Wielkość rynku opisana w pieniądzu mówi tu niewiele, bo zanim ubrania trafią na czyjś inny wieszak, wyrzucone z szafy lub szuflady mają wartość bliską zera. Ale przeróbka zera na miliardy to już spory wyczyn!

Na podstawie nienazbyt precyzyjnych szacunków można dojść do informacji, że jedna tona używanej odzieży w światowym handlu międzynarodowym kosztuje 1,7 tys.-1,8 tys. dolarów. Waga ciuchów trafiających rocznie do wtórnego obrotu międzynarodowego wynosi nie mniej niż 2,5 mln ton, a jeśli doliczyć obrót wewnętrzny, zapewne znacznie, znacznie więcej.

W jeszcze bardziej obrazowym ujęciu handel ubraniową starzyzną wyrazić można w nowatorskiej jednostce T-shirtów przypadających na kilogram. Na jeden kilogram składa się jakieś osiem T-shirtów z kawałkiem, a więc roczny globalny handel odzieżą używaną można wyrazić liczbą nie mniejszą niż 20 mld T-shirtów. Daje to ok. trzech nie pierwszej świeżości podkoszulków na jednego mieszkańca globu.

Amerykańskie i brytyjskie ciuchy zalewają świat

W pierwszym odruchu wielki handel ciuchami z odzysku kojarzy się z chwytającą za serce dobroczynnością oraz z budzącym uznanie przejawem tzw. zrównoważonego rozwoju. Wbrew takim asocjacjom obrót używaną odzieżą to jednak przede wszystkim wyraz olbrzymiego marnotrawstwa zasobów na skalę globalną. O tym jednak później.

Nie zdziwi zapewne nikogo informacja, że liderami w handlu używaną odzieżą są USA i Wielka Brytania, a potem inne państwa rozwinięte. Rocznie eksport tego towaru ze Stanów wynosi ok. 700 mln dolarów, a brytyjski 500-600 mln dolarów.

W biznesie tym liczy się także Polska, która jest pierwsza na liście odbiorców brytyjskich ciuchów z drugiej ręki. Za nami jest Ghana, Pakistan i Ukraina. Amerykanie koncentrują się na innych rynkach. Swoje kontenery z ubraniami po mamusi, tatusiu, córci i synusiu wysyłają przede wszystkim do Kanady, Chile, Gwatemali i Indii.

Oczywiście, odzież po kimś (na szczęście nieznanym) trafia nie tylko za granicę. Jest nawet wręcz odwrotnie. Business Insider oceniał rok temu, że amerykański rynek wewnętrzny ubiorów używanych wart jest 16 mld dolarów rocznie. Mogłoby to oznaczać, że wtórny obrót dokonuje się głównie na rynku własnym i tylko co dwudziesta sztuka amerykańskiej używanej odzieży wędruje za granicę. W Polsce jest chyba dość podobnie.

Polska potęga

Import odzieży używanej do Polski

Import odzieży używanej do Polski

źródło: Materiały Prasowe

Krajowy rynek odzieży używanej szacowany jest na 5-6 mld zł rocznie. W publikacji „Czas na biznes” sygnowanej przez wydawnictwo Colorful Media czytamy, że „Według danych GUS już niemal 1/3 – ponad 10 mln dorosłych Polaków – ubiera się w sklepach z odzieżą używaną. (…) Przedsiębiorcy z tej branży reprezentują grupę ponad 100 tys. osób skupionych m.in. w Izbie Gospodarczej Tekstylnych Surowców Wtórnych. Liczba działających sklepów to prawie 30 tys. Sprowadzono do nich ponad 100 tys. ton towaru”.

Biznes kwitnie u nas jak pokrzywa – gdzie tylko popadnie. Amerykanie nie doszli jeszcze w ekspansji do tego, żeby otwierać „ciucholandy” i „ciuchy na wagę” na Piątej Alei. U nas na pryncypalnej kiedyś i ciągle głównej Marszałkowskiej w Warszawie jest to jak najbardziej możliwe.

Przynosi to władzom stolicy wstyd wielki, niewytłumaczalny i niczym niezmywalny, bo dobrze położonych miejsc na tego typu sklepy są w Warszawie tysiące, a tegoroczny budżet miasta to 13,5 mld zł, więc nie można skomleć, że dbać o ważny kawałek miasta nie pozwala bieda.

Według Głównego Urzędu Statystycznego (Rocznik Statystyczny Handlu Zagranicznego 2015), import odzieży używanej do Polski miał w 2014 roku wartość 451 mln zł (145 mln dolarów). Nasz urząd potwierdza dane z Wysp, że główne kraje-źródła zaopatrzenia w ten towar to dla nas Wielka Brytania, a po niej Niemcy. Z obu sprowadziliśmy dwa lata temu odzież używaną wartą po ok. 50 mln dolarów.

