Jeden gracz kontroluje połowę rynku

Ten tekst przeczytasz w 2 minuty
16 grudnia 2008, 18:43
Początek dzisiejszych notowań wyglądał nad wyraz niemrawo. Co prawda WIG20 rósł, ale był to wzrost wyjątkowo niewielki. Nikt ewidentnie nie chciał wychodzić przed szereg i ujawniać swoich przedświątecznych zamiarów. Zmian nie widzieliśmy również po publikacji indeksów PMI obrazujących rozwój gospodarki w strefie euro. Nie był one aż tak złe jak oczekiwano, ale wciąż jest znacznie poniżej 50 punktów, co oznacza bardzo słabe perspektywy w nadchodzącym kwartale.

Na rynku nie było żadnych zmian i przez cztery godziny zapanował całkowity spokój. Zaskakiwał brak reakcji nawet na znaczne wahania zachodnich parkietów. Wydarzeniem europejskiej sesji była publikacja wyników za trzeci kwartał banku Goldman Sachs, który zanotował stratę aż 5 dolarów na akcje, a więc znacznie więcej niż się spodziewano. Myliłby się jednak ten, kto sądził że taki wynik przeceni spółkę. Po rozpoczęciu notowań w Stanach Goldman drożał o 7 procent.

Prawdziwy handel zaczął się dopiero po 14-tej,  kiedy byki z przytupem weszły na parkiet. Jedynym pretekstem wyraźnego wzrostu była informacja z KNF, że prawie połowa całego rynku kontraktów terminowych jest w ręku jednej zachodniej instytucji finansowej. Tajemnicą poliszynela jest fakt, że chodzi o osławiony bank inwestycyjny JP Morgan. Taki ekshibicjonizm giełdowy ma miejsce po raz pierwszy, a reakcja rynku świadczy o tym, że przyjęto strategię „wszyscy na jednego” i chcą jak najwyżej wynieść indeks przed piątkiem. WIG20 był pchany w górę, dzięki czemu zakończył kolejny już dzień wzrostem o 2,6 procent i nawet całkiem solidnym obrotem. Gracze znów szerokim łukiem ominęli wszystkie spółki nie wchodzące w skład WIG20. Indeksy mWIG i sWIG grupujące małe i średnie spółki wzrosły zaledwie o 0,5 procent.

Dane makro ze Stanów należały do kategorii historycznych. Rozpoczętych budów domów jak i zezwoleń na nowe budowy w USA ubyło najwięcej w historii. W ciągu miesiąca spadek sięgnął aż 19 procent. Optymizmem powiało tylko przez chwilę po publikacji danych o inflacji, która spadła w Stanach w ujęciu miesięcznym aż o 1,7 procent. Wyłączając paliwa i żywność ceny nie zmieniły się. Tylko pozornie jest to dobra informacja i tak też gracze ją odebrali zanim przypomnieli sobie, że tak szybko spadająca inflacja niesie ze sobą ryzyko deflacji. Jak deflacja działa na giełdę najlepiej pokazuje przykład Japonii. Po 17 latach wciąż indeksy tkwią tam w trendzie spadkowym .
Wieczorem decyzję o stopach w USA podejmie jeszcze FOMC. Oczekuje się obniżki o 50 punktów i obniżenia głównej stopy do 0,5 procent. To jednak jest już tak pewne i oczekiwane, że na nikim nie zrobi wrażenia.

Jutro czeka nas kolejna odsłona walki JP Morgan kontra Polska drużyna narodowo-giełdowa. Zakończenie przez to jest nieprzewidywalne, ale giełda to nie demokracja. Większość rzadko kiedy ma rację.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło: Własne
Tematy: giełdaakcje
Zapisz się na newsletter
Zapraszamy na newsletter Forsal.pl zawierający najważniejsze i najciekawsze informacje ze świata gospodarki, finansów i bezpieczeństwa.

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj