Próba ratowania największego polskiego producenta węgla kamiennego, czyli dzisiejszej Polskiej Grupy Górniczej, a ówczesnej Kompanii Węglowej, zaczęła się w styczniu 2015 r. Zasada była prosta – plan musi zaakceptować Komisja Europejska, która godzi się tylko na pomoc publiczną na likwidację kopalń.

Najłatwiej byłoby znaleźć prywatnego inwestora, który dołożyłby cegiełkę do przedsięwzięcia. A skoro w projekt nie chciała się włączyć nawet państwowa energetyka (namowy okazały się skuteczne po wyborach i zmianach kadrowych) – łatwo nie było. Poprzedni rząd rozmawiał o wsparciu z prywatnymi producentami maszyn górniczych (m.in. największymi: Famurem i Kopeksem) o konwersji ich należności na udziały w PGG, jednak odmówili, choć nad polskimi kopalniami, ich najważniejszym klientem, wisiało widmo bankructwa.

Choć konwersja zadłużenia na udziały w PGG nie przeszła, pojawiła się inna koncepcja, którą zaproponował właściciel Famuru.

Jak ustaliliśmy, TDJ należący w większości do Tomasza Domogały zaproponował w 2015 r. stronie rządowej (był to jeszcze rząd PO-PSL), że zainwestuje w PGG, pod warunkiem że Skarb Państwa odkupi od TDJ jego giełdową spółkę Zamet, która produkuje m.in. wielkogabarytowe urządzenia dla sektora offshore i górnictwa i która kilka lat temu została wydzielona z grupy Famuru – flagowej marki należącej do TDJ (Famur to producent maszyn górniczych, który w najbliższym czasie ma się połączyć z przejmowanym konkurentem – Kopeksem).

Dzisiaj wycena giełdowego Zametu to ok. 200 mln zł. Rok temu było to ok. 190 mln zł. Z naszych informacji wynika, że TDJ proponował, by Skarb Państwa zapłacił za Zamet kilkadziesiąt milionów więcej, niż wynosiła giełdowa wycena, a za to TDJ zainwestowałby różnicę w PGG. Oferta jednak została odrzucona – Skarbowi Państwa bowiem trudno byłoby obronić transakcję po zawyżonej cenie. Ale z drugiej strony – gdyby propozycję TDJ przyjął, o notyfikację programu pomocowego dla PGG w Brukseli mogłoby być łatwiej niż w sytuacji, gdy 1,8 mld zł dofinansowania pochodzi z energetyki kontrolowanej przez państwo (po 500 mln zł dały PGE, Energa i PGNiG Termika) oraz z rządowego Funduszu Inwestycji Polskich Przedsiębiorstw. Z kolei 700 mln zł to konwersja długu Węglokoksu – a on jest jednoosobową spółką Skarbu Państwa.

>>> Czytaj też: Chwila oddechu dla polskich spółek. Węgiel drożeje, ale do eldorado daleko

– Trudno jednoznacznie ocenić tę sprawę. Jedno jest jednak pewne: właścicielowi prywatnemu wolno sprzedać co chce i za ile chce, a państwowemu wolno to robić tylko na określonych zasadach – ocenia Mirosław Taras, były prezes Bogdanki i Kompanii Węglowej, obecnie członek zarządu australijskiego PD Co. – Z punktu widzenia państwa, które chce ratować kopalnie i szuka wszelkich sposobów, to byłby dobry deal, tylko co z tego, jeśli po drugiej stronie mamy mur biurokracji niepozwalającej na takie działania, w których ja osobiście nie widzę nic złego. Pytanie tylko, czego dany rząd chce. Gdy w Kompanii Węglowej próbowałem domknąć program obligacji za 500 mln euro, mając zapisy dużych funduszy na 380 mln euro, też poprosiłem o wsparcie. Chodziło o to, by spółki Skarbu Państwa objęły obligacje w sumie za 120 mln euro. Odmówiono mi, w efekcie Kompania o mało nie zbankrutowała, a jej sytuacja wciąż jest trudna – dodaje.

Spytaliśmy o propozycję TDJ w resorcie skarbu, który za poprzedniego rządu nadzorował górnictwo, ale odesłano nas do Ministerstwa Energii, które obecnie dogląda sektor. „Ministerstwo Energii powstało 1 grudnia 2015 r. i nie brało udziału w rozmowach prowadzonych z przedsiębiorstwami okołogórniczymi w 2015 r. Z wiedzy posiadanej przez ME wynika, że w tym okresie rozmowy prowadziło Ministerstwo Skarbu Państwa” – czytamy w odpowiedzi dla DGP.

TDJ wysłał do nas oświadczenie prezesa Czesława Kisiela.

– Jako podmiot kontrolujący spółkę Famur byliśmy i nadal jesteśmy zainteresowani kondycją i perspektywami polskiego przemysłu wydobywczego. Dlatego też w 2015 r. braliśmy pod uwagę możliwość inwestycji w tzw. Nową Kompanię Węglową, widząc w tym szansę na uniknięcie scenariusza upadłościowego, który z naszej perspektywy był realny i którego konsekwencje negatywnie odbiłyby się na wartości naszych aktywów. Analizując potencjalną inwestycję i źródła jej sfinansowania, braliśmy pod uwagę możliwość zbycia różnych zarządzanych przez nas aktywów. Ostatecznie jednak projekt nie był kontynuowany i nie złożyliśmy wiążącej oferty ani też nie rozpoczęliśmy procesu sprzedaży żadnego z aktywów – pisze prezes.

Lada moment poznamy decyzję Brukseli w sprawie PGG. Resort energii jeszcze w tym miesiącu ma przesłać KE listę najmniej perspektywicznych kopalń. I choć zarzeka się, że nie ma mowy o zamykaniu kopalń (mimo iż pierwsze decyzje już zapadły, m.in. w przypadku likwidacji kopalni Krupiński w 2017 r.), to innego wyjścia nie ma. 

>>> Czytaj też: Czesi likwidują górnictwo węgla kamiennego. Co się stanie z 2 tys. pracowników z Polski?