtórzył? Czy mając takie instytucje jak Europejski Mechanizm Stabilizacyjny jesteśmy dziś lepiej przygotowani na kryzysowe sytuacje?

Z jednej strony są nowe instytucje, ale z drugiej – skoro raz już została złamana zasada zakazu udzielania bailoutów dla państw, trudno będzie do tego zakazu powrócić. Tak samo z paktem stabilności i paktem fiskalnym, które zostały naruszone już ze sto razy, ale kary z tego powodu nie zostały jeszcze nigdy nałożone. Politycy nadal preferują odsuwanie problemu od siebie, zatem trudno być optymistą i kolejny kryzys jest kwestią czasu.

Hans-Werner Sinn – jeden z najbardziej znanych ekonomistów niemieckich, szef Instytutu Badań nad Gospodarką IFO w Monachium, doradca ministerstwa gospodarki

Wywiad został przeprowadzony przy okazji zorganizowanego przez Centrum Analiz Społeczno-Ekonomicznych seminarium „Europa w kryzysie”.

>>> Czytaj też: Niemcy radzą Grekom: Zajmijcie się reformami, a nie długiem