Polscy handlarze starzyzną wiedzą, skąd kupują, bo najlepszą opinię mają w szerokim świecie właśnie brytyjskie ciuchy, które są dobrej jakości i we właściwych rozmiarach, nie jak przerośnięte amerykańskie.

Biznes nie jest pierwszej przejrzystości i w jakiejś (raczej dużej) części odbywa się w ciemnej strefie. Do danych GUS trzeba więc podchodzić z dużą ostrożnością, bo pojawiają się miny. Otóż w 2014 roku eksport odzieży używanej z Polski miał wynosić 520 mln zł lub 166,5 mln dolarów, a więc byłby większy od importu. Wierzyć się w to jakoś nie chce, ponieważ mimo dużego nakładu dobrej woli trudno byłoby uznać nasz kraj będący na dorobku za pierwotny ośrodek podaży ciuchów z drugiej ręki. Oficjalne dane dają więc raczej tylko przybliżony obraz wpływu i wypływu odzieży używanej z Polski.

Stare i nowe, polskie i z zagranicy

W zmaganiach Polaków z pospolitością codzienności odzież z wtórnego obiegu odgrywa z pewnością istotną rolę, ale trudno byłoby obronić tezę, że zakupy w ciucholandach tłumią handel detaliczny ubraniami i fatałaszkami z pierwszej ręki. Dla pewnej grupy najuboższych Polaków używane ubrania to wybór podstawowy z przymusu, dla innych (chyba liczniejszych) uzupełnienie garderoby na zasadzie: fajne i za 5 zł, więc co mi szkodzi.

W 2014 roku całkowita sprzedaż detaliczna wyniosła w Polsce 705 mld zł. W tej kwocie odzież stanowiła 5,2 proc., a więc w wielkościach bezwzględnych niecałe 37 mld zł. Na tym tle 5-6 mld zł domniemanej rocznej sprzedaży odzieży używanej nie wygląda szczególnie imponująco. Jeśli całkowita roczna sprzedaż odzieży miałaby wynosić 42-43 mld zł, to udział używanej wynosiłby 12-14 proc. Przybliżenie to pokrywa się chyba dość nieźle z ocenami opartymi wyłącznie na obserwacjach i intuicji.

Dane pokazują też, że mimo ostrej konkurencji z Azji ubieramy się w Polsce głównie u naszych rodzimych „krawców”. Import odzieży z tkanin wyniósł w 2014 roku 6,8 mld zł (prawie 2,2 mld dolarów), a eksport 6,73 mld zł (2,16 mld dolarów). Import odzieży z dzianin wyniósł 2,6 mld zł (840 mln dolarów) przy eksporcie w wysokości 2 mld zł (662 mln dolarów). Łączne saldo importu i eksportu obu tych grup towarowych wynosi 670 mln. Tyle wynosi nadwyżka importu nad eksportem ubrań i konfekcji, i jest to kropla w porównaniu ze sprzedażą detaliczną odzieży.

I jeszcze jedno. Stolarze i meblarze specjalizujący się w szafach ubraniowych poszliby już dawno z torbami, albo przestawiliby się np. na stoły i krzesła, gdyby nie kobiety. Obroty odzieżą dla kobiet i dziewcząt są także w Polsce nawet trzy razy większe niż męską.

Niestety nie dysponujemy danymi dotyczącymi wartości tego, co Polacy (Polki) mają w szafach. Wyobrazić sobie, ile warta jest nasza odzież, można wszakże na podstawie szacunków brytyjskich. Rządowa agencja Wrap (The Waste & Resource Action Programme) działająca ze wsparciem unijnym sądzi, że wartość ubrań przypadających na brytyjskie gospodarstwo domowe wynosi ok. 4 tys. funtów. Przez fochy pani lub (rzadziej) pana jakieś 30 proc. zawartości każdej szafy nie jest w stanie wychynąć poza nią przez okrągły rok.

Głowy za to przybliżenie bym nie dał, ale skłonny byłbym oceniać, że wartość ubrań wiszących i leżących w szafach polskiego statystycznego mieszkania oddaje kwota między 3 tys. a 6 tys. złotych, przy czym jest to raczej wielkość bliższa tej pierwszej liczby.

Wrap szacuje, że gdy dochodzi już do porządków w szafach, to ponad połowa wyrzucanej zawartości kończy na śmietnikach, a reszta trafia do obrotu wtórnego, przy czym spora część odzieży uchronionej przed zniszczeniem lub przeróbką na surowce wysyłana jest gdzieś za granicę. Wydaje się, że u nas może być dość podobnie.

Co dla kogo

Podaż używanych ubrań zapewniają nasze odruchy dobroczynne, ponieważ w powszechnym mniemaniu zajmują się tym przede wszystkim pomocowe organizacje non-profit. W jakiejś części jest to prawda. Generalnie rzecz biorąc, jest to jednak intratny biznes na podobieństwo cudu z biblijnej Kany Galilejskiej, z tym że zamiast przemiany wody w wino następuje w nim dodanie do sfatygowanej wartości użytkowej wartości handlowej mierzonej na miliony i miliardy.

Stare ciuchy nabierają wartości w wyniku procesów sortowania, prania, czyszczenia, łączenia w partie i transportu, ale głównie w efekcie właściwej dystrybucji.

Dr Andrew Brooks, wykładowca londyńskiego King’s College i autor “Clothing Poverty: The hidden world of fast fashion and second-hand clothes” odnotował w swej książce, że używane białe koszule po yuppies z City najlepiej wysłać do Pakistanu, gdzie kupią je tamtejsi prawnicy, ciepłe płaszcze idą jak ciepłe bułki na wschodzie Europy, a wszystko, co z krótkimi rękawkami i nogawkami najlepiej wysyłać do Afryki.

W Kenii i Tanzanii na używaną odzież mówi się „kafa ulaya”, czyli ubrania białych umrzyków. W Zimbabwe, gdzie zanotowano najwyższą w historii globu inflację, a właściwie nie zanotowano, bo zer w Zimbabwe zabrakło, jest na ciucholandy słowo z przewrotnym wydźwiękiem. Brzmi: „mupedzanhamo” co znaczy „tam, gdzie kończą się problemy”.

Wielki sukces globalnego handlu używaną odzieżą ma wiele ciemnych stron. Nie najciemniejsza z nich to upadek szeroko rozumianego przemysłu tekstylnego w krajach (głównie afrykańskich) z ludnością ubierającą się masowo w ciucholandach.

Potrzebny umiar

Cytowany przez magazyn The Atlantic Mattias Wallander, szef firmy recyclingu tekstylnego USAgain, twierdzi, że Amerykanie kupują obecnie pięć (!) razy więcej odzieży niż w latach 80. ubiegłego stulecia. Aż strach liczyć, ile byłoby to razy więcej, gdyby porównać z okresem jeszcze wcześniejszym.

Przydałoby się przypomnieć sobie o takim ładnym przymiocie jak umiar. Nie chodzi przy tym o powrót do czasów, gdy całe ubranie dużej rodziny mieściło się w jednej sporawej skrzyni, ale o jakieś opamiętanie, które szybko jednak raczej nie nadejdzie.

Poszukiwania racjonalności w szale zakupowym, które nie ogarnął przecież wyłącznie Ameryki są bezprzedmiotowe, bo szaleństwo nijak nie jest racjonalne. Najprzykrzejszy jest dziś jednak stan bezrefleksyjności, który zawładnął niemal całością tzw. elit w pełnym ich spektrum od lewa do prawa i z powrotem.

Larum klimatyczne tak jest na przykład głośne, że grozi głuchotą, ale nie słyszałem (bom może już ogłuchł od tej kakofonii) ani kawałka aktywisty, który rwałby swe szaty z second-handu z powodu chorobliwej w świecie nadkonsumpcji ciuchów. W niektórych środowiskach moda potrafi się zmieniać częściej niż kilka razy w roku. W obowiązującym kanonie koślawej poprawności politycznej, nadciągającej – jak wieszczą – katastrofie cieplarnianej winny jest więc wyłącznie brudny węgiel zmieszany z równie wstrętną ropą, bo nikt nie chce zadać sobie trudu, żeby policzyć ślad węglowy, jaki niosą ze sobą np. miliony ton zbędnych ludziom ciuchów.

Gdy ręce opadają, warto poszukać wytchnienia w starych dziejach, bo tam dojrzałe prawdy głoszą. Na koniec każdej swej mowy w senacie Rzymu powtarzał Katon Starszy, że: „Ceterum censeo Carthaginem delendam esse”, co znaczy: „Poza tym sądzę, że zniszczyć trzeba Kartaginę”.

Jako cenzor, czyli bardzo wysoki urzędnik dokonujący m.in. przeglądów podatkowych, obiecywał Katon „siekać na kawałki i wypalać niczym hydrę każdy przejaw luksusu i pożądliwości”. Zabroniono więc kobietom obnoszenia się z biżuterią i nazbyt kolorową, a już zwłaszcza purpurową, odzieżą.

Nie słuchano zbyt długo Katona i Rzym w końcu upadł. Ja uważam, że powtarzać trzeba raz za razem, że wprawdzie wieczność nie jest pisana ludzkości, to czy jest to prawda, czy fałsz, nie będzie jak sprawdzić, bo wcześniej zgubi nas rozrzutność.

Autor: Jan Cipiur